Tomasz BernackiTereny pomiędzy Bobrem a Nysą Łużycką w pierwszych wiekach naszej ery nie stanowił zbyt interesującego obszaru osadniczego, był raczej miejscem ścierania się wpływów poszczególnych grup ludności, choć istniały niewielkie osady. W pewnym stopniu historię naszego regionu tego okresu rozświetlają nieliczne materiały archeologiczne i jeszcze mniej liczne przekazy kronikarskie, zaświadczając o zamieszkiwaniu tutaj ludów germańskich, będących w stałym kontakcie z Cesarstwem Rzymskim. Wpływy kulturowe Imperium widoczne są również na północ od Gór Izerskich. Moguncja - Lubań - WrocławZgorzelec, Lubań Lwówek, Legnica i dalej Wrocław, to miasta położone na bardzo ważnym szlaku komunikacyjnym, jednym z niewielu równoleżnikowych szlaków starożytnej, rzymskiej Europy i jedynym takim w granicach dzisiejszej Polski. Szlak ten nie powstał jednak dopiero w średniowieczu, lecz istniał już co najmniej od I wieku naszej ery. Oczywiście, w starożytności w tzw. Germanii, nie było na tym obszarze dróg w dzisiejszym rozumieniu, a pojęcie "szlak" znaczyło po prostu główny kierunek przemieszczania. Szlaki służyły zarówno kupcom, jak i przemieszczającej się w migracjach ludności, czy ekspansjach zbrojnych. W czasach rzymskich główne znaczenie na ziemiach Polski miały szlaki północ-południe, a więc tzw. bursztynowe (najbliższy przechodził z Kotliny Czeskiej przez Kotlinę Kłodzką w rejon Wrocławia-Ślęzy). Jednakże istniały również szlaki równoleżnikowe, służące głównie ruchom wewnętrznym ludności germańskiej. Otóż przez Lubań przechodził szlak, najważniejszy spośród zachodnich szlaków lądowych, wychodzący z Moguncji nad Renem (rzymskie Mogontiacum), poprzez dzisiejszą Turyngię i Saksonię i wzdłuż północnych stoków Sudetów na Łużyce i Śląsk. Szlak ten biegł przez rejon Budziszyna, Zgorzelca, Lubania, Bolesławca, Legnicy do Wrocławia, gdzie łączył się ze szlakiem bursztynowym. Największe znaczenie zaczął nabierać od około połowy II wieku. Z czasem droga ta przekształciła się w znaną nam dziś tzw. Via Regia lub Wysoką Drogę. Szlak ten nie miał wyłącznie charakteru handlowego, również po prostu służył migracji ludności, trasie wypraw wojennych. Zapewne właśnie z tej trasy skorzystali dolnośląscy Wandalowie i Silingowie, łużycko-brandenburscy Semnoni, lubsko-łużyccy Burgundowie, którzy wzięli udział w Wędrówkach Ludów, w 406 roku przekroczyli Ren i ruszyli rabować zachodnią Europę i północną Afrykę. 200 antonianów za niewolnikaDzięki badaniom archeologicznym, zwłaszcza tych sprzed II wojny światowej, odkryto z początku naszej ery na terenie dzisiejszej wschodniej części Górnych Łużyc wiele cennych znalezisk tzw. importów rzymskich. Niestety, większość z nich zaginęła w zawierusze wojennej i znane są wyłącznie z literatury. Kupcy sprowadzali miejscowym mieszkańcom przede wszystkim naczynia z brązu (często zastawy do wina), naczynia szklane, wyroby ze srebra, ceramikę. Prócz tego także wyroby codziennego użytku, jak uzbrojenie (głównie miecze), choć był wyraźny zakaz sprzedaży mieczy barbarzyńcom. Najliczniej znajdowanymi przedmiotami rzymskiego pochodzenia są jednakże monety. Są to przedmioty najwdzięczniejsze w badaniach, a także w datowaniu. Ich znalezienie oczywiście nie oznacza, iż dana moneta została pozostawiona, zgubiona, czy schowana w roku wybicia, gdyż często krążyły w obiegu handlowym jeszcze wiele lat po śmierci cesarza. W sumie w Polsce odnaleziono już ponad 100 tysięcy monet rzymskich! Były w odróżnieniu od innych importów rzymskich, chowane głównie poza osadami, w niewielkich oddaleniach od nich, tak aby w przypadku ataku na osadę nie dostały się w ręce wroga. Najwięcej monet rzymskich w Polsce pochodzi z okresu szczytu handlowej wymiany - a wiec I i II wieku n.e., w koncu II wieku, wskutek wojen narkomańskich nastąpił powolny upadek handlu, by ponownie w III wieku nastąpiło jego odrodzenie. Powolny upadek zaczął się już w IV wieku, wskutek najazdów plemion germańskich (Gotów), którzy dodatkowo skierowali wymianę w kierunku Morza Czarnego, a potem najazdów Hunów. W rejonie Lubania niestety nie znaleziono żadnego tzw. skarbu, w większości są to wystąpienia pojedyncze lub po kilka monet. Do początku II wieku n.e. w użyciu były przede wszystkim srebrne denary, potem wprowadzono tzw. antoniany (ok. 2 razy więcej srebra). Z zapisków wynika, iż barbarzyńcy germańscy woleli pieniądz srebrny, rzadko więc docierały złote monety tzw. aureusy. Natomiast zapewne często docierały monety miedziane, jednakże przeważnie ulegały one na miejscu przetapianiu na mosiężne naczynia. Dla przykładu podam, iż żołnierz rzymski zarabiał w II wieku n.e. około 150 antonianów na rok, a niewolnik kosztował wówczas około 200 antonianów. Silingowie na Łużycach w państwie MorobudumPoczątek kontaktów handlowych tutejszych German z Rzymianami należy datować już na przełom er. Wówczas to, prawdopodobnie około 60 roku p.n.e. rozpoczęło się przenikanie wielkiego ludu germańskiego Swebów na obszary dzisiejszych Czech, wówczas zajętych przez wyżej rozwinięty kulturowo lud celtyckich Bojów. Na ziemie te napłynął wielki lud Swebów, który podzielił się na liczne plemiona. Wkrótce Swebowie podzielili się na kilka plemion - i tak Markomanie zajęli Czechy, Semnoni - Dolne Łużyce i Brandenburgię, górny biegł Łaby i południowe stoki Sudetów - Hermundurowie, Górne Łużyce - Silingowie, Burgundowie - Ziemię Lubuską (z czasem też ekspandowali na Dolne Łużyce, południową Brandenburgię, a nawet na Górne Łużyce). W Karkonoszach nadal mieszkali górale nieznanego pochodzenia - Korkontoi (zapewne celtyckiego). Ostateczny podbój Celtów w Czechach został dokonany w 9 roku p.n.e. przez zdolnego wodza swebskiego - Marboda, wychowanego w dzieciństwie w Rzymie. Wkrótce utworzył on rzeszę tzw. Morobudum obejmującą tereny dzisiejszych Czech, Słowacji, Śląska, Łużyc, Brandenburgii.Monety - świadkowie historii ŁużycWskutek podboju Celtów i zniszczenia kontaktów celtycko-rzymskich dawne szlaki handlowe i wymiana z Rzymem były jeszcze słabo rozwinięte, stąd monety tego okresu są znajdowane dość nielicznie na ziemiach Polski. Z tego początkowego okresu osiedlania się plemion germańskich pochodzi najstarsza moneta okolic Lubania, z Grabieszyc - miedziana cesarza Gajusza Juliusza Germanicusa, zwanego również Kaligulą (panował w latach 37-44 n.e.). Już sam tytuł wskazuje, iż prowadził wojny z Germanami, rozpoczynając w 39 roku n.e. marsz na wschód, przekraczając Ren. Natomiast w Zgorzelcu odkryto monetę cesarza Wespazjana (69-79 n.e.), który wsławił się podbojem Brytanii i walkami w Kaledonii na Wyspach Brytyjskich. W kolejnym okresie, od przełomu I/II wieku n.e. następuje znaczne ożywienie gospodarcze i handlowe regionu. Wiąże się ono z okresem rozwoju gospodarczego państewek germańskich zafascynowanych potęgą Rzymu (państwa Markomanów, Kwadów). Kronikarz rzymski Tacyt około roku 98 n.e. na południe od Semnonów wspomina plemię Silingów, opis wskazuje, ze musiało zamieszkiwać wówczas rejon Górnych Łużyc. Na ziemiach południowej Polski, w tym Dolnego Śląska, resztki plemion celtyckich wraz z nowymi plemionami germańskimi utworzyły związek plemion, które czasem zwane są strażnikami bursztynowego szlaku tzw. Lugiów. Z okresu tego pochodzą dwie monety cesarza Nerwy - denar ze Świecia i Włosienia, a także brązowa moneta Trajana ze Świecia. Nerwa panował dość krótko, gdyż tylko dwa lata (96-98 n.e.), po czym na tron wstąpił adoptowany syn - Trajan (Marek Ulpiusz Trajan), który jak na warunki rzymskie panował bardzo długo (98 -117 n.e.). Trajan co prawda nie prowadził ekspansji na obszary germańskie, skupił się raczej na budowie umocnień na ich granicach i trzymaniu German z dala od Rzymu, natomiast opanował Dację, Persję, Arabię, Armenię, Mezopotamię, Asyrię. Natomiast fakt w miarę pokojowego współżycia z Germanami sprawił, iż dobrze rozwijała się wymiana handlowa.Następny okres licznego występowania monet rzymskich na opisywanym obszarze to czas po zawieruchach wojennych tzw. wojnach narkomańskich (166-175), a więc koniec II wieku i początek III n.e. Od drugiej połowy II wieku rozpoczął się ruch barbarzyńców germańskich w kierunku granic rzymskich, powodowany chęcią rabunków i wypraw łupieżczych. W tym okresie nastąpił wzrost potęgi zarówno państwa Markomanów, którzy zawiązali sojusz z Semnonami, Longobardami i słowackimi Kwadami, przeciwko Rzymowi. Natomiast śląscy Lugiowie przystąpili do sojuszu z Rzymianami. W tym też czasie łużyccy Silingowie (około połowy II wieku n.e.) przenieśli swe siedziby w rejon dzisiejszej Ślęży-Wrocławia, wchodząc od tej pory w skład plemion Wandali, którzy z czasem przejęli prym w federacji Lugiów (m.in. Sudety były wówczas przez kronikarzy nazywane Górami Wandalskimi). Pierwsze znalezisko z tego okresu pochodzi ze Świeradowa - denar Lucilli (164-169), córki Marka Aureliusza i żony cesarza Lucjusza Werusa. Kolejna moneta pochodzi z Wolimierza - denary Kommodusa (189-192 n.e.), syna Marka Aureliusza, który prowadził walki z Markomanami na pograniczu Dunaju. Najwięcej odnalezionych monet przypada na czasy panowania Septymiusza Sewera (193-211) i jego żony Julii Domny (księżniczka syryjska). Monety Sewera odkryto w Nowym Lesie k. Nowogrodźca, Nowogrodźcu, Zebrzydowej, Henrykowie (miedziana), a Julii Domny we Włosieniu i Okrąglicy (denar) - pochodzą sprzed 217 roku. Z III wieku n.e. pochodzą jeszcze trzy znaleziska monet - ze Zgorzelca - Maksiminusa Piusa (Maksimin Trak) władającego w latach 235-238 i Probusa (276-282) oraz z Bolesławca - denar Gordiana II (238-244). Za Probusa nasiliły się ataki barbarzyńców z północy, ale dzielnie je odpierał. Na jego monetach pisał często "Restitutor orbis" - "Odbudowujący granice".Z IV wieku n.e. monety rzymskie we wschodniej części Górnych Łużyc znajdowane były już tylko sporadycznie. Było to spowodowane w dużym stopniu wyludnieniem tych obszarów, przesunięciem szlaków handlowych ku wschodowi (Gotom), a także w końcu IV wieku inwazji Hunów i skonfederowanych z nimi plemion. Wśród nielicznych monet tego okresu można więc wymienić m.in. dwie brązowe monety cesarza Konstantyna (306-337 n.e.) z Czernej, monety Konstantynów z Leśnej (306-340) oraz ostatnia, najmłodsza moneta rzymska naszych okolic, cesarza Walentyniana I (364-375 n.e.), która wg. różnych źródeł została znaleziona bądź to w Lubaniu, bądź w Radogoszczy. Również w pobliskim Lwówku odkryto monety Konstantynów (306-340). Warto wspomnieć o Konstantynie I , gdyż był pierwszym chrześcijańskim cesarzem, natomiast Konstancjusz II nierzadko sam wyprawiał się w granice barbarzyńców, walcząc przeciwko Swebom, Kwadom i Sarmatom w rejonie Dunaju. Również kolejny cesarz - Walentynian miał liczne starcia z Germanami, zwłaszcza nad Renem (walki z Alamanami, dozorował osobiście budowę umocnień na Renie) i nad Dunajem (Kwadzi i Sarmaci). Ogólnie rzecz biorąc okres wędrówek ludów i wojen nie wpływał korzystnie na wymianę handlową.Na przełomie IV/V wieku doszło do wielkiego wyludnienia terenów Śląska i Łużyc. Ostatnia wielka fala barbarzyńców germańskich ruszyła starą drogą handlową do Moguncji w 406 roku n.e., pozostawiając na miejscu niewielkie skupiska ludności (szacuje się, ze około 20% stanu liczebnego), które od V wieku były asymilowane przez kolejnych najeźdźców przybyłych ze wschodu - Słowian.

Tomasz BernackiPewnie nie ma osoby, która by nie oglądała bądź nie czytała powieść "Quo vadis" Henryka Sienkiewicza. Zapewne również wszyscy podziwiali piękną Ligię, lecz nie wszyscy pamiętają ze szkoły średniej, iż w zamyśle Sienkiewicza Ligia była . pra-Polką, a według pewnych teorii nawet pra-Łużyczanką.Ligia - córka barbarzyńskiego wodzaPrzypomnę więc, iż akcja powieści toczy się w II połowie I wieku, zakończeniem jest męczeńska śmierć Piotra w 67 roku n.e. Sienkiewiczowska Ligia była córką króla Lugiów, barbarzyńskiego ludu żyjącego na północ od Karpat. Sienkiewicz zaczerpnął do swej powieści wątek historyczny tj. walki Lugiów ze Swebami (Kwadami). Lugiowie napadli na króla Kwadów Wanniusza, pragnąc zdobyć jego bogactwa (a więc na Morawy). Sienkiewicz napisał, iż Rzymianie (wódz Ateliusz Hister, w imieniu cesarza Klaudiusza), chcący zachować pokój przy swoich granicach, zażądali od Lugiów, aby przyrzekli, że nie przekroczą granicy rzymskiej. Lugiowie zrobili to dając zakładników na potwierdzenie, w tym córkę wodza. Po śmierci jej ojca, który zginął w walkach ze Swebami, pozostała już w Rzymie. Imię Ligia miało zostać nadane przez Rzymian, a prawdziwe imię jej - Kallina (czyli po prostu Kalina). O jej pięknie świadczyła wypowiedź Petroniusza - " Dziwny to dom tych Plaucjuszów.. Przez kilkanaście dni nie wiedziałem, że mieszka w nim bóstwo. Aż raz o świcie zobaczyłem ją myjącą się w ogrodowej fontannie. I przysięgam ci na tę pianę, z której powstała Afrodyta, że promienie zorzy przechodziły na wylot przez jej ciało. Myślałem, że gdy słońce zejdzie, ona rozpłynie mi się w świetle, jak rozpływa się jutrzenka."Lugiowie - tajemniczy ludW polskiej historiografii dotyczącej Ligiów (Lugiów) pojawia się jednak również wątek łużycki. Kim jednak byli owi Lugiowie? Lud ten po raz pierwszy pojawił się na kartach historii dzięki zapiskom Strabona, greckiego geografa, w 63 roku n.e.. Otóż w okresie tym opisuje ich jako "wielki lud" (mega ethnos), podbity przez czeskich Markomanów (w 8-19 roku n.e.), wyraźnie dając do zrozumienia, iż nie był to lud swebski (musiało to zajść na początku n.e. gdy Markomanami rządził Marbod, wychowany w Rzymie). Lud ten zajmował przede wszystkim dzisiejszy Śląsk i Małopolskę, być może też Wielkopolskę. Kolejny historyk rzymski Tacyt ( II poł. I w. I ćw II ), pisze iż na północ od nieprzerwanego pasma gór (identyfikowanych z Karpatami-Sudetami-Rudawami) "najobszerniejsze dzierżawy zajmują Lugiowie" (Lugiorum - ziemie Lugiów), którzy dzielą się na wiele szczepów (np. Hariów, Helwekonów, Manimów, Elizjów, Nahanarwalów), a "imię Lugiów najszerzej pobrzmiewa" na północ od Gór Swebskich (Sudetów, Rudaw). Wiemy, z historii Tacyta, iż plemię Lugiów napadło na lud Kwadów na Morawach z północy około 50 roku n.e. Lud ten kolejny raz w dziejach pisanych występuje w końcu II wieku n.e. Wówczas zostali wymienieni przez Ptolemeusza z Aleksandrii jako Lougoi , Lugii, Lutii. Według niego w skład federacji Lugiów wchodzili Omani , Diduni oraz Buri. Didunów lokalizuje się na zachód od źródeł Wisły, natomiast Burów gdzieś u źródeł Wisły, a być może i w płn, Słowacji (byli sojusznikami Rzymian w walkach przeciw Markomanom). Inny grecki historyk Dion Kasjusz pisał, iż w roku 91/92 n.e. Lugiowie weszli w sojusz z Rzymianami przeciwko czeskim Markomanom i morawskim Kwadom. Cesarstwo przysłało na pomoc Lugiom oddziały pomocnicze swych wojsk. Jest to jedyna wzmianka historyczna o pobycie wojsk rzymskich na terytorium dzisiejszej Polski. W 99 roku n.e. razem z Dakami i Jazygami walczyli przeciw cesarzowi Trajanowi. Później razem z Jazygami walczyli przeciw Markowi Aureliuszowi, zapewne gdzieś na Słowacji (ok. 175 n.e.). Przez długi okres była cisza piśmienna na temat Lugiów, wynikająca zapewne z ich identyfikacją z plemionami wandalskimi (Silingami i Hasdingami). Lugiowie pojawiają się w pocz. III wieku lub IV w. n.e. na mapach jako Lupiones-Sarmatae (Lugiowie sarmaccy). Po raz ostatni nazwa ta została wymieniona w V wieku n.e. przez Greka Zosimosa, przy czym miał ona na myśli już nie federację plemion, lecz wyraźnie jeden lud. A więc dał pośredni dowód, iż najpierw istniał lud Lugiów, który rozciągnął swą nazwę na inne plemiona, narzucając nazwę konfederacji plemion. Zosimos wymienia Lugiów w wojnie przeciw cesarzowi Probusowi, który pokonał ich w bitwie w 277 roku nad Renem, i pojmał ich wodza Semnona. Semnoni to nazwa ludu germańskiego zamieszkującego do V w. n.e. tereny nad śrd. Sprewą- a więc na płn. od Łużyc. Jednak Zosimos wyraźnie pisał, iż Lugiowie byli ludem germańskim, co jednak nie zniechęciło wielu historyków polskich, gdyż niejednokrotnie w starożytności i średniowieczu uznawano Słowian za Germanów z uwagi na podobny, osiadły tryb życia.Czy Lugiowie to Łużyczanie?Było wiele teorii językoznawców wyjaśnienia nazwy Lugiów, tacy polscy językoznawcy jak Mikołaj Rudnicki czy Tadeusz Lehr -Spławiński udowadniali, iż jest to nazwa słowiańska. Polscy językoznawcy widzieli w tej nazwie pospolite prasłowiańskie słowo - lug czyli bagnista łąka, a w języku polskim - łęg. Stąd owych Lugiów tłumaczono jako skrót od słowa Lugjanie i w prosty sposób przenoszono nazwę na znany jej współczesny odpowiednik - Łużyczanie. Również kroniki mówią o krainie zwanej Lugoi lub Lutoi czyli Lug-ika - Łużyca. Paweł Szafarzyk, czeski historyk XIX -wieczny, z kolei uważał, iż nazwa ta została przeniesiona na Łużyce przez Lugiów i tu się ostała do dnia dzisiejszego. Nazwa ta miałaby być zdrobnieniem od słowa Łuhy , a więc Łużica to Mała Lugia. Równoznacznie do tej nazwy stosowano inne określenie - Lutii, co również ma odpowiednik w językach słowiańskich ljut- oznaczający dokładnie to samo (dla przykładu wiele rzek nosi nazwę typu Lubiąża, Lucień, Lutynia, Ługa, itd.). Podobne znaczenie zawiera też łacina, w której "lutum" oznacza błoto. Niektórzy autorzy nawet wprost uważają, iż "Lugii" jest bezpośrednią łacińską transkrypcją wyrazu - "Ludzie" . U Ptolemeusza Lugiowie mieli mieszkać obok Burgundów, a wiemy dzisiaj , w tym dzięki archeologicznym badaniom, że Burgundzi mieszkali wówczas na Ziemi Lubuskiej (kultura luboszycka), a więc bezpośrednio na północ od Łużyc. Niemieccy historycy podawali germańską etymologię, w której "lugja, luggi" znaczy "kłamliwy" (a więc "Lud Kłamców"). W językach celtyckich z kolei "luige" znaczy przysięga, sojusz. Również istnieje słowo celtyckie - Lug, oznaczające boga Słońce. (miasta celtyckie Lyon, Luguvallum, Lugio) oraz bardzo ciekawa nazwa starożytnej osady Lugidunon, lokalizowanej w ok. Mużakowa nad Nysą Łużycką lub w okolicy Legnicy-Głogowa. Stąd teoria, iż początkowo plemię celtyckie mieszkające na Dolnym Śląsku dało początek wieloetnicznej konfederacji, a z czasem samo uległo germanizacji. Natomiast spora grupa polskich historyków uważała, iż Lugiowie byli ludem słowiańskim, który od I-II wieku n.e. uległ naporowi ludów germańskich. Dziś przeważa teoria celtyckości tego ludu, który stworzył konfederację plemion celtycko-germańskich, której przyczyną powstania było kontrolowanie szlaku bursztynowego. Natomiast dzisiejsza nazwa Łużyc, o ile nie wynika wprost z języka słowiańskiego, mogła zostać przejęta przez Słowian, którzy wchłonęli resztki pierwotnych Lugiów.

(artykuł w formie drukowanej opublikowany został w "Pro Lusatii Opolskich Studiach Łużycoznawczych" 2007, t. 6, s. 18-34)Tomasz Derlatka (Lipsk)Na początku szkicu sformułować pragnę trzy krótkie uwagi porządkujące. I tak interesują mnie w nim tylko te translacje utworów Stanisława Lema, które - choć z mniejszymi lub większymi zastrzeżeniami [1] - wpisać przecież można w konwencję literatury fantastycznonaukowej (inne jego teksty tłumaczone na języki serbołużyckie i tak nie były). Literaturę serbołużycką, powstającą w dwóch (górno- oraz dolnołużyckim), a nawet trzech językach (do tego dochodzi bowiem jeszcze niemiecki) ujmuję dla potrzeb opracowania jako jedność. Przekładów utworów S. Lema na język górnołużycki (dolnołużycki nie może się w tej materii pochwalić żadnym tłumaczeniem) nie rozpatruję w przedłożonym przyczynku pod kątem "estetyki przekładu", tzn. nie analizuję stopnia zgodności językowej translacji z wersją oryginalną, podobnie jak nie oceniam, ani nie wartościuję aplikowanych w przekładach przez tłumaczy górnołużyckich form językowych; ograniczam się tedy wyłącznie do zaprezentowania tłumaczeń sytuacji "okołopodmiotowej". IW piśmiennictwie serbołużyckim sytuacja literatury fantastycznonaukowej (science fiction, SF, fantastyka) ujmowanym jako całość, na którą składają się w przyjętym tu ujęciu przede wszystkim oryginalna produkcja literacka Serbów Łużyckich oraz translacje na języki serbołużyckie z literatur obcojęzycznych, nie przedstawia się zanadto interesująco. Z różnorakich przyczyn konstytuuje ona ledwie maleńki ułamek całościowego dorobku autorów oraz tłumaczy serbołużyckich. Dość wspomnieć, iż całkowitą liczbę wydanych oryginalnych, "artystycznych" tekstów (pomijając przy tym utwory kierowane jednoznacznie do dzieci i młodzieży, zatem przynależnych w nieco "inny" sposób do materii literackiej [2]), które oddają mniej lub bardziej dokładnie morfologiczny genom fantastyki scjentyficznej określić należy w literaturze tej na dzień dzisiejszy na - z grubsza biorąc - 1,75 utworu. Jedność wypełnia swą wątłą postacią (ledwie 40 stron) książeczka autorstwa Pětra Malinka pt. AK 71. Start 18.15 hodź. [AK 71. Start godz. 18.15] (Malink 1959), pozostała wartość niech rozłoży się po równo na opowiadanie Angeli Stachowej Dótknjenje [Dotyk] (Stachowa 1980)[3] tudzież powieść autorstwa Jurija Brězana pt. Krabat [Krabat] (Brězan 1976). Tylko nieco lepszą sytuację zarejestrować trzeba w obrębie przekładów światowej science fiction na język(i) serbołużycki(e). Nie czas tu, ani nie miejsce na opracowanie ogólnej problematyki przekładów światowej SF na mowę Serbów Łużyckich [4], dlatego też w tej chwili jedno jedynie zdanie ilustrujące. Translacje literatury fantastycznonaukowej są liczniejsze niż próby oryginalne, wyprzedziły je (choć nieznacznie) pod względem chronologicznym, przewyższają je zaś zdecydowanie objętością pojedynczych tekstów, a także - w kilku wypadkach wyraźnie (nie uwzględniając w tym momencie utworów Lema) - poziomem. W aspekcie niewielkiego stanu posiadania, zakresu występowania oraz niewątpliwie ograniczonego oddziaływania literatury skodyfikowanej wedle paradygmatu fantazji scjentyficznej polskiego czytelnika może radować fakt, iż jedną z najważniejszych postaci w recepcji światowej SF na Łużycach stał się S. Lem. Tezę o wyjątkowym znaczeniu jego twórczości dla przekładowej literatury z obszaru science fiction w językach serbołużyckich (tu: górnołużyckim) wywodzę w pierwszej kolejności z uwarunkowań o charakterze ogólnym. Mianowicie, Lem w serbołużyckiej "l´espace littéraire" (termin M. Blanchota) stał się obecny przekładami czterech jego opowiadań, dokonanymi przez trzech tłumaczy, które ukazały się w periodykach serbołużyckich w sumie razy sześć. Taka sytuacja - zważywszy na wspomniany nikły całkowity "wolumen" tłumaczonej naukowej fantastyki w beletrystyce (nie tylko) tej mniejszości narodowej - jest zjawiskiem samym w sobie wartym nieco dokładniejszej refleksji.Ale nie tylko w zakresie tłumaczeń fikcji naukowej. Nie jest bowiem w literaturze "małej", a jako taka funkcjonuje estetycznie zorientowana część piśmiennictwa diaspory słowiańskiej w Niemczech, rzeczą zwyczajową, iż jeden autor prezentowany w niej będzie kilkoma przekładami; z reguły rzeczywista[5] recepcja twórczości danego literata - zwłaszcza prozaika ze względu na ekstraordynaryjne wręcz podleganie literatur "małych" rygorom determinizmu egzegentycznego (termin H. Markiewicza) - zawężona będzie na ich obszarze najczęściej do jednej, dwóch translacji[6]. Tę sytuację interpretować należy w dwóch kierunkach. Po pierwsze, singularność tłumaczeń autorów obcojęzycznych jest znamienna dla literatur "małych"; rzadko kiedy translacje danych utworów doczekują się w nich przedruków, z reguły ukazują się tylko raz. Po drugie - świadczyć tedy może (i rzeczywiście świadczy) repetycja utworów danego pisarza (tu: S. Lema), o jego wyjątkowej popularności oraz poczytności wśród danej publiczności literackiej. Identyczną (pozytywną) wartość aksjologiczną, jak w przypadku zagadnienia ilości translacji lub przedruków, przypisać należy i zjawisku wieloprzekładowości (sytuacja, kiedy to jeden tekst danego literata przetłumaczony został przez więcej niż jednego tłumacza).Postawioną powyżej tezę o wyjątkowej pozycji utworów S. Lema w płaszczyźnie przekładów fantastyki na języki serbołużyckie sprecyzować chciałbym jednak krótkim rachunkiem arytmetycznym. Oto stosunek na linii: ogólna liczba tłumaczeń dzieł science fiction (właściwej SF, tj. takiej, co do której brak zastrzeżeń podobnych do tych, które podniosłem przy okazji opowiadania Dótknjenje A. Stachowej) innych autorów do r. 2005 - liczba przekładów (uwzględniając przedruki) utworów S. Lema wynosi ca 17 : 6, zatem odsetek utworów polskiego autora stanowi niemałą część sumy takich utworów (około 35 %). Przytoczony stosunek determinuje w zakresie recepcji przez Serbołużyczan obcojęzycznych tekstów literackich sytuację niemal niepowtarzalną. Twórczość żadnego bowiem z literatów przynależnych do odmiennej, aniżeli "futurologiczna", konwencji literackiej (np. do konwencji "historycznej", "współczesnej", "kryminalnej") takim wskaźnikiem procentowym w aspekcie rzeczywistej recepcji już się nie charakteryzuje. Nie bez znaczenia przy "nadmiernym" być może odbiorze utworów S. Lema był zapewne fakt wysokiej pozycji polskiego autora w rankingu światowej literatury SF, która nie pozostała na gruncie serbołużyckim niezauważona. Niedawno zmarły autor, jak np. wyczytać to możemy jeszcze w prezentacji jego osoby w almanachu literatury przekładowej Wuhladko 2, określany był na Łużycach jako należący "w tutym žanru" (tj. "w tej konwencji literackiej") do "najwuznamnišich awtorow" (tj. do "autorów najbardziej znaczących") (por. Wuhladko 2, 2001: 122).Utworami fantastycznonaukowymi S. Lema przełożonymi na język górnołużycki były kolejno (enumeruję wg czasu publikacji) Bajka o maszynie cyfrowej, co ze smokiem walczyła [Bajka wo ličbowej mašinje, kotraž je ze zmijom wojowała, Lem 1967]; pierwszy rozdział "powieści" Kyberiada (Lem 1968); nieco później celem serbołużyckich translatorów stała się kolejna z "bajek robotów", tj. Trzej elektrycerze [Třo elektryćerjo]. Przełożona została ona przez dwóch różnych tłumaczy (Lem 1980; 1997), a wydana w periodykach serbołużyckich trzykrotnie (oprócz powyższych pozycji także Lem 2001a). Ostatnim - jak dotąd - przetłumaczonym tekstem Lema na jeden z języków serbołużyckich stało się sławetne Wielkie lanie [Puki], czyli przekład kolejnego opowiadania ze zbioru Bajki robotów, który na Łużycach ukazał się wcale niedawno (Lem 2001b). Przypatrzmy się dopiero co wymienionym translacjom nieco bliżej.IIJak wspomniano powyżej, pierwszym opublikowanym utworem S. Lema (jednak nie pierwszym przetłumaczonym na jeden z języków serbołużyckich) stała się najbardziej chyba znana z jego "cyberbajek", tj. Bajka wo ličbowej mašinje, kotraž je ze zmijom wojowała (Lem 1967). Utwór ten, w r. 1967, przełożył na górnołużycki znany serbołużycki autor, tłumacz, literaturoznawca oraz polonofil w jednej osobie, czyli Jurij Młynk, przekład zaś ukazał się w tym samym roku w serbołużyckim czasopiśmie kulturalnym "Rozhlad". Sam tekst utworu poprzedzony został króciutkim wprowadzeniem do życiorysu oraz twórczości naszego pisarza. Został tedy w nim określony autor Solaris jako "jedyn z najwuznamnišich pólskich spisowaćelow" ("jeden z najbardziej znaczących pisarzy polskich"), podkreślono także, iż jako autor "wědomostno-fantastiskich romanow a powědančkow wo mjezyplanetarnych lětach, perspektiwach kybernetiki [...] steji [...] sobu na čole swětoweje literatury tuteje družiny" ("fantastycznonaukowych powieści oraz opowiadań o lotach międzyplanetarnych, perspektywach cybernetyki [...] współznajduje się [...] w awangardzie światowej literatury tego rodzaju"). Z notki biograficznej dowiemy się także, iż "zrědka hdy docpěje jedyn awtor - a to hišće w poměrnje młodym wěku - dwaj a poł miliona eksemplarow cyłkowneho nakłada swojich knihow" ("rzadko kiedy osiąga autor - do tego jeszcze w stosunkowo młodym wieku - dwa i pół miliona egzemplarzy całkowitego nakładu swoich książek") (Lem 1967: 24).[7] Autor notatki (sam J. Młynk?, ówczesny redaktor naczelny "Rozhladu" Měrćin Nowak-Njechorński?) optuje także za tym, iż w opowiadaniu "wustupuje Lem we formje kombinacije elementow bajki a wědomostneje fantastiki přećiwo atomarnemu napřemobrónjenju" ("w formie kombinacji elementów bajki oraz fantastyki naukowej występuje Lem przeciwko nuklearnemu wyścigowi zbrojeń"). Drugim w kolejności opublikowanym po górnołużycku tekstem Lema była wspomniana translacja "prěnjeho kapitla Lemoweho romana Kyberiada" ("pierwszego rozdziału powieści Lema Cyberiada") (Lem 1968). Przy rozpatrywaniu tego akurat przekładu napotkałem na szereg interesujących problemów, na tyle ciekawych, iż zdecydowałem się translacji tej poświęcić osobny artykuł, w którym zastały one nieco wnikliwiej omówione[8]. Z tego też względu w tej chwili krótki zarys tam zamieszczonych dociekań. Po pierwsze: Cyberiada nie jest oczywiście żadną powieścią (jak mylnie podaje autor przekładu, Jurij Młynk), lecz zbiorem opowiadań, zaś ów "pierwszy rozdział powieści" to przekład opowiadania z tego tomu pt. Wyprawa pierwsza, czyli pułapka Gargancjana. Po wtóre: według sygnatury tłumacza zamieszczonej pod tekstem, przekład powstał już w r. 1964, co musi zadziwiać, zważywszy że sama Cyberiada (w tym i tekst Wyprawy pierwszej...) ukazała się drukiem po raz pierwszy dopiero o rok później, tj. w r. 1965. Wreszcie po trzecie: Wyprawa pierwsza... okazuje się być de facto pierwszym tłumaczeniem utworu Lema na język górnołużycki, wcześniejszym jeszcze niźli Bajka wo ličbowej mašinje... Opowiadanie, podobnie jak w przypadku Bajki o maszynie cyfrowej..., poprzedzone zostało notatką o autorze, która jednakże - w porównaniu z tą pierwszą - jest znacznie bardziej precyzyjna. Dowiedzieć się z niej m. in. możemy, iż Lem studiował ginekologię, przy czym niezwykle interesujący jest fakt, iż tak precyzyjnego podania specjalizacji studiów medycznych autora Solaris nie sposób odnaleźć w żadnej z dostępnych w języku polskim biografii Lema[9]; fakt ten sam w sobie mógłby stanowić kolejny argument przemawiający za hipotetycznie zakładanym przeze mnie (por. wspomniany artykuł) osobistym kontaktem tłumacza i autora (to od niego dostałby taką informację). I podobnie jak w przypadku powyższym, nie mogło zabraknąć i w przy prezentacji tego opowiadania Lema "kapki ideologii w Lemowej (cyber-)polewce". Nieustalony jej autor (J. Młynk? M. Nowak-Njechorński?) utrzymuje - nawet jeśli z dużą dozą racji, iż Lem: "na cyle překwapjace wašnje předstaja tu dobyće měra nad wójnami" ("w nieoczekiwany sposób przedstawia tu zwycięstwo pokoju nad wojnami") (Lem 1968: 65). Po przekładzie "prěnjeho kapitla Lemoweho romana Kyberiada" nastąpiła w recepcji Lemowej fantastyki naukowej w literaturze serbołużyckiej 12-letnia pauza. Tłumaczenie Trzech elektrycerzy, autorstwa Sonji Wölke (Lem 1980), ukazało się bowiem w górnołużyckim kalendarzu na rok 1981, tj. w Protyce na lěto 1981, dopiero w r. 1980. Podkreślenie miejsca publikacji przekładu nie jest tu nieistotne. Niech wolno mi będzie przy tej okazji po raz kolejny zaakcentować aspekt prestiżowy związany z translacją utworu Lema: Protyka to bowiem najchętniej czytana pozycja (w wersji książkowej) przez serbołużyckich czytelników[10]. Opowiadanie określone zostało tu jako "utopiska bajka" ("utopijna bajka"), "utopijna" oznacza w tym przypadku tyle, co "fantastycznonaukowa"[11]. W związku z tą translacją, a zwłaszcza ze względu na osobę tłumacza (językoznawcy) podkreślić należy paradygmatyczną zmianę, która w moim mniemaniu zaistniała w zakresie przyczyn recepcji utworów Mistrza przez Serbołużyczan. Dwa bowiem poprzednie tłumaczenia utworów Lema, przypomnę - oba dokonane przez J. Młynka, rezultowały najoczywiściej z niezłej jego orientacji w zagadnieniach literatury polskiej tego czasu. Posiadając dobre rozeznanie w tym zakresie (nie do końca wyjaśniony casus "powieściowości" Cyberiady[12] zdaje się być przy tym drobną jedynie pomyłką, zwłaszcza w kontekście innych jego polonofilnych inicjatyw), tłumacz chciał zapoznać ziomków z rzeczywiście "dobrą" polską literaturą czasów im współczesnych; przeważał tu tedy recepcji aspekt "estetyczny". Główny zaś celem translacji Trzech elektrycerzy przez Wölke nie były w moim przekonaniu aspekty "estetyczne" (termin aplikowany w przyjętym dla tego artykułu założeniu), tj. mające na celu przybliżenie serbołużyckiemu recypientowi określonego - interesującego - wycinka współczesnej literatury polskiej (choć sytuacja taka nie jest oczywiście niewykluczona). Tezę tę można wyprowadzić chociażby z faktu, iż pomiędzy rokiem 1968 (data wydania drugiego tłumaczenia Młynka) a rokiem 1980 (opublikowany przekład Wölke) ukazał się przecież szereg innych utworów Lema, które lepiej ilustrować by mogły przekrój przez współczesną literaturę polską, aniżeli jedna z nieco już "przeterminowanych" bajek robotów. W przypadku translacji Wölke dochodzi raczej do głosu inny aspekt pracy tłumacza. Krótko referując - semantycznie nacechowana zostaje "lingwistyczna", a nie "estetyczna" strona procesu translacji. J. Młynk był kulturo- i literaturoznawcą, S. Wölke, podobnie jak i drugi tłumacz owej "elektrobajki", tj. E. Wornar, są językoznawcami. Aspekt "lingwistyczny" w preferowanym tu znaczeniu pokrywa się zatem z rozumieniem jednej z funkcji literatury science fiction zaproponowanym ongiś w licznych artykułach przez R. Handke ("neologizacja"). Nie wchodząc w tej chwili w szczegóły wywodów Handkego, chcę jedynie te słuszne konstatacje uzupełnić o konspekt właściwy dla literatury "małej" (oraz "małego" języka). Ważne są bowiem, zwłaszcza dla płaszczyzny języka, już to funkcja komplementaryzacji luk w brakującej terminologii, już to funkcja wytworzenia od podstaw "fantastycznoscjentyficznego" zasobu leksykalnego. Nie na końcu wymienić przyjdzie takoż inne jeszcze rzeczy: wyzwanie dla tłumacza (niesłychana sprawność językowa autora Kongresu futurologicznego stawia translatorom niezwykle wysokie wymagania) oraz związana z tym satysfakcja z udanego tłumaczenia.Zatem raz jeszcze: wraz z translacją S. Wölke zdaje się zarysowywać w literaturze serbołużyckiej w zakresie przyczynowym recepcji utworów S. Lema sygnifikantne przesunięcie na odmienną filologicznie oraz semantycznie płaszczyznę. Kolejne tłumaczenie utworu S. Lema na język górnołużycki stanowią ponownie Třo elektryćerjo, tym razem w przekładzie Eduarda Wernera (resp. Edwarda Wornarja w językowej wersji serbołużyckiej). Łamów, precyzyjniej: rubryki Słowjanske literatury [Literatury słowiańskie], użyczył owej publikacji tym razem jedyny dziennik serbołużycki "Serbske nowiny" (Lem 1997). Rozpatrując przyczyny wybrania tego akurat utworu do tłumaczenia oraz do publikacji zadać sobie należy trzy zasadnicze pytania, na które trudno będzie udzielić - dochodzi tu bowiem do głosu, po części przynajmniej, czynnik subiektywny - jednoznacznej odpowiedzi. Kwestie te przedstawiają się jak następuje. Po pierwsze: dlaczego, jeśli zdecydowano się na translację oraz opublikowanie któregoś z tekstów S. Lema, nie został wytypowany oraz przetłumaczony jakiekolwiek inny tekst (resp. fragment większego utworu) z jego dorobku? Po drugie: nawet jeśli rozstrzygnięto selekcję na korzyść jednego z opowiadań ze zbioru Bajki robotów, czemu wybrano właśnie Trzech elektrycerzy, czyli opowiadanie, które w języku górnołużyckim było już dostępne, a nie jakiekolwiek inny utwór z tego tomu? Po trzecie wreszcie: jeżeli już wytypowano właśnie to konkretne opowiadanie, czemu nie przetłumaczono go na język dolnołużycki, który w zakresie przekładowej literatury fantastycznonaukowej nie posiadał zbyt wysokiej liczby przekładów (dokładniej był w posiadaniu jednego)? Ponieważ nie jestem w stanie precyzyjnie, a zwłaszcza jednoznacznie, określić przyczyn zaistniałej - niekorzystnej - sytuacji, próby odpowiedzi na rzeczone trzy pytania ująć muszę w postać zdań pytajnych. Czy przyczyną owej repetycji był brak rozeznania (i tłumacza, i redaktorów dziennika) w już istniejących przekładach utworów S. Lema? Czy może wcześniejsza translacja Trzech elektrycerzy na górnołużycki okazała się dla tłumacza niewystarczająca pod względem artystycznym? A może właściwej odpowiedzi dostarcza ten oto prozaiczny fakt, iż bajka o trzech potencjalnych zdobywcach planety Krionidów stanowi pierwsze opowiadanie z tomu? Na postawione pytania trudno jednak dziś będzie znaleźć odpowiedź prawdziwą[13]. Przekład ten, tj. autorstwa E. Wornarja, został ponownie przedrukowany z niewielkimi tylko korektami językowymi w drugim numerze almanachu literackiego Wuhladko (Lem 2001b). Ów periodyk, założony w r. 2000 oraz redagowany przez znaną serbołużycką literatkę R. Domašcynę, służyć miał zasadniczo prezentacji przyczynków z literatur innonarodowościowych. Literatura przekładowa od lat 70-tych wieku XX traciła bowiem w literaturze serbołużyckiej swoją relewantną funkcję, powodując trudne do wymierzenia straty, które wiążą się z brakiem translacji w systemie literatury "małej". W całościowej koncepcji Wuhladka, tedy czasopisma mającego: (1) wzmocnić pozycję literatury przekładowej w systemie literackim Serbołużyczan, (2) wykształcić bądź dokształcić rodzimą warstwę tłumaczy, znalazło się miejsce na rubrykę poświęconą "literaturze dzisiaj" (Literatura dźensa). I w drugim to właśnie numerze Wuhladka - dość nieszczęśliwie, acz nieszablonowo[14] zważywszy że robocie bajki sąsiadowały z fragmentem powieści O. Tokarczuk - ulokowano i Trzech elektrycerzy, i Puki. Odnośnie sensowności publikacji tego samego opowiadania (odnosi się do tekstu Třo elektryćerjo), czy teraz - nawet (niemal) identycznego przekładu, przytoczyć by można te same zapytania, które postawiłem wcześniej, przy rozpatrywaniu drugiej translacji Trzech elektrycerzy. W tym samym numerze almanachu zamieszczono takoż przekład kolejnego, zatem trzeciego już, opowiadania z Bajek robotów (Wielkie lanie) pod serbołużyckim tytułem Puki (Lem 2001a). Tłumaczeniem zajął się ponownie Edward Wornar, translacja ta jest jak dotąd ostatnim tłumaczeniem utworu (nie tylko) fantastycznonaukowego S. Lema.IIIZ przedstawionych powyżej wywodów wynika niezbicie, iż recepcja utworów S. Lema w literaturze serbołużyckiej ogranicza się do jednej tylko pozycji książkowej, tj. do Bajek robotów. Translacja pierwszego opowiadania z Cyberiady, tj. Wyprawy pierwszej, czyli pułapki Gargancjana, zdaje się być tu jedynie wyjątkiem potwierdzającym regułę. A może nawet i nie, zważywszy iż Bajki robotów oraz Cyberiadę traktuje się przecież jako homogeniczną całość. Stwierdzenie egzystencji danego faktu literackiego przedstawia się (z reguły) jako zadanie najprostsze. Dużo bardziej skomplikowana, a przez to znacznie bardziej wartościowa naukowo, będzie zawsze próba wykazania przyczyn jego zaistnienia. W naszym przypadku byłaby to przymiarka do wyjaśnienia dwu kwestii, z których bardziej zajmująca zda się być tylko jedna. Zapytam tedy po pierwsze: dlaczego recepcja utworów fantastycznonaukowych polskich "fantastów" ograniczyła się na gruncie literatury serbołużyckiej do jednego tylko autora (o innych, poza Lemem, polskich autorach SF na Łużycach - jak się zdaje - nie słyszano)? I pytanie drugie: czemu wybór z przebogatego przecież dorobku polskiego pisarza, tj. S. Lema, zawęża się na gruncie serbołużyckim tylko i wyłącznie do jednej pozycji, tj. Bajek robotów? Próba odpowiedzi na pytanie pierwsze będzie chyba nieskomplikowana, dokładniej: nie będzie próbą, lecz jedynie stwierdzeniem oczywistego faktu. Ograniczenie się przy recepcji innojęzycznej literatury o danej konwencji (tu: fantastycznonaukowej) do jednego tylko autora, jest w przypadku SF (ale i nie tylko jej) i tak zjawiskiem pozytywnym. Z wielu literatur nie przetłumaczono przecież na języki serbołużyckie w ogóle nic, zarówno fantastycznonaukowego, jak również z zakresu innych konwencji literackich. Systematycznie dla fantastyki naukowej rzecz całą prezentując, tłumaczenia światowej SF ograniczają się w literaturze serbołużyckiej do 4 kręgów językowych (niemieckiego, rosyjskiego, polskiego, angloamerykańskiego). Z tych w nieco większym stopniu (tj. w liczbie większej niż jeden przedstawiciel) recypowane były dwa: niemiecki oraz rosyjski. W przypadku niemieckiego kręgu językowego - przekłady w lwiej części dotyczą literatury (wschodnio-)niemieckiej - stan taki jest jednocześnie zrozumiały (ponieważ jest to literatura najbliższa, sąsiedzka, a przez to najbardziej znana) oraz niezrozumiały (ponieważ może być ona, ze względu na bilingwalność Serbołużyczan, przyswajana bezpośrednio). Casus zaistnienia rosyjskiej fantastyki naukowej w literaturze serbołużyckiej, a zwłaszcza czas jej najintensywniejszej recepcji, zdaje się z kolei podlegać rygorom wspominanej uprzednio recepcji "sterowanej". W świetle wymienionych faktów cieszyć się zatem wypada, iż polska fantastyka naukowa - niechże nawet przez twórczość jednego tylko pisarza - była w ogóle recypowana. W dodatku, jak już stwierdzono, w relatywnie dużej mierze. Odpowiedź na bardziej interesujące pytanie drugie (czemu tylko Bajki robotów?) już tak prosta nie będzie. Składają się bowiem na nią różnorakie - właściwe dla literatur "małych", jednak dla odbiorcy literatury "dużej" mało zrozumiałe - faktory, które dodatkowo przynależą do odmiennych płaszczyzn problemowych. Krótko: aby przedstawić wszystkie możliwe przyczyny recepcji w literaturze Serbołużyczan jedynie Bajek robotów, należałoby napisać całkiem nowy, wcale sporawy, artykuł. Być może zagadnienie to podjęte zostanie w przyszłości, teraz przypatrzyć się chciałbym temu problemowi jedynie od strony "ontologicznej". Zapytajmy: czy dominacja jednej tylko pozycji z dorobku jednego autora, właśnie Lemowskich Bajek robotów, oznacza dla literatury serbołużyckiej pozytywną, czy negatywną raczej sytuację (abstrahując od okoliczności, iż każda dominacja nosi w sobie odcień negatywny)? Pozytywny aspekt rzeczonej sytuacji, w moim przekonaniu mniej prawdopodobny, determinuje w pierwszym rzędzie wysoki poziom artystyczny tekstów polskiego autora. Jako takie są to teksty przyjemne w lekturze, do których chętnie się powraca, zatem dlaczego by ich - podobnie jak ma to często miejsce w literaturach "większych" - nie przedrukowywać oraz nie tłumaczyć od nowa? Ale i inna sprawa mogłaby okazać się tu istotna. Teoretycznie zawężenie recepcji do jednej tylko (wartościowej artystycznie) pozycji pozwolić by mogło na oddziaływanie wyłącznie bardzo dobrych wzorców, który to wpływ objąć by mógł dwie docelowe grupy. Z jednej strony rodzimych twórców, zadziałać tedy zapładniająco na ich twórczość, przez co mogłaby zostać wygenerowana bądź wzmocniona tradycja własna (w literaturze Serbołużyczan tak się jednak nie stało, por. niżej). Podobnie jak ze strony drugiej - przeszkolić rodzimych translatorów na wyjątkowo wdzięcznym, acz stawiającym wysokie wymagania, materiale. Ta druga okoliczność sprzęga się z najistotniejszą moim zdaniem przyczyną recepcji jednej tylko pozycji z dorobku Lema. Jest nią wspominany już aspekt językowy. Odwracając poniekąd rozpatrywaną sytuację (przechodzę do aspektu negatywnego), stwierdzić przystoi, iż fakt, że inne utwory S. Lema nie zostały w literaturze serbołużyckiej recypowane, tłumaczyć można również na kilka sposobów. Wyjaśniam, iż niewątpliwie zdumiewać musi (pomijając przyczyny wymienione powyżej) ograniczenie działalności translacyjnej serbołużyckich tłumaczy niemal wyłącznie do tej akurat pozycji. Jedną z ważniejszych przyczyn jest bez wątpienia brak rozeznania autorów oraz translatorów serbołużyckich w literaturze polskiej w nowszym czasie, co poświadczone spadkiem przekładów z literatury polskiej (por. Derlatka 2000). O tym z kolei przekonywa, wspomniany na początku przedłożonego artykułu cytat z Wuhladka 2 o tym, jakoby S. Lem jeszcze na początku XXI w. należał do najlepszych fantastów; najlepsze lata swojej twórczości miał on przecież już dawno za sobą. Inne zaś jego utwory, wszystko na to wskazuje, Serbołużyczanom po prostu nie były znane. Wydaje się, że (wzmiankowane powyżej) cele-przyczyny recepcji Lema można było osiągnąć - chyba dużo lepiej - tłumacząc inne jego utwory, a nie powtarzając te same (dotyczy przede wszystkim Trzech elektrycerzy). Myślę, iż literatura "mała" nie powinna sobie pozwalać na trwonienie sił i miejsca na dublowanie przekładów. A może jednak musi, bo takie są właśnie wyznaczniki jej istnienia. IVW ostatnim słowie szkicu podsumować przyjdzie, iż recepcja utworów S. Lema - niedostateczna bądź odpowiadająca rzeczywistym możliwościom oraz potrzebom literatury "małej" - nie zostawiła niestety trwałego śladu w oryginalnej literaturze Serbołużyczan. Stwierdzenie takie wynika z gruntownego zapoznania się przeze mnie z (nielicznymi) oryginalnymi utworami fantastycznonaukowymi autorów serbołużyckich (dla dorosłych oraz dla młodzieży). Wspomniane w initium przedłożonego opracowania "utopijne" opowiadanie P. Malinka pt. AK 71. Start 18.15 hodź., tj. jeden z niewielu serbołużyckich rodzimych utworów fantastycznonaukowych sensu stricto oraz debiut SF w tej literaturze [15], powstało w r. 1959, tedy wcześniej, niźli na Łużycach poznano opowiadania Lema. Elementy "futurologiczne" (w sensie naukowej fantastyki) w opowiadaniu A. Stachowej Dotyk ograniczają się jedynie do "przyszłościowości" zdarzeń przedstawionych oraz do semantycznej "futurologizacji" rekwizytów ze świata zdarzeń. Podjęty zaś na kartach Krabata J. Brězana motyw fantastycznonaukowy to z kolei inna (całkiem nie robocia) bajka. Także jedyny "prawdziwy" serbołużycki pisarz SF, tedy P. Wjeńka, nie wyzyskał (a szkoda, w ten sposób ustrzegłby się on może poważnych błędów kompozycyjnych w swoich opowiadaniach oraz "podwyższył" o wiele ich poziom) w swoich próbach fantastycznonaukowych nic z warsztatu oraz dokonań polskiego twórcy[16]. Podsumowując przedstawione na kolejnych stronach przyczynku do recepcji utworów fantastycznonaukowych S. Lema w literaturze serbołużyckiej rozważania, stwierdzić należy, iż niewątpliwie istnieje coś takiego jak pewnego rodzaju "uczucie" Serbołużyczan do fantastycznonaukowych utworów Lema, precyzyjniej: do pewnej ich części, a jeszcze dokładniej ujmując: "uczucie" zawężone do - z jednym wyjątkiem - "cyberbajek" ze zbioru Bajki robotów. Sympatia ta przybrała postać przekładów czterech jego opowiadań (dokonanych przez trzech tłumaczy) i trwała bez mała lat czterdzieści. I tylko żałować wypada, iż po śmierci Mistrza nie pojawiła się w prasie serbołużyckiej nawet wzmianka o tym smutnym fakcie.BibliografiaBereś Stanisław (1987): Rozmowy ze Stanisławem Lemem. Kraków.Brězan Jurij (1976): Krabat. Budyšin. Derlatka Tomasz (2000): Łużyckie przekłady z literatury polskiej w latach 1945-98. In: "Zeszyty Łużyckie", XXIX (2000). Str. 35-46.Derlatka Tomasz (2002): Druhi pohlad přez płót. In: "Serbske Nowiny" (30.08.2002), Předźenak.Derlatka Tomasz (2007): "AK 71. Start 18.15 hodź." Pětra Malinka. Wo serbskej science fiction-literaturje (abo lěpje: wo jeje pobrachowanju). In: "Serbska šula" 60 (2007) 1. Str. 2-7.Lem Stanisław (1965): Histoire de la calculatrice qui combattit le dragon. In: "Perspectives Polonaises" 8 (1965) 1. Str. 61-68. Lem Stanisław (1967): Bajka wo ličbowej mašinje, kotraž je ze zmijom wojowała. In: "Rozhlad" 17 (1967) 1. Str. 24-30. Lem Stanisław (1968): Kyberiada. In: "Rozhlad" 18 (1968) 2. Str. 65-73. Lem Stanisław (1980): Třo elektryćerjo. In: Protyka 1981. Budyšin. Str. 101-103. Lem Stanisław (1997): Třo elektryćerjo. In: "Serbske nowiny" 7 (03.01.1997) 2. "Předźenak". Lem Stanisław (2001a): Puki. In: Wuhladko 2. Literarny almanach. Budyšin. Str. 7-13.Lem Stanisław (2001b): Třo elektryćerjo. In: Wuhladko 2. Literarny almanach. Budyšin. Str. 14-19. Malink Pětr (1959): AK 71. Start 18.15 hodź.Utopiske powědančko. Budyšin.Schwartz Matthias (2003): Die Erfindung des Kosmos: zur sowjetischen Science Fiction und populärwissenschaftlichen Publizistik vom Sputnikflug bis zum Ende der Tauwetterzeit. Berlin.Šěn Franc, Simon Erik (2002): Science Fiction in sorbischer Sprache. In: Neumann Hans-Peter (red.): Die große illustrierte Bibliographie der Science Fiction in der DDR. Berlin.Smuszkiewicz Antoni (1995): Stanisław Lem. Poznań.Stachowa Angela (1980): Dótknjenje. In: Tři kristalowe karančki a druhe powědki wo nas. Budyšin. Str. 96-121. Suvin Darko (1972): Ein Abriß der sowjetischen Science Fiction. In: Barmeyer Eike (red.): Science Fiction. Theorie und Geschichte. München. Str. 318 - 339.Wuhladko 2. Literarny almanach. Budyšin 2001. Przypisy:1. Uprzedzając w tym miejscu fakty, które nieco wnikliwiej rozpatrzę na kolejnych stronach artykułu, zasygnalizuję jedynie, iż recepcja utworów Lema w literaturze serbołużyckiej sięga przedziału czasowego bez mała lat 40 oraz ogranicza się z jednym, zresztą czysto formalnym, wyjątkiem do kolejnych opowiadań ze zbioru Bajki robotów. Jest dla mnie oczywistym fakt, iż zakwalifikowanie właśnie Bajek robotów jako science fiction to operacja mocno naciągana, ryzykowna, a przez to - być może - błędna. O nieporozumieniach w tym zakresie świadczyć mogą chociażby słowa samego Lema, który twierdził kategorycznie: "w fakcie, że Cyberiadę i Bajki robotów przypisuje się do Science Fiction, widzę ogromną bezmyślność i inercję diagnoz klasyfikacyjnych" oraz że "przyszywanie ich [tj. Bajek robotów oraz Cyberiady] grubą dratwą do Science Fiction to doprawdy żałosny zabieg" (Bereś 1987: 179). Jeżeli na taką "bezmyślność" zrealizowaną poprzez ów "zabieg żałosny" sobie pozwalam, robię to z dwu przede wszystkim powodów. Pierwszym, bardziej relewantnym, są względy tradycji literatury "przyjmującej" utwory danego pisarza: w literaturoznawstwie serbołużyckim "bajki robotów" kwalifikowane były (i są) jednoznacznie jako fantastycznonaukowe właśnie. Po drugie, stopień nasycenia "robocich" lub też "cybernetycznych" opowiadań Lema elementami fantastycznonaukowymi jest na tyle wysoki, iż pozwala on na - mimo wszystko - rozpatrywanie tych utworów w kategoriach scjentyficznej fantazji (że takie próby były podejmowane przekonywa powyższy cytat słów Lema, por. także wywody A. Smuszkiewicza, 1995: 89-91); w wielu przypadkach jest on bowiem wyższy, aniżeli podobna "gęstość" utworów "fantastów" serbołużyckich, które w zamierzeniach ich samych oraz ocenach rodzimej krytyki literackiej pretendować miały do takiego miana.2. Takich na gruncie serbołużyckim odnajdziemy jeszcze kilka. Na szczególną uwagę zasługują przede wszystkim te autorstwa Pětra Wjeńki, którego całość (niezbyt co prawda imponujących) dokonań literackich - jeśli rozpatrywać ją w aspekcie relacji pomiędzy literackimi utworami fantastycznonaukowymi a tekstami, które charakteru takiego nie wykazują - należałoby określić jako w wysokiej mierze "futurologiczną" (przy przedstawionej charakterystyce twórczości tego pisarza nie uwzględniam problemu zakładanego recypienta tych utworów).3. Autorzy jedynego przeglądu bibliograficznego po literaturze science fiction w języku serbołużyckim (tutaj: i górno-, i dolnołużyckim) Franc Šěn oraz Erik Simon, uwzględniając tekst Stachowej w rzeczonym zestawieniu, zastrzegają jednak, iż "die Erzählung spielt in der Zukunft, ethält aber gegen Ende genrebestimmende Märchenmotive" (Šěn, Simon 2002: 637). Dokonując krótkiego przeglądu "fantastycznych" atrybutów w tym opowiadaniu, mogę dodać do powyższej uwagi redaktorów bibliografii, iż zawierają się one w nader znikomej liczbie; w opowiadaniu następuje jedynie jakby przeniesienie pewnych - wirtualnemu odbiorcy empirycznie znanych - doświadczeń na wyższy, "fantastycznonaukowy" stopień semantyczny. Przykładowo, mieszkańcy fiktywnej miejscowości "Christiansville" poruszają się "helikopterami" zamiast "samochodami", odpowiednio do tejże zamiany funkcję "parkingu" pełni "lotnisko". Zważywszy na oba wspomniane fakty, jak i na trzeci, iż żadne inne elementy poetyki naukowej fantazji w utworze tym nie występują, uwzględnienie Dotyku jako utworu fantastycznonaukowego jest w dużej, a nawet bardzo dużej, mierze nieuprawnione.4. Tematyka nie koresponduje bezpośrednio z przedłożonym szkicem, pomocny przegląd (jednak nie do końca wyczerpujący) przedstawia wspomniany artykuł Science Fiction in sorbischer Sprache, prezentacja ogólnej sytuacji oraz sposobu istnienia naukowej fantazji w piśmiennictwie Serbołużyczan pióra piszącego te słowa jest już gotowa.5. Przez pojęcie "rzeczywistej" recepcji rozumiem przyswajanie przez daną kulturę literacką tekstów danego pisarza z nierodzimego kręgu językowo-kulturowego, zatem odbiór, który wynika z potrzeby - dajmy na to: "estetycznej" - generowanej tedy w pierwszym rzędzie wysokim poziomem oraz znaczeniem jego twórczości. Rozróżnienie to wprowadzam dlatego, iż właśnie w "małym" piśmiennictwie Serbołużyczan w wielkiej mierze zaistniało w aspekcie przyjmowania literatur innojęzycznych zjawisko recepcji "sterowanej", tj. ukierunkowanej na odbiór tych dzieł literackich (bądź nieliterackich), które jednoznacznie bądź w nieco mniejszym stopniu, ale jednak wartości "estetycznej" nie posiadały, a których zaistnienie w danym - absorbującym - piśmiennictwie implikowały czynniki nieimmanentne, głównie ideologiczne (rzecz jasna, dotyczy to głównie okresu socjalizmu). Dlatego też nawet liczba translacji tekstów Lema, jak wspomniano: stosunkowo wysoka, nie może się na gruncie serbołużyckim równać ilości przekładów np. "dzieł" W. Lenina.6. W kontekście literatury science fiction należy zaznaczyć, iż porównywalną z Lemem liczbę trzech przekładów osiągnął w sekundarnej twórczości literackiej Serbołużyczan tylko jeden jeszcze pisarz, tj. Eberhardt del' Antonio, jednak przekłady jego utworów, inaczej niż w przypadku Polaka, nie doczekały się kolejnych przedruków.7. Przytoczone liczby zostały przy prezentacji tekstu Lema wprowadzone zapewne w funkcji przekonania czytelnika do jego osoby oraz twórczości. Stanowić tedy może taki zabieg próbę "usprawiedliwienia" recepcji wynikającej z potrzeby "estetycznej". Jednak o tym, że nakład utworów młodego Lema był w tamtym czasie naprawdę imponujący, świadczą chociażby fakty dotyczące edycji utworów spod znaku naukowej fantastyki w porównywalnych latach w Rosji przytaczane przez Suvina (1972: 319) oraz nowsze informacje podawane przez Schwartza (2003: 34).8. Derlatka Tomasz, O pewnej hipotezie badawczej (O okolicznościach powstania górnołużyckiego przekładu opowiadania Stanisława Lema Wyprawa pierwsza, czyli pułapka Gargancjana), w druku.9. Jedynie Smuszkiewicz (1995: 9) dementuje informację, jakoby Lem uzyskał specjalizację w zakresie psychiatrii.10. Być może przyczyną uwzględnienia Lemowskiej "elektrobajki" w tym akurat roczniku Protyki stała się ogólna koncepcja artystyczna przyjęta dla tego numeru. Odnajdziemy bowiem w nim także opowiadanko dla młodzieży P. Wjeńki pt. Njekedźbliwa lubosć, zatem - w dużej mierze - "futurologiczny" tekst jedynego serbołużyckiego pisarza science fiction sensu stricto.11. O przyczynach ekwiwalentyzacji obu przymiotników, które - w założeniach ogólnych problematyki "terminów genologicznych" (określenie S. Skwarczyńskiej) - precyzować mają literacką odmianę gatunkową, zadecydowały bez wątpienia względy konwencji terminologicznej aplikowanej w literaturoznawstwie niemieckim. Teksty Lema, w polskiej jako "fantastycznonaukowe", w niemieckiej tradycji określane były najczęściej jako "utopijne" (np. Der Planet des Todes: Utopischer Roman [Astronauci]; Gast im Weltraum: Utopischer Roman [Obłok Magellana]; Eden: Ein wissenschaftlichutopischer Roman [Eden]). Inną sprawą, iż niemiecka nauka o literaturze (stroniąc w tym momencie od problemu przejmowania gotowych terminów niemieckojęzycznych) była i jest (pomijając kiedyś liczne, dziś jednak słabo już widoczne wpływy tradycji czeskiej oraz polskiej) dla literaturoznawstwa Serbołużyczan (jednak nie dla literaturoznawstwa sorabistycznego!) podstawą do prób generowania definicji własnych.12. W związku z tym zauważmy jedynie, iż także w polskich źródłach odnaleźć można nie lada perełki. Przykładowo w Bibliografii Zawartości Czasopism (rok 19, marzec 1965, zeszyt 3, pozycja 14716, str. 115) przy nocie bibliograficznej odnoszącej się do utworu Lema pt. Polowanie na Setaura znajdujemy także odnośnik dotyczący translacji na język francuski innego jego opowiadania, tj. Bajki o maszynie cyfrowej... (Lem 1965). Przytoczę go in extenso: Fragm. pow. "Bajki Robotów" (sic!). Aby rozwiać wszelkie wątpliwości podaję także rozwiązania aplikowanych skrótów (str. 143): "fragm. - fragment; pow. - powieść". Przy tekście przekładu w rzeczonym czasopiśmie o powieściowości Bajek robotów żadnej wzmianki nie ma, na str. 61 przeczytamy tylko: "Extrait du recueil de récits Contes de robots".13. Rzecz jasna możliwy jest jeszcze jeden aspekt: oto Trzej elektrycerze stanowią najlepsze opowiadanie z całego zbioru, na głowę bijąc teksty pozostałe. Zda się jednak, iż akurat w przypadku Bajek robotów trudno mówić o jednoznacznej dominacji jednego tekstu, poziom artystyczny tomu charakteryzuje się względną stabilnością w tym zakresie, zaś pod względem stopnia trudności językowej są pozostałe opowiadania zapewne nie mniej pociągające dla tłumaczy.14. Zwracałem na ten fakt uwagę w recenzji Wuhladka 2, por. Derlatka (2002).15. O utworze tym, motywach jego powstania, poetyce oraz wartości literackiej, pisałem nieco dokładniej w innym artykule, por. Derlatka (2007).16. Opowiadanie P. Wjeńki pt. Štwórta dimensija [Czwarty wymiar] (1978), w którym - podobnie jak polski autor - wyzyskał on symbiozę bajki oraz elementów futurologicznych, nie potwierdza jednak Lemowego "szyldu", tj. kontaminacji gatunków literackich. Rzeczona symbioza w opowiadanku serbołużyckiego autora przeprowadzona została wyłącznie w płaszczyźnie tematologicznej: "bajkowy", a jednocześnie "futurologiczny" jest motyw zaśpionych w górze krasnoludków-kosmitów.

Serbowie Łużyccy w swojej 1400-letniej historii, często mieli doczynienia z narodowo-szowinistycznymi ograniczeniami i zakazami jak również musieli cierpieć w wyniku następstw ekstensywnej polityki gospodarczej przemysłu węglowego, w wyniku której od początku 1924 r. padło ofiarą ponad sto łużyckich wiosek. Serbołużyczanie przetrwali również "socrealistyczny" system NRD, lawirując pomiędzy przystosowaniem a sprzeciwem. W procesie postępującej asymilacji i germanizacji liczba ich ulegała stałej redukcji.Z chwilą zjednoczenia Niemiec oraz poszerzeniem Europejskiej Unii pojawiła się nowa szansa. Serbołużyczanie zostali uznani przez Republikę Federalną Niemiec za autochtoniczny naród z prawem do ochrony i rozwijania swojej tożsamości.Jednak egzystencja Sebołużyczan, wraz z ich dwoma samodzielnymi zachodniosłowiańskimi językami literackimi, została zagrożona; serbska kultura, która o czasów Reformacji zdołała wznieść się na poziom kultury wysokiej, znalazła się w liberalno-demokratycznych Niemczech w niebezpieczeństwie. Przyczyną zaistniałej sytuacji jest przybierające niedofinansowanie Fundacji na rzecz Narodu Serbołużyckiego i spadające poparcie niemieckiego rządu. Ciągnący się od roku spór między rządem federalnym a landem Saksonii i Brandenburgii w kwestii finansowych kompetencji, zaciążył znacząco na niemieckiej polityce wobec mniejszości narodowych. Z tego powodu, porozumienie w sprawie nowych zasad finansowania na rok 2008, do dzisiaj nie doszło do skutku.Fundacja na rzecz Narodu Serbołużyckiego została założona przez Rząd Federalny Niemiec oraz Saksonię i Brandenburgię w celu zachowania jedynych w swoim rodzaju serbołużyckich instytucji - kulturalnych, szkolnych i naukowych oraz umożliwienia realizacji prac projektowych. Serbołużycka kultura i tradycje miały być promowane i rozwijane aby skutecznie zacieśnić tolerancyjne więzy między Serbołużyczanami i Niemcami.Trzy zawierające umowę strony, były zobowiązanie publicznie ogłaszać swoją wolę w kwestii zapewnienia finansowego wsparcia dla zachowania serbołużyckiego języka i kultury. Miało to miejsce, po raz ostatni, z okazji 15-lecia założenia Fundacji, w listopadzie 2006 r. Pomimo zapewnień o sympatii, profesjonalne instytucje i zarejestrowane łużyckie stowarzyszenia stają na początku 2008 r. przed dylematem - zaniżone finansowanie uniemożliwia wykonywanie najkonieczniejszych językowych, kulturalnych i naukowych zadań, i tym samym stanowi zagrożenie dla przyszłości serbołużyckiego narodu. Fundacja na rzecz Narodu Serbołużyckiego nie dysponuje w roku 2008 dostatecznymi środkami aby móc sprostać założonym celom (wymagania sięgają sumy przynajmniej 16,4 milionów euro z corocznym uwzględnieniem wzrostu kosztów).Niezrozumiałą rzeczą jest, że otwarty na świat kraj - Republika Federalna Niemiec, która wszystkie europejskie standardy praw mniejszości narodowych akceptuje i się pod nimi podpisuje, w sprawie serbołużyckiego narodu wykazuje pewnego rodzaju niedowład.W wielkiej trosce o zachowanie serbołużyckiej narodowej substancji, wszelkie ośrodki tożsamości Serbów Łużyckich, ich kulturalno-naukowe instytucje, ich stowarzyszenia i ich sympatycy, wychodzą niniejszym z apelem, do odpowiedzialnych organów Republiki Federalnej Niemiec jak i krajów związkowych Saksonii i Brandenburgii, o zagwarantowanie działalności Fundacji na rzecz Narodu Serbołużyckiego i zawarcie umowy o odpowiednim, długofalowym, finansowowym wsparciu, uwzględniającym przy tym coroczne wyrówywanie wzrostu cen.Apelujemy do niemieckiej i międzynarodowej opinii publicznej, o wstawienie się do rządu federalnego o to, aby Fundacja także w przyszłości mogła prowadzić swoją działalność na rzecz autochtonicznej mniejszości narodowej na Łużycach.Oczekujemy przy tym, że Rząd Federalny i Parlament Federalny Niemiec wraz z Rządami i Parlamentami Krajowymi w Dreźnie i Poczdamie, wyjaśnią niezwłocznie kwestię odpowiedzialności w sprawie ochrony i popierania Serbołużyczan w Niemczech. Żądamy od politycznych organów aby ostatecznie uznały, że popieranie autochtonicznych narodowych mniejszości, nie ogranicza się wyłącznie do regionalnego wspierania kultury. Staje się bardziej sprawą ogólnopaństwową, bowiem obejmuje wszystkie obszary życia społecznego.Zaś dalsze zamykanie serbołużyckich albo niemiecko-łużyckich ośrodków kształcenia, kultury i nauki byłoby skazaniem na stopniowy upadek serbołużyckiego społecznego życia, które w Niemczech, w przeszłości było prześladowane i uciskane, jako niewiele warte i pozbawione treści.Budziszyn, luty 2008

Mieczysław Balowski (Opole) Zainteresowanie Słowianami połabskimi wśród naukowców niemieckich, polskich czy łużyckich było widoczne od dawna. Jednak nasilało się ono w momentach ruchów narodowych w poszczególnych ziemiach słowiańskich, jak np. utrata niezależności i reakcja na proces wynaradawiania, odradzanie się świadomości narodowej, formowanie się nowych języków literackich czy proces kodyfikacji języka narodowego. Wówczas uświadamiano sobie, że jeden z języków słowiańskich ginie (czy może już zaginął), a nie został opisany. Z reguły łączyło się to z sensacyjnym odkryciem pozostałości kultury materialnej Połabian czy nawet grupy ludzi jeszcze mówiącej tym językiem (por. np. relacje hr. Jana Potockiego, który w 1794 r. podczas podróży po księstwie Hannoverskiem zauważył liczne zmiany w dialektach dolnoniemieckich przypominające dialekt wendyjski, następnie wydrukował w Polsce modlitwę Ojcze nasz w redakcji Henniga, błędnie zresztą).Niekiedy powód był inny, jak w przypadku badań zainicjowanych przez niemieckiego filozofa Gottfrieda Wilhelma Leibniza, który będąc bibliotekarzem i doradcą Kurfirsta Hannoveru Johanna Fridricha, zwrócił uwagę na lud zamieszkały w księstwie Hannoveru, a dokładniej między Ilmenu a Elbe (szerzej por. Polański). Wówczas to zlecił naczelnikowi Mithofovi przeprowadzenie badań terenowych i opracowanie słownika miejscowych dialektów nieniemieckich.Pod koniec XIX wieku dotarła do Polski sensacyjna wiadomość, że dawni Drzewianie Połabscy nie są narodem wymarłym, a język drzewiański można jeszcze tu i owdzie usłyszeć. Informację tę postanowił sprawdzić Alfons Parczewski, który następnie opublikował dwa artykuły: Potomkowie Słowian w Hanowerskim ("Wisła", [Warszawa] 1899, s. 408-409) i Serbja v Pruskiej po lićenju luda z l. 1890 (Serbowie w Prusach według spisu ludności w 1890 r., "Časopis Maćicy Serbskeje", [Budyšin] 1900, s. 65-66). Opierając się na informacjach statystyka rządu pruskiego, A. Fircksa, poinformował, że Drzewianie Połabscy jeszcze żyją, a ich język jest nadal w użyciu. Tą sensacyjną informacją zainteresowało się Prezydium Akademii Umiejętności w Krakowie, które natychmiast zleciło badania tego terenu jednemu ze swoich członków, Arnoštowi Muce. W dniu 21 czerwca 1900 r. więc przesłano oficjalną prośbę do łużyckiego badacza, mieszkającego w tym czasie we Freibergu, o przeprowadzenie badań terenowych. Ten jednak nie mógł od razu podjąć się zlecenia, ponieważ zapadł na ciężką chorobę. Pracę więc odłożył na rok następny. Latem 1901 roku udał się nad dolną Łabę i przeprowadził bardzo dokładne i wszechstronne badania. Przewędrował zachodnie dolne Połabie w okręgach Lüchowskim i Dannenberskim, Ülzeńskim i Starej marki (Altmark). Następnie postawił następujący wniosek: "Język Słowian lüneburskich zanikł całkowicie już około połowy XVIII wieku (1750 r.), chociaż zachowała się w tamtejszej krainie (Lüneburger Wendland) stara słowiańska grupa narodowa z typem i sposobem osiedlenia, zwyczajami i obyczajami, w charakterze i poglądach obywateli niezmieniona do dziś" ("Slovanský přehled", s. 7). Wniosek ten bardzo dokładnie i rzetelnie udokumentował w formie pisemnej relacji z przeprowadzonych badań. Nadesłane przez niego materiały Prezydium Akademii Umiejętności postanowiło wydać drukiem w ramach serii "Materiały i prace Komisyi językowej Akademii Umiejętności w Krakowie" (t. I, zeszyt 3), doceniając w ten sposób nie tylko wagę problemu, którym zajmował się Ernst Muka, ale także wagę przesłanego raportu, opartego niejednokrotnie nie tylko o badania terenowe (sprawozdania ze spotkań z ludźmi, opis etnograficzny tego terenu, słownik toponimów i antroponimów tego terenu), ale także o kwerendy archiwów kościelnych i państwowych księstwa Hannoverskiego.1. Etnografia terenów Drzewian PołabskichOkreślając pochodzenie i czas zasiedlenia terenów (Lüneburger Wendland) obecnie zajmowanych przez Drzewian Połabskich, Arnošt Muka stwierdził, że dotychczasowe badania nie określają należycie ani terenu zasiedlenia, ani też czasu zasiedlenia tych terenów przez Słowian. Podważył więc pogląd F. Tetznera, że Słowianie zostali sprowadzeni ok. 800 r. przez Pepina Małego czy Karola Wielkiego na drugą stronę Łaby, aby pełnić funkcję strażników rzeki (Stromhüter) przeciwko nieprzyjacielskim plemionom słowiańskim lub być filarem, ostoją (Eckpfeiler) przeciwko wyniosłości, arogancji Sasów (por. F. Tetzner, Zur Geschichte des polabischen Wörterbuches, s. 3). Swój wniosek potwierdził badaniami etnograficznymi wsi lüneburskiej, która zachowała pierwotną topografię wsi słowiańskiej. Oprócz okrągłego układu zagród wiejskich spotkał typowy, centralny układ placu wiejskiego, na którym brakuje miejsca na kościół, co byłoby niemożliwe w czasach Karola Wielkiego, chrześcijanina (musiałby on najpierw nawrócić Połabian na chrześcijaństwo, aby ci mogli pełnić funkcje przypisane im przez niego). We wszystkich bowiem zachowanych do dziś wsiach kościół, a nawet szkoła i karczma znajdują się poza placem wiejskim, który stanowił centralne miejsce dawnych plemiennych organizacji, czyli jest to układ wsi przedchrześcijańskich.Twierdzenie o słowiańskości ludności zamieszkującej ten teren poparł także opisem strojów lüneburskich kobiet, ponieważ męski strój - jak pisze - nie przedstawia "nic oryginalnego". W tym przypadku wyszedł od wcześniejszych opisu stroju "wendskiego" J. Paruma-Schulza, uznając go za najlepszy i wiarygodny, ponieważ dokonał go wieśniak ze wsi Süthen.Dość nikła natomiast jest informacje o zwyczajach Drzewian Połabskich, podobnie jak i o ich legendach czy przesądach. Poza opisem wesela trudno by traktować je jako argument przemawiający za uznaniem tej ludności za słowiańską. Z jednej strony jest to wynikiem braku literatury pisanej (jedynie częściowo, jak sam zaznacza, zebrał je i opisał w XVIII w. snëgawski pastor (aus Schnega) i dołączył do rękopisu kodańskiego Hildebranda ("Archiv für slavische Philologie" 1900, s. 122 i nast.), z drugiej zaś - zanikiem znacznej części obyczajów czy przesądów wendyjskich.W efekcie stwierdził, że Drzewianie Połabscy osiedlili się w VII w. na urodzajnych, lesistych miejscach stepowych. Nie kontaktowali się między sobą, dlatego też nie znali świata poza własną wsią, zachowując tym samym stary układ wsi słowiańskiej, zwyczaje oraz język (to tłumaczy duże różnice dialektalne pomiędzy poszczególnymi wsiami). Żyli w późniejszym księstwie lüneburskim, stanowiącym wschodnią część księstwa Hannoveru, powstałego w 1634 r., na terenie zwanym przez Niemców Wendland (kraj Wenedów, Wendów) albo Dräwehn (slav. drewo 'der Baum'; por. też Siatkowska 1992, s. 243).2. Język Drzewian PołabskichPo przyjeździe nad dolną Łabę Arnošt Muka stwierdził, że żywego języka połabskiego nigdzie nie usłyszy. Rozpoczął więc penetrację archiwów kościelnych. Jednakże tam również nie znalazł śladu, aby w lüneburskich kościołach używano książek drzewiańskich (czy innych słowiańskich). Również w księgach parafialnych i w inwentarzu Chr. Henniga z 1688 roku nie znalazł potwierdzenia, aby np. na parafii w VAstrovie (Wustrow) znajdowały się jakiekolwiek i kiedykolwiek książki słowiańskie. Postanowił więc przeglądnąć źródła historyczne, w których powinny pojawić się zapiski drzewiańskie lub informacje o języku Drzewian Połabskich1. Wynalazł 15 dokumentów:1. Relacja Hildebranda z dnia 26.04.1672 r., w której znajdują się dwa słowa połabskie: Pageleitz [pä-üláića] i Pegnitz [pënędz].2. Zapiski Mithofa z badań terenowych przeprowadzonych w 1691 r., w który znajdują się: a) Ojcze nasz,b) krótka modlitwa,c) cztery króciutkie pieśni maryjne,d) zdanie połabskie: Wan tung Jang Siostie [wGn tC ją śos-y], tj. ten tutaj jest Sas (Dieser hier ist ein Sachs).3. Designatio vocabularum aliquot Winidis Luneburgensibus usurpatorum, w którym było 136 wyrazów w porządku alfabetycznym: od Arche [pihel] do Zaunkönig [strëzie]; słownik stanowił integralną całość z Zapiskami Mithofa (jego autor pochodził z okręgu Dannenberg).4. Vocabularium Venedicum Jana Fryderyka Pfeffingera z 1698 r., w którym było 636 wyrazów zestawionych w grupy tematyczne (opublikowanych też w 1711 r. przez Eccarda w jego Studiach historyczno-etymologicznych).5. Vocabularium Venedicum i Tautsch-Wendisches Wörterbuch Christiana Henniga z 1705 r. (pastora ze wsi VAstrov - Wustrow), oparty na słownictwie wieśniaka Jana Janieschge z Klenowa, oraz jego liczne późniejsze redakcje i przedruki.6. Wendische Vocabeln. An Monster de Baucoeur z roku 1710, w którym wyrazy są podrupowane tematycznie.7. Słownik podobny do Wendische Vocabeln nieznanego autora, składający się z 15 działów tematycznych, napisany po 1710 r.8. Ojcze nasz i pieśń KGtü mës ninka bGit? (Kto miał być niewiastą), notowane także przez Henniga.9. Słownik w kronice parafialnej Die Wendländische Bauernchronik des Johann Parum Schulze [.] und ein Kleines Wendisches Lexicon (s. 133-146), wykonanej przez Jana Paruma Schulza z 1724-1725 r. (wieśniaka ze wsi Süthen z okręgu Lüchow, żyjącego w latach 1677-1740), a także: 4 krótkie teksty, wedyjskie frazy, zdania i pojedyncze wyrazy wplecione w tekst niemiecki, zwłaszcza w funkcji objaśnień nazw geograficznych (są to dodane wzory rozmów niemiecko-drzewiańskich, rekonstruowane sztucznie dla celów dydaktycznych, nie oddają więc żywego języka);10. Zbiór ponad 300 wyrazów "starej wedyjskiej mowy" Domeiera, wydrukowany w 1744 r. w Hamburgu.11. Ojcze nasz zapisany przez burmistrza Müllera w dwóch redakcjach.12. Mały słowniczek zamieszczony w Hannoverschen gelehrten Anzeigen z 1752 r. (s. 1137-1140).13. Ojcze nasz zapisany przez Buchholza, drukowany w 1753 r.14. Vocabula et Phrases Vandalicae Michała Richeya z 1755 r. , który Trotzner nazywa Idiomaticon Hamburgense, obejmuje 380 wyrazów,15. Wypis 105 wyrazów sekretarza gminnego Hintza z Lüneburgu z 1786 r., opublikowany przez Hilferdinga w 1857 r. (w jego Sprachliches Denkmäler).Na marginesie, należy dodać, że większość tych słowników (np. poz. 6, 7, 12, 15) jest przeróbką - nie zawsze dobrą - słowników Chr. Henniga lub J. Paruma-Schulza, ponieważ miejscowi pastorzy chcieli rozmawiać z wiernymi w ich języku, pisano więc słowniczki drzewiańskie. Można zatem przyjąć, że jako materiał wyjściowy do swych badań Drzewian Połabskich wziął Ernst Muka następujące źródła: relację Hildebranda, zapiski Mithofa, oba Vocabularium Venedicum, Designatio vocabularum, prace Christiana Henniga, kronikę Jana Paruma-Schulza, różne redakcje modlitwy Ojcze nasz, pieśni maryjne, a także zbiór Domeiera i Vocabula et Phrases Vandalicae Michała Richeya. Wykaz ten sukcesywnie uzupełniał, a jego wynik ujął w pracy Szczątki języka połabskiego Wendów Lüneburskich, w której ponadto umieścił 39 nowych nazw miejscowych (s. 420), a także pełny słownik nazw topograficznych i antroponimicznych Drzewian Połabskich. Za najważniejszy dokument jednak uznał łużycki badacz Vocabularium Venedicum Christiana Henniga, które doczekało się 19 odpisów.Nie uwzględnił natomiast Vollständiges Lüneburgisch-Wendisches Wörterbuch Johana Heindricha Juglera (niemieckiego lekarza), który w latach 1807-1809 opracował nowy słownik połabski, ponieważ - jak pisze A. Muka - jest to słownik opracowany na podstawie wyżej wymienionych prac oraz słownika wydrukowanego w Sankt-Petersburgu. Jednak wydaje się, że jest to niedopatrzenie, ponieważ właśnie na tym słowniku pracował autor gramatyki połabskiej A. Schleicher (Laut- und Formenlehre der Polabischen Sprache, 1871), który w przedmowie Zur Geschichte des Polabischen Wörterbuches (opublikowanej jako samodzielna część przez Tetznera w 1902 r.) podał również wyniki własnych obserwacji "z wendyjskiego kraju".Jak można było zauważyć, szczątki języka połabskiego pochodzą z terenu zwanego Drawehn lub Wendland, położonego nieco na południowy wschód od Lüneburga, nad rzeką Jeetz (lewobrzeżny dopływ Łaby), z okolic Wustrowa, Lüchowa, Süthena i Dannenbergu. Niemiecka część mieszkańców tego terenu w tym czasie posługiwała się dialektem lüneburskim (dolnoniemieckim), będącym pośrednim ogniwem między dialektami ostfalskim i północno-dolno-saksońskim. Te dialekty miały swój udział w kształtowaniu się języka połabskiego (o ich wpływie patrz także: Lehr-Spławiński, Polański i inni).W wyniku analiz powyższych tekstów Arnošt Muka doszedł do wniosku, że jedynymi zachowanymi w języku połabskim i pełnymi tekstami ciągłymi, na których można oprzeć swoje badania, są: cztery redakcje modlitwy Ojcze nasz (Mithofa, Henniga, Müllera i Buchholza), cztery króciutkie pieśni maryjne zapisane przez Mithofa, pieśń ludowa zapisana przez Henniga i włączona przez Herdera do zbioru Stimmen der Völker, a także cztery krótkie teksty ludowe znajdujące się w kronice J. Paruma-Schulza. Pozostałe teksty połabskie, o których wspominają Hildebrand czy Hennig, nie dochowały się już ani w przekazie ustnym, ani pisanym (podobnie jak połabskie baśnie czy przypowieści ludowe), wyparte przez wyżej wspomniany dialekt dolnoniemiecki. Przy czym dialekt dolnoniemiecki (zwany wendisches Platt lub wendländische Plattdeutsch), który już od końca XVII wieku zastępował język połabski na terenach województwa lüneburskiego, różnił się od dialektu dolnoniemieckiego pozostałej części księstwa Hannoveru (o tym jeszcze poniżej).Poddając powyższe teksty oraz nazwy topograficzne i antroponimiczne szczegółowej analizie jezykowej, A. Muka wydzielił dwie fazy rozwojowe języka połabskiego: staropołabską i nowopołabską, bliżej nie określając ich cezur (por. s. 380 i nast.). Język staropołabski - według niego - zachował się w nazwach miejscowych, w nazwiskach i w kilku wyrazach archaicznych, pojawiających się w tekstach Henniga oraz Mithofa. Natomiast język nowopołabski widoczny jest w zapiskach z XVII wieku i początku XVIII wieku, ale - jak stwierdza Muka - ukształtował się o cały wiek wcześniej (na przełomie XVI i XVII wieku), kiedy dialekt dolnoniemiecki ekspansywniej oddziaływał na język połabski, coraz bardziej doń przenikając. Różnice pomiędzy tymi odmianami języka połabskiego widział łużycki badacz w następujących cechach:1. przejście znajdujących się w sylabach nieakcentowanych (oraz w niektórych przypadkach w sylabach akcentowanych) samogłosek [y], [i], [u] w dyftongi [Gi], [ai], [au] lub [eu], a także samogłosem [a] i [e] w [o], [i], np. stpoł. byti > npoł. bGit, biti > bait, buk > bauk, beuk, jež > jiz; 2. przejście samogłoski [a] w [ü], a w pozycji przed spółgłoską [r] w [ö], np. stpoł. vola > npoł. vüla, gora > göra; 3. przejście samogłosek tylnojęzykowych [k], [g], [z] w pozycji przed samogłoskami [ö] i [ü] oraz przed dyftongami [ai] i [Gi], pochodzącymi z przegłosu, w samogłoski [-], [g], [x], np. stpoł. kura > npoł. tjaura [-aura], tjeura [-eura], gola > djüla [güla], ch(v)ost, chóst > sjüst [xüst];4. przejście spółgłosek dziąsłowych [č], [š], [ž] w spółgłoski zębowe [c], [s], [z], np. stpoł. čela > npoł. ceła, duše > deusa, žito > zaitü;5. przejście gardłowej spółgłoski [ł] w samogłoskę niesylabotwórczą [B], np. stpoł. dołgy > npoł. dGBdji [dGBgy].Uwagi A. Muki w zakresie fonetyki były trafne, co potwierdzają późniejsi badacze języka połabskiego. Trzeba tu dodać, że fonetyka połabska była bliska fonetyce łużyckiej, zmiany fonetyczne zaś zmianom, które zachodziły w polskim północnym dialekcie kaszubskim. Jednak praca ta nie była łatwa, każdy wyraz bowiem miał wiele znaczeń, a każde znaczenie było realizowane przez wiele leksemów (por. Siatkowska). Trzeba było najpierw zrekonstruować strukturę semowa wyrazu, aby zrozumieć zachodzące w nim zmiany fonetyczne. Ponadto w cytowanych zabytkach języka połabskiego widoczne są liczne zapożyczenia dolnoniemieckie (Plattdeutsch). Jak wykazał później T. Lehr-Spławiński (1925), przenikanie wyrazów dolnoniemieckich do języka połabskiego zaczęło się na przełomie wieków XIV i XV, a zatem w okres tzw. średnio-dolno-niemieckim (Mittelniederdeutsch) i trwało aż do chwili wymarcia języka połabskiego, czyli do 1750 r.Dolnoniemiecki dialekt lüneburski powoli wypierał gwary wiejskie Drzewian Połabskich, nabywając również ich cech. W efekcie stał się językiem Drzewian Połabskich, znacznie różniącym się od dialektu dolnoniemieckiego, który można było usłyszeć na pozostałych terenach księstwa Lüneburskiego, toteż A. Muka uznał, że należy w tym przypadku mówić o wendyjskiej dolnoniemczyźnie (wendländische Plattdeutsch), która odznaczała się poza wieloma pożyczkami leksykalnymi dziesięcioma cechami fonetycznymi i morfologicznymi. O wielu z nich już w 1691 r. zwrócił uwagę Mithof w liście do G.W. Leibniza (odpowiadając na pytanie niemieckiego filozofa: "Wovon gehen die Wenden, wenn sie Teutsch sprechen, von unserer pronunciation ab?"). Są to:1. zanik w nagłosie spółgłoski [h], np. dniem. Hand > wen. dniem. And, her > ehr, Hochzeit > Ochtiet, Hund > Und (por. też cytowane przez Mithofa przykłady: dniem. aller Augen > wen. dniem. haller haugen, dniem. Herr Amtmann > wen. dniem. Ehre Hamman);2. proteza [h] w nagłosie samogłoskowym, np. dniem. und > wen. dniem. hund, Apfel > Hapfel; 3. pomijanie rodzajnika okreslonego i nieokreślonego, np. dniem. in die Kirche > wen. dniem. hin Karcke, ich gehe auf den Boden > gah sick hup böhne, die Sonne geht auf > Sünn geit hup;4. nierozróżnianie rodzajów u rzeczowników, np. der Hund > de Und, die Gans > de Gans, das Licht > de Licht (por. też cytowane przez Mithofa przykłady: dniem. das Huhn > wen. dniem. dr ann, die Arbeit > dat harbeit, er frisst > he fritt, sie frisst > he fritt, es frisst > he fritt, er ist gross > her his gross, sie ist gross > her his gross, es ist gross > her his gross, ich will ihn holen > hick well hem ahlen;5. tworzenie form deminutywnych za pomocą sufiksu -ki/--y zamiast dolnoniemieckiego -ke/-ken, np. Brötchen > Brötky, Brökki, Pottchen > Pöttky, lütke > lütky;6. używanie zaimka zwrotnego sick (zamiast sich) przy czasownikach niezwrotnych we wszystkich osobach liczby podwójnej, np. ich gehe auf den Boden > gah sick hup böhne, es hat gespunkt > he et (at) sick spöhkt, er ist hingegangen > he his sieck engahn;7. spółgłoska dźwięczna [z] często jest zastepowana bezdźwięcznym ekwiwalentem [s], np. Ziege > Ssääg, Zucker > Ssucker, Zebelin > Ssabbelin;8. zastępowanie głosek niemieckich słowiańskie [j] > [dź], [dj] > [dž], a [š] > [ž], np. Jan, Johann > Dźan, Jan Jindrich > Dźaninar, Jerusalem > Dźeruzalem, Źeruzalem, Diahren > Džaren, Wiesch > Wiž, Wieschop > Wižopp;9. mieszanie (zastępowanie ich) spółgłoski wargowej dźwięcznej [w] ze spółgłoską wargową bezdźwięczną [f], np. Wiesch > Fiske, Vadder > Wader, Fink > Winck, Vogel > Wogel, przy czym ta wymowa zanika około 1800 roku;10. używanie form tykania w odniesieniu do współplemienców i wykania w odniesieniu do zwierząt, np. wen. dniem. Bias, staht hup! (niem. Hund, steht auf!), wen. dniem. Ehrske, gah sitt (niem. Frau, geh sitzen); tę cechę notuje Muka za Mithofem.Szczątki języka połabskiego. Arnošta Muki kończy słownik nazw miejscowych i osobowych. Jest to bardzo cenna część, rejestruje bowiem wszystkie nazwy połabskie.Badania językowe Drzewian Połabskich, przeprowadzone przez Arnošta Mukę, zostały przyjęte w Krakowie z wielkim uznaniem. Stały się także zachętą do dalszych szczegółowych prac nad systemem i leksyką języka połabskiego. Najpierw podjął się ich profesor Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie Tadeusz Lehr-Spławiński, później dołączyli do niego A. Kalina, J. Heydzianka, A. Kleczkowski, J. Kuryłowicz, T. Milewski, S. Reczek, K. Polański i wielu innych naukowców polskich.LiteraturaHeydzianka-Piłatowa J., Przebieg wynarodowienia Drzewian połabskich w świetle kroniki chłopskiej Jana Parum Schulzego, "Studia z Filologii Polskiej i Słowiańskiej" XIX, 1980, s. 131-136.Firckse, A., Die preussische Bevölkerung nach ihrer Muttersprache, "Zeitschrift des kön. preussische statliche Bureaus" 1893, Bd. XXXIII.Polański K., Problem różnic gwarowych w języku połabskim, "Studia z Filologii Polskiej i Słowiańskiej" V, 1965, s. 365-369.Rost P., Die Sprachreste der Draväno der Draväno-Polaben in Hannöverschen, Leipzig 1907.Salmer W., Sprachstudien im Lüneburger Wendland, s. 6 i n.Przypisy* Karol Arnošt Muka, Szczątki języka połabskiego Wendów Luneburskich, [in:] Materiały i prace Komisyi językowej Akademii Umiejętności w Krakowie, t. I, Kraków 1904, s. 313-569.1 W zasadzie wszystkie zabytki językowe Drzewian Połabskich wydał Paul Rost w pracy Die Sprachreste der Drawno-Polaben In Hannöverschen, Leipzig 1907 (por. też obecne prace Reinholda Olescha).

Leszek Kuberski W wieloaspektowej biografii Jana Skali (1889-1945) istotną rolę pełniła publicystyka. Cenne źródło do poznania jego poglądów na temat postawy i położenia narodu łużyckiego posiadają artykuły i broszury. Najpełniej scharakteryzował sytuację polityczną, gospodarczą i kulturalną oraz zarejestrował ówczesny stan umysłów społeczności, z której się wywodził w pracy "Wo serbskich prašenjach. Přispomnjenja k serbskemu programej" (O serbskich problemach. Wzmianki o serbskim programie) , wydanej w roku 1922 nakładem czesko-łużyckiej spółki wydawniczej "Adolf Černy". Wcześniej jednak swe rozważania pod tym samym tytułem zamieścił w cyklu artykułów w czasopiśmie "Českolužický vestnik"1.Materiały do napisania pracy - jak wyjaśniał we wstępie - stanowiły relacje polityków łużyckich, wiadomości prasowe oraz własne notatki i obserwacje. Na podstawie tych, w większości subiektywnych, źródeł Skala starał się udzielić odpowiedzi na nurtujące go pytania; w jakim momencie rozwoju znajdował się wówczas naród łużycki? oraz jakie posiadał możliwości obrony swej narodowej i kulturalnej tożsamości?Broszura składała się z trzech rozdziałów i miała służyć samoobronie narodowej Łużyczan. Jej wydanie Skala traktował jako kolejny, publiczny głos w toczącej się dyskusji nad rzeczywistą sytuacją Łużyczan i ich kondycją w okresie stabilizowania się ustroju politycznego i społecznego Republiki Weimarskiej.We wstępie autor stwierdzał, że realizacja jakiegokolwiek przedsięwzięcia wymaga sprecyzowania celu i określenia drogi, którą do niego będziemy zmierzać. Z celu wynikają zasady i program działania, natomiast z drogi, taktyka. Zarówno cel ostateczny, jak i program powinny być realistyczne, jasno zarysowane i nie mogą zmieniać się pod naciskiem czynników zewnętrznych.Skala uważał, że program spełniający te wymogi teoretyczne Łużyczanie posiadali już w 1848 roku, a więc w okresie swego narodowego przebudzenia. Z tego względu zarzucał działaczom, że w 1918 roku, nie zdobyli się na realizację jednolitej linii działania. Ze smutkiem konstatował, że nowa, rewolucyjna sytuacja w Niemczech - otwierając perspektywy niepodległościowe dla narodu łużyckiego - musiała ich zaskoczyć, bowiem w każdej dziedzinie życia publicznego odczuwano brak skonsolidowanego i aktualnego programu działania. Aby w przyszłości uniknąć tego typu rozczarowań apelował o połączenie sił i podjęcie wytrwałej pracy podkreślając "musimy nasze życie narodowe organizować, tworzyć jego podstawy i zasady oraz szukać dróg do współpracy Łużyczan"2.Potrzebę publicznej prezentacji swych przemyśleń uzasadniał miłością do narodu, która "poszukuje również tych, co posiadają dobrą wolę. Obowiązkiem wszystkich bez rozróżniania na wierzących i socjalistów jest praca dla dobra narodu łużyckiego. (...) podążanie za przykładem wielkich Łużyczan: Hórnika, Smolera, Andrickiego, Čišinskiego oraz za przykładem wielkich synów innych narodów, którzy wszystko dla swych narodów oddali. Nie chcemy umierać, musimy żyć i pracować, aby życie narodowe utrzymać. Jeśli wszyscy będziemy tak postępować to przyjdzie radosny dzień zmartwychwstania, gdy anioł, geniusz narodu łużyckiego odsunie nam kamień z grobu za wierność i wytrwałość, aby powstał lud łużycki ze swą kulturą i stanowił dobry przykład uczciwego demokratycznego oraz słowiańskiego narodu"3.W pierwszym rozdziale broszury Skala spróbował usystematyzować problemy kulturalne. Podnosząc je do rangi spraw o charakterze narodowym, twierdził, że Łużyczanie przez manifestowanie specyficznych cech kultury słowiańskiej mogą zaznaczyć swą odrębność etniczną w ramach państwa niemieckiego. Wymieniał również dziedziny, w których dzieło kultury należy pieczołowicie chronić i rozwijać.Uważał, że fundamentem działalności narodowej jest szkoła. "Tutaj wszyscy wspólnymi siłami musimy zasadzić się a istniejące jeszcze problemy podporządkować jedynemu celowi, łużyckiej szkole narodowej"4. Postulował utworzenie kompleksowego systemu oświatowego, w ramach którego powinno funkcjonować szkolnictwo powszechne, średnie i lektoraty języka łużyckiego w szkołach wyższych. Jednak realizacja tego zamiaru była uzależniona od liczby wykwalifikowanych nauczycieli, którzy trud nauczania i wychowania młodzieży w narodowym duchu zdołaliby podjąć.Ale zabiegi wychowawcze zmierzające do kształtowania poczucia odrębności słowiańskiej mają sens wówczas, jeśli rozpoczną się wraz z narodzinami dziecka. Dlatego szczególną rolę w początkowym okresie jego wychowania, Skala przypisywał rodzicom. Oni właśnie przez nadanie dziecku imienia serbołużyckiego, przekazywanie mu słowiańskich obyczajów, uczenie podstaw mowy ojczystej i prezentowanie godnej do naśladowania postawy, mieli rozbudzać więź ze społeczeństwem łużyckim oraz ułatwiać proces wrastania w jego strukturę. Mimo piętrzących się trudności postulował też zakładanie sierocińców, a ich wychowanków objąć skutecznym oddziaływaniem w sferze ideowo-moralnej. Dorosłym natomiast sugerował zrzeszanie się w organizacji sokolskiej. Niezdecydowanym przypominał, że "Sokół" stanowił samodzielną organizację łużycką popierającą założenia programu narodowo-kulturalnego oraz manifestującą przynależność do grupy narodów słowiańskich. Dlatego autor polemizował z opinią łużyckich katolików, którzy uznali "Sokoła" za przeciwnika wiary chrześcijańskiej, nie udzielając żadnego wsparcia dla jego poczynań. Kończąc swój wywód na ten temat stwierdzał, że "idea sokolstwa to idea prawdy, wolności i równouprawnienia, a zwłaszcza braterstwa. Łącznie hasła te zamykają drogę nieprzyjaciołom do wartości naszej kultury. Sokolstwo stanowi więc ponad wyznaniową organizację, która na wspomnianych zasadach chce służyć narodowi"5.Skala doskonale orientował się w specyfice ruchu wydawniczego na rodzinnej ziemi. Uważał dziennikarstwo za szczególną formę rozbudzania aktywności intelektualnej i świadomości narodowej. "Gazety są chlebem powszednim każdego narodu - pisał - są również bronią w walce o zabezpieczenie jego praw. Ale dzisiaj, nasze dziennikarstwo nie osiągnęło jeszcze współcześnie wymaganego poziomu, jakiego żąda również większość Łużyczan. Domaga się tylko sprawiedliwej oceny, ponieważ uznaje, że działając pod rządami niemieckimi, zrobiło niemal wszystko dla dobra swego narodu, co można było. Nie zwalnia to jednak nikogo z obowiązku, by istniejące możliwości w tym zakresie doskonalić i rozwijać. Dobrym przykładem może być działalność dziennikarska Arnošta Smolera a starsze roczniki S.N. (Serbskich Nowin - L.K.) dobrze to odzwierciedlają. Obecnie nasz dziennik polityczny nie dociera do wszystkich Serbów. Powody tego stanu rzeczy są różne i wynikają ze stosunków gospodarczych i socjalnych oraz niedostatku naszych sił, a w dużej mierze z braku programu i wynikającej z tego faktu dezinformacji wśród Łużyczan, co przeszkadza prowadzeniu systematycznej pracy i nie pozwala ukształtować oblicza sztabu dziennikarskiego. Trzeba wspomnieć również o bezkrytycznej publicystyce, którą reprezentowali; Čišinski, Andricki, Deleńk a zwłaszcza Kral-Rachlowc.Z wyjątkiem Deleńka, który wcześniej zrezygnował z tego obszaru aktywności zawodowej, żaden z nich nie był aktywnym dziennikarzem, lecz krytykiem literatury . Choć posiadamy naukowy <Časopis Macićy Serbskiej> i mam nadzieję krytyczno-literacką <Łužicę> to podobnego przeglądu potrzebujemy dla spraw politycznych, gospodarczych i aktualnych wydarzeń, którego ani S.N., ani wymienione czasopisma stanowić nie mogą. Ale stosunkowo nikła liczba odbiorców przyszłych pism, na których można pewnie liczyć, zniechęca do realizacji tej koncepcji. Mimo to chcemy je raz jeszcze mieć, czym prędzej tym lepiej"6.W zakończeniu pierwszego rozdziału Skala zwracał uwagę na znaczenie słowa drukowanego w kształtowaniu podstaw języka ojczystego. Postulował zakładanie wiejskich bibliotek ludowych, gdyż jak twierdził, stanowiły one fundament narodowej odnowy Łużyczan. Podobne zadanie mogły spełnić zalecane przez niego kursy językowe i odczyty popularyzujące dorobek literacki.Drugą część omawianej broszury Skala poświęcił delikatnym i drażliwym uwarunkowaniom politycznym mniejszości łużyckiej w państwie niemieckim. Z goryczą konstatował, że ze względu na "specyficzną kulturę i płynącą krew jesteśmy Słowianami, a w dziedzinie politycznej i gospodarczej jesteśmy obywatelami republiki niemieckiej, od której de jure posiadamy wszystkie prawa i obowiązki, lecz de facto tylko te prawa, które nam przyznała. Jesteśmy słabi liczebnie, nie możemy więc radykalnie i konsekwentnie głosić tezy, że posiadamy jedynie obowiązki a prawa są nam wydzielane"7. Uznając parlamentarną drogę walki podkreślał, że Serbołużyczan musi cechować realizm polityczny, który w ówczesnych warunkach zawierał się według niego w lojalności wobec państwa niemieckiego i stosowanego w nim prawodawstwa.Rozgoryczony niepowodzeniami wyborów do parlamentu stwierdzał, że żadna partia niemiecka nie popierała aspiracji narodowych Łużyczan a ugrupowania, które uważały się za demokratyczne stosowały tzw. "Stimmenschacher" i "Kuhhandel", czyli oszustwa i targi głosami najpierw pozyskując głosy Łużyczan, ale później nie oferując w zamian niczego. Dlatego proponował utworzenie organizacji politycznej skupiającej tylko przedstawicieli narodu, z którego pochodził. Jednak przy jej powstawaniu był potrzebny kompromis poszczególnych nurtów, do którego jak konstatował dojść nie mogło. Z tego powodu ze smutkiem stwierdzał "nie możemy utworzyć jednolitego obozu i ogłaszamy urbi et orbi słabość idei narodowej wśród naszego ludu, przez co działalność naszą mocno osłabiamy"8.W ostatnim rozdziale broszury Skala charakteryzował problemy gospodarcze swego narodu. Zastrzegał się, że jest to obszar różnorodnych oddziaływań. Zwrócił uwagę jedynie na kwestie o kluczowym znaczeniu. W rolnictwie do najpilniejszych zadań zaliczył realizację reformy rolnej. Uzasadniał korzyści płynące z parcelacji ziemi, które w konsekwencji miały przyczynić się do rozbicia wielkich gospodarstw niemieckich, wzmocnienia serbołużyckich osad i gmin czy usamodzielnienia się mniejszych gospodarstw. Agitując na rzecz reform stwierdzał, "nie będzie więc ani jednego serbskiego chłopa, który w jej wyniku straciłby kawałek ziemi. Dlatego nie rozumiem opozycji wyjaśniał dalej - która występuje przeciw reformie rolnej. Nie żądam altruizmu, lecz rozumnego postępowania wszystkich dla słusznej sprawy dającej materialną korzyść"9. Doceniając rolę przemysłu w postępie cywilizacyjnym, a także w procesie przemian społecznych, wskazywał na brak podstaw materialnych dla jego rozwoju na ziemi łużyckiej, gdyż kapitał był skupiony w rękach niemieckich. W tej sytuacji, aby rozbudzić aktywność i samodzielność gospodarczą Łużyczan, postulował tworzenie spółdzielczej formy własności głownie przez zakładanie stowarzyszeń produkcyjnych.W posłowiu Skala wyrażał przekonanie, że swym wystąpieniem sprowokuje polityków własnego narodu do dalszych rozważań nad katalogiem potrzeb narodowych. Dzięki temu tworzony przez nich program, wyrażający różne opinie, nabierze bardziej konstruktywnych cech, a kwestia serbołużycka w europejskiej myśli politycznej zyska nowych sprzymierzeńców.Broszura "Wo serbskich prašenjach" stanowiła nową formę wypowiedzi publicystycznej Skali. Była próbą krytycznej oceny procesów społeczno-politycznych i ekonomicznych, które zachodziły na Łużycach. Z jej treści wynika, że autor uważał się za wyraziciela idei socjalistycznych i zwolennika rozwiązań parlamentarnych. Zdobył się na chłodny i obiektywny sąd o wydarzeniach i ludziach będących przedmiotem opisu. Kreśląc własny program naprawy stosunków politycznych i gospodarczych zastosował umiejętny dobór argumentów odpowiadających jego postawie politycznej. Praca nie zawierała nadmiaru faktów i epizodów, a jej polemiczna konstrukcja stanowiła wezwanie do toczącej się dyskusji o przyszłość narodu łużyckiego.PRZYPISY:1 J. Skala, Wo serbskich prašenjach, Českolužický vestnik 1922, nr 3, s. 27, nr 4, s. 38-40, nr 5, s. 49-50, nr 6, s. 57-58.2 Tenże, Wo serbskich prašenjach. Přispomnjenja k serbskiemu pragramej, Praha 1922, s. 7.3 Tamże.4 Tamże, s. 8.5 Tamże, s.10.6 Tamże, s. 12-13.7 Tamże, s. 15.8 Tamże, s. 16.9 Tamże, s. 17.

Bożena Makowska Jednym z podstawowych kryteriów uznania języka za literacki jest jego funkcjonowanie we wszystkich dziedzinach życia społecznego. Ponieważ język górnołużycki nie jest wykorzystywany przez użytkowników we wszystkich sferach tradycyjnego użycia języka ojczystego1, należy rozwijać i poszerzać jego zastosowanie w sytuacjach czy miejscach, w których jest lub może być używany. Duży nacisk kładziony jest na obecność języka w środkach masowego przekazu, w przypadku górnołużyckiego brakuje regularnych i często nadawanych audycji telewizyjnych i radiowych2 oraz bogatszego rynku prasowego. Jednak obecnie najistotniejszym sposobem przekazu informacji i komunikacji jest Internet, w związku z tym szansą na ożywienie języka górnołużyckiego3 jest opracowanie rozbudowanej, różnorodnej oferty łużyckojęzycznych stron internetowych.Celem niniejszej pracy jest prezentacja wybranych stron internetowych w języku górnołużyckim, dotyczących różnych dziedzin nauki i sztuki oraz propagujących tematykę łużycką. Dalszym etapem pracy będzie rozważenie znaczenia, jakie dla utrzymania łużyckiej tożsamości językowej, narodowej i etnicznej ma, zakładany przez autorkę, dalszy rozwój stron internetowych w języku łużyckim. Pominięte zostaną wszelkie kwestie techniczne dotyczące obsługi wybranych stron internetowych.Jako przedmiot rozważań wybrano siedem stron internetowych w języku górnołużyckim4. Są to: strona internetowa Domowiny, czyli Związku Serbów Łużyckich, strona Instytutu Łużyckiego (Serbski Institut) w Budziszynie, Internecy - strona ważna ze względu na zamieszczone na niej forum dyskusyjne, strona Łużyckiej Informacji Kulturalnej, gazety wieczornej Serbske Nowiny, sorabistyki na uniwersytecie w Lipsku oraz strona internetowego magazynu RUNJEWONLINE.info.Przy doborze materiału kierowano się następującymi kryteriami:- reprezentatywność i popularność strony- różnorodność tematyki i przeznaczenia stron.Domowina"Domowina je politisce njewotwisny a samostatny zwjazk Serbow a třěšny zwjazk serbskich towarstwow Hornjeje a Delnjeje Łužicy. Wona je zastupjerka zajimow serbskeho ludu"5. Zawartość strony internetowej Domowiny odpowiada charakterowi tej organizacji, znajdują się na niej materiały informacyjne dotyczące struktury towarzystwa, członkowstwa w nim, publikacji, przepisy prawne, ale także aktualności i forum dyskusyjne. Zarówno istnienie samej Domowiny, jak i reprezentującej ją strony internetowej ma duże znaczenie dla narodu łużyckiego, ponieważ prawnie zarejestrowana organizacja, mająca na celu obronę interesów Łużyczan, powoduje poczucie bezpieczeństwa, pewności i spójności wspólnoty. Omawiana strona internetowa stanowi przejaw dbałości o języki łużyckie, a także świadczy o ich przystosowaniu do opisywania różnych dziedzin, gdyż zawiera słownictwo z zakresu prawa, dotyczące kultury, a także notki dziennikarskie.Instytut ŁużyckiStrona internetowa Instytutu Łużyckiego w Budziszynie6 reprezentuje, wraz ze stroną Uniwersytetu Lipskiego, typ tekstu dotyczącego instytucji naukowej. Autorzy podają informacje na temat działalności Instytutu, jego pracowników, publikacji związanych z instytutem osób. Ponadto na stronie istnieje możliwość skorzystania z programu wyszukującego łużyckie pozycje bibliograficzne. Rozbudowana lista odnośników (linków) do innych stron internetowych, związanych tematycznie z Łużycami, Łużyczanami i sorabistyką, pozwala na szybką orientację użytkownika strony w interesującym go materiale.InternecyPozycja bardzo interesująca i istotna ze względu na popularność, jaką cieszy się w środowisku młodych Łużyczan oraz sorabistów, sorabofilów i osób zainteresowanych Łużycami, a mieszkających w różnych krajach. Zamieszczone w "łużyckiej wiosce cybernetycznej"7 forum dyskusyjne jest miejscem rozmów, sporów, czasem krytyk oficjalnych struktur łużyckiej społeczności. Wartość i znaczenie tej strony internetowej wynikają z możliwości posługiwania się (czynnego lub biernego) współczesnym, tworzonym przez młodych ludzi językiem, a także z prezentacji tematów dyskusji, typów problemów nurtujących Łużyczan i osoby Łużycami się interesujące. Ponadto istnienie nieoficjalnego forum dyskusyjnego świadczy o złożoności i rozwinięciu łużyckiego społeczeństwa, w którym pojawiają się głosy opozycyjne w stosunku do oficjalnych wypowiedzi i stanowisk.Kolejnym atutem Internecy jest elektroniczny słownik nazw miejscowych oraz podzielona tematycznie lista odnośników do innych stron internetowych.Łużycka Informacja KultularnaSerbska Kulturna Informacija prezentuje na swojej stronie internetowej8 ważniejsze obiekty, instytucje i towarzystwa związane z Łużyczanami, publikacje o charakterze informatorów i przewodników oraz same informacje turystyczne. Zamieszczono również kalendarium wydarzeń kulturalnych. Strona internetowa Łużyckiej Informacji Kulturalnej spełnia swoje zadanie skrótowego, internetowego informatora kulturalnego, jakkolwiek należy oczekiwać jej rozbudowy tematycznej.Serbske NowinyUkazująca się we wszystkie dni powszednie gazeta wieczorna w języku górnołużyckim jest bardzo ważną, niezwykle popularną i w zasadzie jedyną tego typu pozycją prasową. Decyzja o umieszczaniu fragmentów każdego numeru Serbskich Nowin w Internecie9 stanowi przełom dla łużyckiego dziennikarstwa. Dostępność aktualnych informacji na temat Łużyc oznacza powiększenie zainteresowania i świadomości o problematyce łużyckiej oraz zaistnienie gazety na międzynarodowym rynku prasowym. Dodatkowo obecność w Internecie łużyckojęzycznej prasy podnosi prestiż języka.Sorabistyka na uniwersytecie w LipskuStrona internetowa10 niezwykle wartościowa ze względu na zamieszczoną na niej terminologię specjalistyczną, której odnalezienie w publikacjach naukowych może stanowić problem. Pozycja wyróżnia się spośród innych omawianych stron internetowych także częścią zawierającą fragmenty antologii literatury łużyckiej. Ponadto na stronie internetowej Instytutu Sorabistycznego zamieszczono informacje na temat programu i profili studiów sorabistycznych w Lipsku.Magazyn RUNJEWONLINE.infoRUNJEWONLINE.info11 to niezależny łużycki magazyn internetowy o bardzo szerokiej tematyce. W założeniu magazyn ma wprowadzić tematykę łużycką do internetu i zmodernizować metody komunikacji i przekazu informacji. Warto przytoczyć słowa autorów strony, mówiące o celach powstania magazynu: "Syć zmóžnja najswobodniši běh idejow a informacijow. Wona je za wuměnu a diskusiju najswobodniši, najspěniši a najnjekomplikowaniši medij. Nochcemy monopolizowanje a zwusčowanje, ale wotbyšćować najwšelakoriše zajimy a poćahi žiwjenja přez kritisku, wotewrjenu a wutrajnu zaběru z dźensnišim žiwjenskim a kulturnym wobswětom Serbow w Chośebuzu, Budyšinje, Drježdźanach, Berlinje abo Tokiju. A wšech tu a tam přebywacych chcemy prosyć, zo bychu so na diskursu w RUNJEWONLINE.info wobdźelili! (...) Chcemy pak přewinyć nanuzowany, lemjacy konformizm a być wotewrjeni wšitkim kulturnym, politiskim, nabožnym, socialnym a druhim žiwjenskim sferam. RUNJEWONLINE.info měł być kaž kulturna konferenca za přichod Serbow, konferenca, kotraž so hewak nihdźe njewotměwa"12.Oryginalny i nowatorski projekt stwarza perspektywę rozwoju i różnicowania się zarówno łużyckiego rynku prasowego, jak stron internetowych w językach łużyckich.Badanie wybranych stron internetowych w języku górnołużyckim dostarcza kilku wniosków na temat znaczeni Internetu w życiu społecznym łużyckiej mniejszości narodowej. Aktualnie Internet łużycki wkracza w etap dynamicznego rozwoju, czego dowodzi powstanie magazynu RUNJEWONLINE.info oraz "łużyckiej wioski" Internecy, stron najbardziej elastycznych pod względem tematyki, języka użytkowników, a zarazem najczęściej odwiedzanych przez internautów. Te dwie pozycje wypełniają jedną z luk w życiu publicznym Łużyczan, a mianowicie brak otwartej, krytycznej dyskusji o różnych zagadnieniach egzystencji narodu łużyckiego.Internet łużycki wydaje się przedstawiać perspektywę stosunkowo szybkiego rozwoju i rozbudowy tematyki stron. Ponadto należy dostrzec funkcję czynnika rekompensującego Łużyczanom braki w sferze komunikacji, przekazu informacji, oraz ograniczenia w możliwości używania języków łużyckich. Obecny zakres tematyczny łużyckich stron internetowych jest zdecydowanie niewystarczający. Należy spodziewać się powstania większej ilości stron o szczegółowym ukierunkowaniu, jak na przykład łużycki teatr, łużyckie zwyczaje i święta.Najwięcej potrzeb dotyczy mediów w językach łużyckich. Istnieje już internetowa (fragmentaryczna) wersja Serbskich Nowin i inne strony o charakterze informacyjnym, w dalszej perspektywie powinny powstać internetowe stacje radiowe i telewizyjne.Mimo oczywistych braków łużyckiego Internetu, wynikających z sytuacji politycznej i kulturowej Łużyczan, jest on istotnym środkiem przekazu i propagowania tematyki łużyckiej. Stanowi także forum dyskusji, co decyduje o jego niepowtarzalnym charakterze i wysokiej wartości dla zachowania łużyckiej tożsamości narodowej, etnicznej i językowej.Przypisy:1. Język górnołużycki nie znajduje zastosowania w sytuacjach takich jak: rozmowa w urzędzie, sklepie, restauracji etc., z nielicznymi wyjątkami, jak budziszyńskie restauracje Serbska kofejownja i Wjelbik, punkt informacyjno- -promocyjny Serbska Kulturna Informacija czy księgarnia i antykwariat Smolerjec Kniharnja.2. Nieliczne audycje łużyckie nadawane przez lokalne stacje telewizyjną i radiową wydają się nie zaspokajać potrzeb łużyckojęzycznego widza i słuchacza.3. Ożywienie w znaczeniu rozbudowania leksykonu i poszerzenia zakresu użycia.4. Przeważnie górnołużycki jest jednym z możliwych, ale nie jedynym językiem obsługi strony internetowej.5. Cytat ze strony internetowej Domowina6. Instytut Łużycki (Serbski Institut)7. Internecy - łużycka wioska cybernetyczna (Internecy - serbska cyberwjeska)8. Łużycka Informacja Kulturalna (Serbska kulturna informacija)9. Serbske Nowiny10. Sorabistyka na uniwersytecie w Lipsku11. Magazyn RUNJEWONLINE.info12. Cytat ze strony RUNJEWONLINE.info, op.cit.ADRESY INTERNETOWE:Domowina Instytut Łużycki (Serbski Institut) Internecy - łużycka wioska cybernetyczna (Internecy - serbska cyberwjeska) Łużycka Informacja Kulturalna (Serbska kulturna informacija) Serbske Nowiny Sorabistyka na uniwersytecie w Lipsku Magazyn RUNJEWONLINE.info

Werner Meškank Po opoblikowaniu mojego artykułu dot. nowej interpretacji pochodzenia nazwy Chociebuża ukazała się w niemieckiej gazecie "Lausitzer Rundschau" krótka notatka w tej sprawie1). Doszły do tego także inne głosy, wśród nich uwaga, na podstawie której może uda się dzieje miasta Chociebuża jeszcze ściślej powiązać z historią Polski, o ile uda się znaleźć odnoszące się do tego problemu dalsze informacje. Chodzi o następującą kwestię:W herbie Chociebuża jest umieszczona jest podobizna raka. Najstarszy znany nam jego obraz znajduje się na odcisku pieczęci miasta z drugiej połowy XIV w. Herb miasta przedstawia tam czerwonego raka na tle srebrnej tarczy. Tarcza była umieszczona nad fragmentem średniowiecznego muru miejskiego, zwieńczonego po obu stronach wieżami. Historycy już od dawna dyskutują o znaczeniu raka w herbie naszego miasta. Możemy wyjść z założenia, że rak prawdopodobnie znajdował się w herbie panującego nad miastem rodu szlacheckiego, co jednak jeszcze nie tłumaczy, od czego się wywodził i jaki miał sens. Wobec tego, czy należy uważać go jedynie za zwykły znak obrony lub ochrony? Czy mógł być znakiem astrologicznym? Czy wybrano taki znak ze względu na to, że w okolicznych rzekach i stawach występowało dużo raków? Ja osobiście uważam takie tłumaczenia za niewłaściwe i nietrafne, jednak jak dotychczas niewiele mi o tym wiadomo. Nie ma bowiem żadnych dokumentów z owych czasów wyjaśniających tę sprawę, tzn. nie ma takich u nas.Po opublikowaniu mojego artykułu wskazującego m.in. również na przynależność naszego miasta do Polski w okresie panowania Bolesława Chrobrego, pojawniła się dodatkowa, przynajmniej teoretyczna, możliwość wyjaśnienia tej kwestii, którą chciałbym w tym miejscu pokrótce naszkicować. Bolesław Chrobry tysiąc lat temu odniósł zwycięstwo nad Niemcami, poszerzając obszar swych wpływów daleko na zachód, także na Łużyce. W 1018 r. poślubił tutaj Odę, córkę margrabiego Miśniańskiego. Takie związki przez zaślubiny pomiędzy niemieckimi i słowiańskimi rodami szlacheckimi znane były także w innych okolicach. Tak na przykład Henryk Borwin i ze Zwerina (dzisiejszy Schwerin), syn Przybysława i wnuk słynnego księcia obotrytckiego Niklota, poległęgo w 1160 r. w walce z wojskiami króla Henryka Lwa, w 1166 r. poślubił Matyldę, córkę Henryka Lwa. Dzięki temu w Meklemburgii nadal mogli panować książęta wywodzący się ze Słowian Obodrytckich, co trwało aż do 1918 r. Przykład dalszy, to małżeństwo córki polskiego księcia, a późniejszego króla Bolesława I Chrobrego z Reglindis córką Hermana Miśnieńskiego, panującego nad Milskiem, tzn. również nad Łużyczanami na Łużycach Górnych. Posągi tych dwóch postaci stoją w katedrze w Naumburgu. Z tego może wynikać, że podobne wydarzenia mogły również mieć miejsce w Chociebużu. Zaślubiny Bolesława Chrobrego z Odą Miśnieńską prawdopodobnie odbyły się w twierdzy w Chociebużu w 1018 r. Następna znana nam informacja pochodzi dopiero z 1156 r. W dokumencie klasztornym z Halle uwieczniony został "Heinricus castellanus di Cotibuz"2). Kolejną wzmiankę można znaleźć we wstępie do tzw. "Sachsenspiegel" z około 1235 r. Zapisano tam, że panowie na Chociebużu są pochodzenia frankońskiego: ".... die von godebuz, die sint alle vranken" 3). Od zaślubin Bolesława Chrobrego z Odą do tych wzmianek minęło 138 i prawie 200 lat. W tym okresie zamek w Chociebużu znajdował się w rękach od pięciu do ośmiu kolejnych pokoleń, o których nic nie wiemy. Nie znamy ani ich narodowości ani pochodzenia. Wspomniany "Heinricus castellanus di Cotibuz" nie koniecznie musiał być pochodzenia niemieckiego. Jak wynika z imion ochrzczonych w XII wieku książąt słowiańskich - Heinrich Borwin ze Zwerina, Pribyslaw Heinrich Brandenburski - imię takie nosili również książęta słowiańscy. (Także w Polsce znane jest imię Henryk, podobne do łacińskiej formy imienia owego Heinricus di Cotibus).Jak można interpretować taki "okres spokoju" w okresie częstych, ostrych starć pomiędzy Niemcami a Słowianami? Jedną z możliwości jest to, że panowali tutaj wojewodowie akceptowani przez obie strony. Może wywodzili się z mieszanych małżeństw polsko-niemieckich? Należy zaznaczyć, że do dnia dzisiejszego w mieście Chociebużu i jego okolicy często napotykamy na nazwiska Pahn, Pannwitz, Pank, Pannach, Pannasch, co do pewnego stopnia uprawdopodobnia taką hipotezę. Przykładowo, we wsi Korjeń (niem. Kahren) leżącej obecnie w obrębie granic Chociebuża, Johann Friederich von Pannwitz, właściciel ziemski, umożliwiał i wspierał założenie w 1706 r. przez pastora Fabriciusza (prawdopodobnie polskiego pochodzenia) pierwszej w powiecie drukarni, w której w 1706 r. Wydrukowany został w języku dolnołużyckim Mały Katechizm Lutra, a w 1709 r. Nowy Testament. Może von Pannwitz wiedział o swoim słowiańskim pochodzeniu, co powodowało, że do Łużyczan odnosił się bardzo przychylnie. Określał ich mianem "dobrych ludzi", używając tym samym określenia rzdko padającego z ust panów niemieckich. W Kopjeniku (niem. Köpenick, obecnie dzielnica Berlina) około połowy XII w. panował pewien książę Jakca (też Jaczo, Jaxa) zwany "Dux Sorabiae", będący prawdopodobnie polskiego pochodzenia. Dlaczego coś podobnego nie mogłoby mieć miejsca również w Chociebużu? Znaczyłoby to, że panowie na twierdzy Chociebuż, osiadli tam przed przybyciem panów frankońskich, może tuż po upływie okresu panowania Bolesława Chrobrego, byli pochodzenia polskiego wzgl. polsko-niemieckiego, co herb miasta do dnia dzisiejszego potwierdza! Raka w herbie miał jeden z polskich rodów szlacheckich. W niemieckim leksykonie heraldycznym pod hasłem "Krebs" (rak) czytamy co następuje: "Rzadko, na ogół w czerwonym kolorze występująca postać herbowa, czasami przedstawiona tylko swoimi kleszczami. W postaci wymownego herbu, figury w herbie, n.p. rak występuje w herbie rodziny Krebs, Crewesbeck. Oprócz tego występuje jako symbol polskiego rodu herbowego Warnia. ..." 4)Z powyższego wynika szereg pytań: wyłania się szereg pytań:Czy historycy polscy mogliby nam pomóc w tej sprawie?Czy w Polsce można znaleźć jakiś dane z zakresu heraldyki, popierające powyższą hipotezę?Jaki jest stan wiedzy o szlachcie polskiej noszącej raka w herbie?Co jest wiadomym o rodzie Warniów?Czy rak w herbie naszego miasta może pochodzić z Polski?Do jakiego stopnia historia miasta Chociebuża także po okresie panowaniu Bolesława Chrobrego związana była z historią Polski?Kwerendę w polskich archiwach należałoby poszerzyć również o poszukiwania dotyczące źródła nazwy słynnej dolnołużyckiej twierdzy Sciciani / Ciani / Cziczani (nazwy podane przez Thietmara Merseburskiego), gdyż ówczesna nazwa prawdopodobnie dotyczyła dzisiejszego miasta Chociebuża, znanego prawdopodobnie wówczas pod łużycką nazwą Šćitanje / Šćitany / Šćitań. Może w polskich archiwach uda się natrafić na jakieś dane, na które dotychczas nie zwrócono uwagi, a mogące dla nas być cenną pomocą.Przypisy:1) Ulrike Elsner, War Cottbus einst die Überfahrt am Fluss? Werner Meschkank über den Ursprung des Namens, Lausitzer Rundschau, 4. 1. 2005, s. 15.2) cyt.: Geschichte der Stadt Cottbus, Cottbus, 1994, s. 21.3) cyt.: Sachsenspiegel oder Sächsisches Landrecht, Reprint-Verlag Leipzig, Reprint der Originalausgabe von Carl Robert Sachße, Heidelberg, 1848).4) Lexikon Heraldik, VEB Bibliographisches Institut Leipzig, 1984, s. 235.

Piotr Pałys Wśród całej plejady serbołużyckich przyjaciół Polski i Polaków postać Wojciecha Kócki zajmuje miejsce szczególne. Ten jeden z najbardziej zasłużonych dla polskiej nauki antropologów i archeologów w dziejach stosunków polsko - serbołużyckich zajmuje miejsce wręcz sztandarowe. O ile jednak jego dokonania naukowe stały się w jego drugiej ojczyźnie - Polsce - przedmiotem szeregu opracowań, to działalność Wojciecha Kócki w serbołużyckim ruchu narodowym jak dotąd doczekała się jedynie niewielu wzmianek. Zanim jednak przejdziemy do omówienia jego poczynań na tym polu kilka danych biograficznych. Wojciech Kócka urodził się 13 października 1911 r. w leżącym niedaleko Budziszyna Wownjowie. Po ukończeniu gimnazjum w Budziszynie rozpoczął studia w Instytucie Pedagogicznym w Dreźnie. Jednak wkrótce wyjeżdża do Polski, by od 1932 r. pod kierunkiem profesorów Józefa Kostrzewskiego, Karola Stojanowskiego i Eugeniusza Frankowskiego studiować na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Poznańskiego archeologię, antropologię i etnografię. W 1936 r. uzyskał tytuł magistra filozofii z zakresu wymienionych dyscyplin na podstawie pracy unow, Konjecy, Ralbicy, Dobrośicy, Wownjow i Chróscicy pod względem antropologicznym. Po ukończeniu studiów zdecydował się kontynuować karierę naukową na poznańskiej uczelni, zostając asystentem w Instytucie Prehistorii i aktywnie włączając się w prace wykopaliskowe na terenie wczesnośredniowiecznego grodu w Poznaniu, pochodzącego z tego samego okresu podgrodzia w Gnieźnie oraz grodu kultury łużyckiej w Biskupinie, w których uczestniczył już jako student. Jego wkład w odkrycie Biskupina został zresztą bardzo wysoko oceniony - w 1937 r. za położone tam zasługi Kócka został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi. W rok później dokonał doniosłego życiowego wyboru, przyjmując polskie obywatelstwo. Do wybuchu wojny zdążył opublikować kilka artykułów z zakresu antropologii i archeologii, czyli z dziedzin naukowych którym miał pozostać wierny przez cała swą naukową karierę[1].Kócka nie stał biernie w obliczu coraz wyraźniejszego niemieckiego niebezpieczeństwa. W 1935 lub 1936 r. oficer polskiego wywiadu wojskowego o pseudonimie Michał nawiązał kontakt z nim i innym studiującym w Poznaniu Serbołużyczaninem Pawołem Nowotnym. Weszli oni wówczas w skład nieformalnej struktury o charakterze trójkowym, grupującej grono serbołużyckich patriotów, m.in. także Pawoła Nedęstwa. W 1935ezana, Jurija Cyza i Pawoła Cyza[2].Wojnę spędził na terenie tzw. Generalnej Gubernii, pracując w spółdzielni ogrodniczej. Także wówczas, mimo iż był poszukiwany przez gestapo, włączył się w działalność podziemną, ucząc na tajnych kompletach. Po wojnie powrócił na Łużyce, jednak w 1947 r. postanowił kontynuować w Polsce karierę naukową. Początkowo osiadł we Wrocławiu, obejmując stanowisko adiunkta, a od 1954 r. docenta w Katedrze Antropologii Uniwersytetu Wrocławskiego. Tam też w 1948 r. powstała jego praca doktorska pt. Wczesnodziejowa antropologia Słowian Zachodnich. W 1955 r. przeniósł się do Poznania, obejmując kierownictwo Zakładu Archeologii Polski Instytutu Historii Kultury Materialnej PAN oraz zostając docentem w Katedrze Archeologii Uniwersytetu Poznańskiego. W 1960 został tam kierownikiem Katedry Archeologii Polski. W 1959 r. mianowany został profesorem nadzwyczajnym. W 1958 r. ukazuje się drukiem dzieło życia Profesora, dotąd nie mająca równego sobie odpowiednika w literaturze naukowej praca Zagadnienia etnogenezy ludów Europy. Zarówno w okresie wrocławskim jak i poznańskim spod pióra Kócki wyszło szereg artykułów dokumentujących jego naukowe dokonania na polu archeologii i antropologii. Niestety, przedwczesna śmierć 18 listopada 1965 r. przerwała tą wspaniale rozwijającą się karierę naukową[3]. Jak już wspomnieliśmy, po zakończeniu działań wojennych Kócka powrócił na Łużyce, by natychmiast włączyć się w proces odbudowy serbołużyckiego życia narodowego. Wkrótce objął funkcję kierownika sekretariatu głównego reaktywowanej już 10 maja 1945 r. Domowiny. W tym samym czasie powstał w Pradze drugi ośrodek serbołużycki. Był to Łuziskoserbski Narodny Wubjerk (ŁNW), początkowo koncentrujący się głównie na działaniach o charakterze dyplomatycznym. W końcu sierpnia 1945 r. przeniósł się on do Budziszyna, pozostawiając w Pradze jedynie sekretariat. Gdy 31 października 1945 r. ŁNW zreorganizował się i poszerzył swój skład, jego członkiem został również Wojciech Kócka[4]. Wszedł on także do namiastki serbołużyckiego parlamentu, w postaci wybranego przez przedstawicieli wiejskich i obwodowych serbołużyckich komitetów narodowych 21 osobowego Łuziskoserbskieho Zemskeho Narodneho Wubjerka (ŁZNW)[5]. W tym czasie m.in. z ramienia Domowiny prowadził także rozmowy z funkcjonariuszami KPD[6].Mimo rozlicznych obowiązków nie zapomniał o propagowaniu sprawy Łużyc w swej drugiej ojczyźnie. W lipcu 1945 r. nawiązał kontakt z działaczami Polskiego Związku Zachodniego[7]. Podjął także współpracę z redakcją będącej jego organem Polski Zachodniej. Na jej łamach dwukrotnie przedstawiał aktualną sytuację na Łużycach, szczególnie mocno akcentując nieprzejednany mimo wojennej klęski, stosunek Niemców wobec Serbołużcej[8] oraz zwracając polskiej publiczności uwagę na fakt zalania Łużyc przez niemieckich uchodźców, darzących Polaków i Czechów znacznie większą nienawiścią niż Rosjan[9].Na początku 1946 r. jakże przyjazna Serbołużyczanom katowicka Odra w obszernym wywiadzie przedstawiła poglądy Kócki na zagadnienie Łużyc. W ich świetle serbołużycki program maksimum sprowadzał się do uzyskania pełnej niezawisłości w miniaturowym państwie na wzór Luksemburga czy Andorry. Koncepcja taka miałaby wszelkie szanse powodzenia, gdyż w powstałej po wojnie konfiguracji geopolitycznej Łużyce znalazły się pomiędzy granicami Polski i Czechosłowacji i nie tworzyłyby żadnej odosobnionej enklawy. Do przyjęcia byłaby również autonomia w obrębie Czechosłowacji lub Polski. Względy geograficzne przemawiały za tą drugą ewentualnością, jednakże wśród ludności serbołużyckiej przeważała orientacja proczeska. Według Kócki w grę miał wchodzić obszar 11 łużyckich powiatów, o powierzchni 125000 km kw. Z około 250 tysiącami Serbołużyczan, wliczając w tą liczbę także elementy zniemczone. W wywiadzie tym przedstawił on także koncepcję przesiedlenia najbardziej na zachód wysuniętych serbołużyckich osad nad Nysę, przy równoczesnym wysiedleniu stamtąd Niemców[10]. Na początku 1946 r. ŁZNW delegował Kóckę do Polski, zwracając się jednocześnie do premiera Edwarda Osóbki - Morawskiego z prośbą o przyjęcie delegata Komitetu w charakterze pełnomocnego przedstawiciela narodu serbołużyckiego oraz przyjęcie z jego rąk memorandum ŁZNW[11]. Stało się tak co prawda częściowo przez przypadek, gdyż mający się pierwotnie udać do Polski, zgodnie z poczynionymi w połowie grudnia 1945 r. ustaleniami, Jurij Jeśkij zachorował[12]. Trudno jednakże byłoby znaleźć kandydata bardziej predystynowanego do podjęcia się tej misji. Kóčka powszechnie był przecież uważany za polonofila[13].Mimo to przyjęty został w Warszawie z wyraźnym dystansem. W tym samym czasie dotarł bowiem do MSZ odpis memoriału ŁZNW do Narodów Zjednoczonych wraz z załączonymi doń mapami, na których zaznaczony został obszar przyszłego państwa łużyckiego oraz tereny łużyckie, zarówno na obszarze Niemiec jak i na polskich Ziemiach Odzyskanych. W Ministerstwie Spraw Zagranicznych zaproponowano więc wysłannikowi z Budziszyna aby próbował szukać kontaktów z czynnikami oficjalnymi za pośrednictwem polskiego Komitetu Słowiańskiego. Ten jednak obstawał przy oficjalnym charakterze swojej misji[14]. Jednocześnie zwrócił się o audiencję u naczelnych władz Polski i wyraził zadowolenie z dotychczasowego poparcia rządu polskiego dla sprawy Łużyc. Starał się także uspokoić obawy wywołane treścią niektórych wychodzących z kręgów ŁNW materiałów tłumacząc, że chodzi w tym wypadku jedynie o oznaczenie etnograficznego obszaru całych Łużyc, nie mające nic wspólnego z jakimikolwiek pretensjami do polskich ziem na wschód od Nysy Łużyckiej[15]. Podjął również kwestię zwolnienia Serbołużyczan - żołnierzy armii niemieckiej - przebywających w niewoli na terenie Polski. Z prośbą w tej sprawie zwrócił się do MSZ już 22 lutego 1946 r., jednocześnie proponując swój udział w komisji wyznaczonej do przeprowadzenia tej akcji[16].Wiosną 1946 r. Kócka powrócił w rodzinne strony. W dniu 16 kwietnia 1946 r. wziął udział w charakterze przedstawiciela Górnych Łużyc w obchodach Dnia Narodowego, upamiętniającego wkroczenie na Łużyce wojsk radzieckich i polskich, a mającego stanowić serbołużyckie święyc w[17]. W sierpniu 1946 r. wraz z przewodniczącym Domowiny Pawołem Nedo uczestniczył w rozmowach z Serbołużyczanami z Łużyc Dolnych[18].Trzynastego listopada 1946 r. Wojciech Kócka został wybrany na sekretarza budziszyńskiego Komitetu Słowiańskiego[19]. W styczniu 1947 r. jest już we Wrocławiu, gdzie obejmuje stanowisko asystenta w Zakładzie Antropologii tamtejszego uniwersytetu[20].W tym czasie serbołużyccy działacze narodowi przygotowywali kolejne wystąpienie w sprawie Łużyc licząc, że w związku z zaplanowaną w Moskwie ( odbyła się ona w dniach od10 lutego do 24 kwietnia 1947 r.) konferencją ministrów spraw zagranicznych czterech mocarstw poświęconą kwestiom Niemiec i Austrii uda się wreszcie postawić na forum międzynarodowym kwestię Łużyc[21]. W związku z tym Kócka proponował aby z konkretnymi propozycjami wydzielenia Łużyc z obszaru Niemiec zwróciła się do rządów poszczególnych państw Łuziskoserbska Narodna Rada (ŁSNR), zaś Komitet Słowiański i Domowina wsparły jej działania na terenie państw słowiańskich.[22]. Jak wynika z jego korespondencji z sekretarzem Domowiny Pawołem Nowotnym, wziął on również udział w przygotowywaniu materiałów na konferencję przedstawicieli mocarstw opracowując, jak to określił, ślesko - łuziske teritorijalna aktualja[23].Wystąpienie do rządów wielkich mocarstw wspomóc miała wzmożona akcja dyplomatyczna i propagandowa w poszczególnych krajach słowiańskich. W Budziszynie liczono, że tą drogą uda się skłonić rządy poszczególnych państw do poparcia serbołużyckich postulatów w Moskwie. W lutym 1947 r. Jurij Wicaz zapewniał polskiego wiceministra spraw zagranicznych Zygmunta Modzelewskiego, że umiędzynarodowienia kwestii Łużyc podejmie się Jugosławia przy poparciu Czechosłowacji, a do sprawy Łużyc udało się pozyskać wiceministra spraw zagranicznych ZSRR Andrjeja Wyszyńskiego[24].Pod koniec marca 1947 r. w poczynania te włączył się także Kócka. Występując w charakterze sekretarza Komitetu Słowiańskiego w Budziszynie, zwrócił się do wicepremiera i ministra Ziem Odzyskanych Władysława Gomułki z prośbą o przyjęcie delegacji przebywających w Polsce Serbołużyczan przez przedstawicieli rządu oraz o pośrednictwo u czynników radzieckich w umożliwieniu wyjazdu do Moskwy serbołużyckiej delegacji[25].W dniach 15 - 21 maja 1947 r. Kócka wraz z Arnośtem Cernikiem przeprowadzili w Warszawie szereg rozmów przedstawicielami kilku ministerstw oraz zostali przyjęci przez wicepremiera Gomułkę[26]. W tym czasie polskie czynniki oficjalne coraz bardziej usztywniały swe stanowisko w kwestii Łużyc, odchodząc od dotychczasowej praktyki niezobowiązującego popierania słusznej sprawy. W coraz bardziej gęstniejącej atmosferze w stosunkach międzynarodowych w Warszawie uznano, że wszelkie zmiany status qvo na Łużycach stanowić mogą niebezpieczny dla ustaleń cego popierania słusznej sprawy. W coraz bardziej gęstniejącej[27]. Jasno dał to do zrozumienia swym serbołużyckim rozmówcom polski wicepremier stwierdzając, że żądania serbołużyckiego Komitetu Narodowego są nierealne, a i Domowina posuwa się w swych poczynaniach zbyt daleko. W chwili obecnej dla Polski najważniejsza jest sprawa granicy zachodniej i usunięcie z Polski wszystkich Niemców. Dopiero po ostatecznym i definitywnym załatwieniu tych problemów być może zaistnieje możliwość załatwienia kwestii łużyckiej i być może Polska włączy się w nią, tymczasem jednakże jest to niemożliwe[28].Z coraz większej iluzoryczności serbołużyckich postulatów zdawał sobie zresztą Kócka sprawę już wcześniej. Dwudziestego szóstego lutego 1947 r. pisał do sekretarza Domowiny Pawoła Nowotnego, że nie ma co liczyć na wsparcie przez państwa zachodnie pomysłu wydzielenia Łużyc z obszaru Niemiec. Sprawę tą mogłyby przeforsować jedynie państwa słowiańskie, i to jedynie w wypadku okazania w tym względzie wielkiej determinacji, której jednakże z polskiej perspektywy Kócka nie dostrzegał. Zalecał więc podjęcie wszelkich możliwych kroków, aby przekonać rządy państw słowiańskich o potrzebie domagania się dla Łużyc przynajmniej daleko idącej autonomii terytorialnej[29]. Sam podjął energiczne działania w tym kierunku w czasie odbytego w czerwcu 1947 r. w Warszawie plenum Komitetu Wszechsłowiańskiego. Niestety, mimo posiadanych pełnomocnictw Komitetu Słowiańskiego w Budziszynie nie tylko nie został dopuszczony do obrad plenarnych, w których wzięli udział jedynie przedstawiciele pięciu państw słowiańskich, ale uniemożliwiono mu nawet udział w zorganizowanej we Wrocławiu manifestacji słowiańskiej solidarności oraz w towarzyszących plenum bankietach. Mimo to udało mu się skłonić przedstawicieli Komitetu Słowiańskiego w Polsce do wystąpienia z inicjatywą powołania w Belgradzie Jugosłowiańsko - Polsko - Czechosłowackiego komitetu koordynacyjnego do spraw łużyckich przy Komitecie Wszechsłowiańskim. Dostrzegając postępujący proces coraz ściślejszego podporządkowywania sobie przez ZSRR pozostałych partnerów Kócka stwierdzał, iż ruch wszechsłowiański jest w aktualnej sytuacji dla Serbołużyczan najprzystępniejszym forum dla przedstawiania ich racji, co w kontekście sposobu w jaki został potraktowany w trakcie obrad warszawskiego plenum dobitnie świadczy do jakiego stopnia ograniczone zostało wówczas pole politycznego manewru w kwestii Łużyc. W rozmowie z sekretarzem Komitetu Wszechsłowiańskiego Moczałowem uzyskał również Kócka zapewnienie, że Serbołużyczanom zapewnione zostaną możliwości rozwoju kulturalnego, lecz kwestia Łużyc nie może być dyskutowana przed ostatecznym załatwieniem sprawy granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Wrocławski naukowiec słusznie wypowiedź tą zinterpretował jako tożsamą z oficjalnym stanowiskiem rządu radzieckiego[30].Wyniki przytoczonych powyżej rozmów doprowadziły go do konkluzji, że kwestia Łużyc, głównie za sprawą aktualnej konstelacji międzynarodowej, znalazła się w niezwykle trudnej sytuacji. My z hł w niezwykle trudnejrebijemy, pisał w lipcu 1947 r. Dlatego jego zdaniem należało starać się uzyskać to co na chwilę ówczesną było do uzyskania możliwe, realizację dalej idących postulatów odkładając do chwili pojawienia się bardziej sprzyjających okoliczności. To minimum wówczas stanowić miało administracyjne zjednoczenie obu części Łużyc oraz zredukowanie liczby przebywających tam uciekinierów i przesiedleńcóebijemy,[31].Podobnie pragmatycznie starał się postępować także w swych staraniach o umożliwienie powrotu na tereny leżące na wschód od Nysy pochodzącym z tamtąd Serbołużyczanom, zwolnienie z polskich obozów żołnierzy armii niemieckiej narodowości serbołużyckiej, sprowadzenie do Polski jak najliczniejszej grupy serbołużyckicj uczniów i studentów czy uzyskanie pomocy gospodarczej.Ta pierwsza kwestia wynikła z omyłkowego wysiedlenia wraz z Niemcami z przypadłych Polsce terenów kilkudziesięciu serbołużyckich rodzin. Fakt ten bardzo negatywnie przyjęty został przez społeczność serbołużycką[32]. Jednakże gwoli sprawiedliwości stwierdzić należy, że władze polskie szybko na ten fakt zareagowały i podjęły starania aby pozostałym jeszcze w Polsce Serbołużyczanom zapewnić ochronę. Wojewoda wrocławski Stanisław Piaskowski już 29 lutego 1946 r. wydał okólnik w sprawie wyłączania Serbołużyczan z transportów repatriacyjnych[33]. W czerwcu 1946 r. wydał polecenie aby traktować przebywających na podległym mu obszarze Serbołużyczan analogicznie jak polską ludność autochtoniczną i zapewnić im pełną ochronę i opiekę[34]. W listopadzie tegoż roku również Ministerstwo Ziem Zachodnich nakazało wojewodzie wrocławskiemu zwrócić szczególną uwagę aby do transportów repatriacyjnych nie trafili Serbołużyczanie[35] oraz ustalić ich liczbę na podległym mu terenie[36].W styczniu 1947 r. Kócka uzyskał od władz zgodę na powrót na teren Polski wszystkich wysiedlonych Serbołużyczan, także tych zniemczonych, i na osiedlenie ich nad Nysą Łużycką. Zdaniem Kócki najlepiej byłoby umieścić ich na wysokości Muzakowa, co pozwoliłoby im nawiązać kontakt z etnograficznie serbołużyckim obszarem po drugiej stronie Nysy. Wraz z nimi powinien przybyć ewangelicki pastor oraz nauczyciel oraz pewna liczba uświadomionych narodowo Serbołużyczan z rejonu Slepeho i Wojerec, aby pomóc w reserbizacji zniemczonych jednostek. Miałaby w ten sposób powstać na ziemiach polskich prołużycka baza polityczna[37]. W lutym 1947 r. Kócka monitował władze Domowiny aby jak najprędzej przeprowadziły rejestrację chętnych do powrotu i rozpoczęły starania o uzyskanie dla nich przepustek i paszportów, tak aby mógł powstać nad Nysą surogat ł surogatzisko - serbskeje statnosće[38].Rozmowy w tej sprawie ponownie przeprowadzone zostały w maju 1947 r. w Ministerstwie Ziem Odzyskanych. Kócka uzyskał m.in. wówczas obietnice przyznania przesiedleńcom pomocy materialnej[39]. Starał się więc maksymalnie wykorzystać sprzyjającą koniunkturę. W lipcu 1947 r. ponownie zwrócił władzom Domowiny uwagę na potrzebę pośpiechu w realizowaniu tego zamierzenia. Pośpiech był wskazany także z tego względu, że wówczas były jeszcze nad Nysą Łużycką wolne gospodarstwa rolne[40].Jak się wydaje ta inicjatywa Kócki przyjęta została w Budziszynie ze sporą rezerwą. Dopiero bowiem w październiku 1947 r. podjęto przygotowania do przeprowadzenia rejestracji Serbołużyczan wysiedlonych z Polski i posługujących się rodzimym językiem[41]. Akcja ta nie przyniosła jednak spodziewanych wyników, a w obliczu zarysowującego się na przełomie lat 1947 i 1948 przełomu w stosunkach serbołużycko - niemieckich cała sprawa przestała być aktualna.Zwolnienie jeńców narodowości serbołużyckiej z alianckich obozów było od wiosny 1945 r. jednym z głównych celów serbołużyckiej dyplomacji. Prośba taka znalazła się m.in. w listach przewodniczącego ŁNR Jana Cyza skierowanych do Clementa Attle i Charlesa de Gaulle[42]. Energiczne starania w tej sprawie podjęte zostały na terenie wszystkich państw alianckich, w tym również w Polsce. Jak już wspomnieliśmy, zabiegi o zwolnienie Serbołużyczan z polskich obozów podjął Kócka już w lutym 1946 r.[43]. Jego starania, energicznie wspierane przez działaczy Polskiego Związku Zachodniego oraz innych działających na terenie Polski Serbołużyczan, przede wszystkim Antona Nawkę, zakończyły się sukcesem. W dniu 3 czerwca 1947 r. z obozu w Jaworznie zwolniono i przekazano przedstawicielowi Zarządu Głównego PZZ 21 jeńców[44]. W miesiąc wcześniej Kócka i Cernik uzyskali dla nich w Ministerstwie Opieki Społecznej nowe ubrania oraz obietnicę innej pomocy[45]. Z obozu grupa ta trafiła na rekonwalescencję do Wrocławia, podczas której Kócka roztoczył nad nimi troskliwą opiekę, dbając o ich potrzeby materialne oraz wyjaśniając im aktualną sytuację na Łużycach[46]. Dalsze starania doprowadziły do uzyskania zgody na zwolnienie następnych jeńców. Dziesiątego lutego 1948 r. Kócka wraz z Nawką przeprowadzili w obozie w Jaworznie weryfikację kolejnej ich partii[47]. Ostatecznie w nocy z 8 na 9 października wyjechała do domu licząca tym razem 36 osób, grupa Serbołużyczan[48].Polskie obywatelstwo oraz znajomości w świecie nauki niewątpliwie pomagały Kócce w jego staraniach o umożliwienie jak najliczniejszej grupie serbołużyckiej młodzieży podjęcia w Polsce nauki. Jego zdaniem należało wykorzystać wszystkie istniejące możliwości dla wychowania nowej serbołużyckiej inteligencji. Najlepiej służyłoby temu skoncentrowanie wszystkich serbołużyckich studentów we Wrocławiu i wytworzenie tam silnego serbołużyckiego środowiska akademickiego[49]. Za jego sprawą Ministerstwo Oświaty jesienią 1947 r. umożliwiło podjęcie studiów we Wrocławiu i przyznało stypendia ośmiu Serbołużyczanom[50]. Wraz z gronem wrocławskich sorabofilów roztoczył on troskliwą opiekę nad nimi oraz założonym przez nich Akademickim Stowarzyszeniem Łużyczan Studentów Wyższych Uczelni Wrocławia Lusatia[51], m.in. podejmując działania zmierzające do przejęcia zamieszkałego przez serbołużyckich studentów budynku Instytutu Śląskiego przez Komitet Słowiański i przekształcenia go w serbołużycki internat[52]W styczniu 1948 r. Domowina zwróciła się do Kócki z prośbą o załatwienie zgody na podjęcie nauki w Polsce przez następną grupę, jak to określono, 10 młlono, 10cerjow. Trudność polegała na tym, że nie posiadali oni matur, jednak zdaniem Nedy i Nowotnego ich entuzjazm i zaangażowanie gwarantowały, że będą lepszymi studentami niż większość Serbołużyczan studiujących wówczas w Pradze, posiadających niemieckie matury oraz balast doświadczeń wyniesionych ze służerjow. Trudność polegała na[53]. Jeszcze w tym samym miesiącu Kócka uzyskał w Warszawie obietnicę przyznania im stypendiów i przyjęcia tych z pośród nich którzy nie posiadali matur na drugi semestr tzw. roku wstępnego, który miał się rozpocząć rzy nie posiadali matur[54]. W rezultacie, już w marcu 1948 r. wyjechała do Wrocławia kolejna 8 osobowa grupa młodych Serbołużyczan[55].Na początku 1948 r. Kócka wystąpił z kolejną inicjatywą. Tym razem chodziło o wukubłanje słowianscy zmyslenych ewang. [ewangelskich] Serbskich farajow[56]. W styczniu tego roku podjął rozmowy na ten temat z dziekanem Ewangelickiego Fakultetu Teologicznego w Warszawie. Ustalono wówczas, że od jesieni 1948 r. będzie tam mogło podjąć studia 10 Serbołużyczan. Zapewnione im zostały miejsca w bursie oraz wyżywienie w stołówce studenckiej, a także ministerialne stypendia[57].Wiele energii poświęcił Kócka także sprawie uruchomienia w Zgorzelcu serbołużyckiego gimnazjum. Jego otwarcie uzgodnione zostało w kwietniu 1946 r., w trakcie rozmów sekretarza ŁSNW Jurija Cyza z wiceministrem spraw zagranicznych Zygmuntem Modzelewskim[58]. W stosunkowo krótkim czasie przygotowane zostały na przyjęcie serbołużyckiej młodzieży budynek Państwowego Gimnazjum w Zgorzelcu i internat[59]. Przyznano także środki pieniężne na stypendia i doposażenie bursy[60]. Ze swej strony Serbołużyczanie rozpoczęli w kwietniu 1947 r. nabór do zgorzeleckiego gimnazjum[61] oraz podjęli starania o uzyskanie dla chętnych niezbędnych dokumentów podróżnych[62].W sprawie tej Kócka starał się o zapewnienie przyszłym gimnazjalistom jak najlepszych warunków nauki i bytowania. W obliczu piętrzonych przez radzieckie władze okupacyjne trudności zalecał ich ominięcie, poprzez wysłanie dzieci do Zgorzelca via Czechosłowacja[63]. Przeszkody biurokratyczne uniemożliwiły jednakże uruchomienie gimnazjum w planowanym terminie 1 września 1947 r.[64]. Mimo to Kócka nadal nie ustawał w staraniach o uzyskanie wiz dla uczniów zgorzeleckiego gimnazjum, podejmując ten temat w warszawskim MSZ jeszcze 20 stycznia 1948 r.[65].W pierwszych powojennych latach niezwykle istotną sprawą było dla serbołużyckiego ruchu narodowego uzyskanie podstaw materialnych. Zniszczenia wojenne oraz nieukrywana niechęć niemieckiego otoczenia niejako w naturalny sposób kierowały oczy serbołużyckich działaczy na sąsiednie państwa słowiańskie. Pomoc gospodarcza dla Łużyc była jednym z tematów poruszanych w trakcie rozmowy Cernika i Kócki z Gomułką w maju 1947 r. Sprawę tą wysłannicy ŁSNR omawiali wówczas także z wiceministrem spraw zagranicznych Stanisławem Leszczyckim, który złożył obietnicę poparcia przez swój resort serbołużyckich starań w tej materii. Równie konstruktywne stanowisko zajął przedstawiciel Ministerstwa Przemysłu i Handlu Sobański. Uznał on serbołużyckie postulaty za skromne i możliwe do wykonania. Wskazał punkty przez które mogłaby się odbywać wymiana towarowa oraz życzliwie odniósł się do propozycji nawiązania współpracy ze spółdzielnią Luko[66].Zdając sobie sprawę z aktualnego politycznego położenia sprawy Łużyc przestrzegał Kócka przed wszystkim, co mogłoby posiadać tak wówczas niepożądany podtekst polityczny. Wydźwięk taki mogło jego zdaniem mieć choćby umieszczenie w motywacji skierowanej do Ministerstwa Przemysłu i Handlu i MZO prośby o materiały budowlane przeznaczone na odbudowę Domu Serbskiego nazwy Dom Słowiański. Proponował więc użycie w tym wypadku całkowicie neutralnego określenia Dom Kultury w Budziszynie[67]. Rozmowy na temat pomocy gospodarczej dla Łużyc kontynuował Kócka jesienią 1947 r.[68] i zimą 1948 r.[69], nie uzyskując jednak widocznych postępów[70].Dzieje serbołużyckiego ruchu narodowego w latach 1945 - 1950 doczekały się w ostatnich latach szeregu przyczynków oraz, przywoływanej tutaj, niezwykle interesującej syntezy pióra dolnołużyckiego historyka Petśa Śurmana. Podjęte zostały również badania nad biografiami czołowych postaci tego okresu[71]. Naszym zdaniem na zainteresowanie historyków w pełni zasługuje również rola jaką w serbołużyckim ruchu narodowym odegrał Wojciech Kócka. Nie należał on do działaczy pierwszoplanowych mimo, że zajmował przecież eksponowane funkcje sekretarza Domowiny i Komitetu Słowiańskiego w Budziszynie. Jak się wydaje, rola taka w pełni mu odpowiadała. Dla niego w polityce liczyła się przede wszystkim skuteczność i realizm, a nie zwodniczy blichtr stanowisk. Cechy te, wraz z trzeźwą oceną możliwości serbołużyckiego ruchu narodowego oraz doskonała znajomość lokalnych uwarunkowań politycznych pozwoliła Kócce w trakcie jego działalności w Polsce, osiągnąć kilka znaczących sukcesów. Było to przede wszystkim zwolnienie w latach 1947 i 1948 z polskich obozów 59 Serbołużyczan - żołnierzy armii niemieckiej oraz umożliwienie nauki w Polsce kilkunastoosobowej grupie studentów. Warto zauważyć, że nawet dla większości przedsięwzięć których nie udało się ostatecznie zrealizować, takich jak uruchomienie gimnazjum w Zgorzelcu, zorganizowanie serbołużyckiej gminy nad Nysą Łużycką czy sprowadzenie na studia do Warszawy przyszłych serbołużyckich pastorów, Kócce udawało się uzyskać poparcie właściwych polskich czynników. To, że nie dochodziły one do skutku wynikało z przyczyn niezależnych tak od niego jak i od strony polskiej.Wojciech Kócka był gorącym patriotą, marzącym o wolnych Łużycach, na wzór choćby Łuksemburga czy San Marino. Jednak trafnie diagnozując zmiany w sytuacji politycznej, stanął na stanowisku, że należy podjąć negocjacje na temat szerokiej autonomii kulturalnej i oświatowej i starać się uzyskać dla swego narodu maksimum tego co w danej sytuacji było możliwe. Z perspektywy ponad półwiecza jawi się więc nam Kócka jako jeden z najbardziej pragmatycznych i skutecznych serbołużyckich działaczy.[1] T. Malinowski, Łużyczanin - prof. dr Wojciech Kócka jako polski antropolog i archeolog [w:] Serbołużyczanie. Łużyce. Badania historyczne i fascynacje, Zielona Góra 1998, s.286.[2] M. Cygański, R. Leszczyński, Zarys dziejów narodowościowych Łużyczan. Tom II. Lata 1919 - 1997, s.46-47; Petś Śurman, K posegam mjazy polskimi a serbskimi kulturnymi procowarjami w XX letsotoku [w:] Łużyce w nowszych i najnowszych dziejach Europy Środkowej, Zielona Góra 1995, s.132-133.[3] T. Malinowski, op. cit., s.286-288.[4] Serbski Kulturny Archiw (SKA), Domowina (D), sygn. II 1.1A, s.111-113; P. Schurmann, Die sorbische Bewegung 1945-1948 zwischen Selbstbehauptung und Anerkennung, Budyśin 1998, s.76.[5] SKA, D II 1.B, s.22-25.[6] P. Schurman, op. cit., przyp. 74, s.83.[7] SKA, D II 4.7A, s.10.[8] Smutno w Budziszynie... , Polska Zachodnia z 21.10.1945, nr 12, s.4.[9] W. Kocka, Poprzez Ziemię Łużycką, Polska Zachodnia z 18.11.1945, nr 16, s.4.[10] St. Helsztyński, Rjana Luzica, sprawna precelna ..., Odra z 10.01.1946 r., nr 1(12), s.3-4.[11] SKA, D II 4.7A, s.60.[12] T. Marczak, Granica zachodnia w polskiej polityce zagranicznej w latach 1944 - 1950, Wrocław 1995, s.176-178.[13] T. Marczak, op. cit. S.175; SKA, D II 4.7A, s.14.[14] T. Marczak, op. cit., s.178.[15] C. Skuza, Kwestia serbołużycka w polskiej polityce zagranicznej (1944 - 1949), Zeszyty Naukowe Wojskowej Akademii Politycznej, nr 121, 1984 (1985), s.90.[16] SKA, D II 4. 7D, s.16.[17] SKA, D II 1. 1B, s.89.[18] P. Schurman, op. cit., s.197.[19] Petś Furman, Wojciech Kócka a plenum Komitetu Wszechsłowiańskiego w Warszawie w 1947 r. [w:] Serbowie Łużyccy i Polacy. Doświadczenia historyczne i perspektywy współpracy, Opole 1992, s.83.[20] SKA, D II 4. 7D, s.49.[21] M. Cygański, R. Leszczyński, op. cit., s.60.[22] SKA, D II 4. 7D, s.53.[23] SKA, D II 4. 7D, s.55.[24] M. Cygański, R. Leszczyński, op. cit., s.78.[25] SKA, D II 4. 7B, s.34-35[26] M. Mieczkowska, Łużyce a polska opinia publiczna w latach 1945 - 1949, Letopis 40 (1993) 1, s.103.[27] M. Cygański, R. Leszczyński, op. cit., s.78.[28] M. Mieczkowska, Łużyce ..., s. 103.[29] SKA, D II 4. 7D, s.55.[30] SKA, D II 4. 7B, s.49-50; P. ?urman, op. cit., s.83-87,; tenże, Zajimawy list z Pólskeje, Rozhlad, c.. 10, 1991, s.270-271.[31] SKA, D II 4. 7B, s.59.[32] Archiwum Akt Nowych w Warszawie (AAN), Ministerstwo Ziem Odzyskanych, sygn. 501, s.13.[33] Ibidem, s.58.[34] Ibidem, s.45.[35] Ibidem, s.54.[36] Ibidem, s.55.[37] SKA, D II 4, 7D, s.52.[38] SKA, D II 4. 7D, s.55.[39] M. Mieczkowska, Łużyce..., s.103-104.[40] SKA, D II 4. 7B, s.60.[41] SKA, D II 4. 7B, s.88.[42] SKA, D II 1. 1A, s.60, 64.[43] Patrz przyp. 16.[44] SKA, D II 5. 9D, s.3.[45] M. Mieczkowska, Łużyce ..., s.104.[46] SKA, D II 4. 7B, s.60.[47] SKA, D II 4. 7D, s.77.[48] SKA, D II 4. 7D, s.94.[49] SKA, D II 4. 7C, s.6.[50] SKA, D II 4. 7B, s.79, 101[51] SKA, D II 4. 7B, s.101.[52] SKA, D II 4. 7C, s.6.[53] SKA, D II 4. 7C, s.3.[54] SKA, D II 4. 7D, s.70.[55] SKA, D II 4. 1C, s.14.[56] SKA, D II 4. 7C, s.6.[57] SKA, D II 4. 7D, s.2.[58] C. Skuza, op. cit., s.90.[59] SKA, D II 6. 6CI, s.176.[60] Archiwum Państwowe we Wrocławiu, Urząd Wojewódzki Wrocławski, sygn. I/206.[61] SKA, D II 6. 6CI, s.179.[62] SKA, D II 4. 7D, s.86.[63] SKA, D II 4. 7D, s.52.[64] SKA, D II 4. 7D, s.86-87.[65] SKA, D II 4. 7C, s.6.[66] M. Mieczkowska, Łużyce ..., s.103.[67] SKA, D II 4. 7B, s.59, 61.[68] SKA, D II 4. 7B, s.79.[69] SKA, D II 4. 7C. s.6.[70] SKA, D II 4. 7D, s.77.[71] Przykładem może być przygotowywana do druku biografia przewodniczącego Domowiny z lat 1933 - 1950 pióra dr Annett Brezanec z Serbskiego institutu.Przypisy:1) Ulrike Elsner, War Cottbus einst die Überfahrt am Fluss? Werner Meschkank über den Ursprung des Namens, Lausitzer Rundschau, 4. 1. 2005, s. 15.2) cyt.: Geschichte der Stadt Cottbus, Cottbus, 1994, s. 21.3) cyt.: Sachsenspiegel oder Sächsisches Landrecht, Reprint-Verlag Leipzig, Reprint der Originalausgabe von Carl Robert Sachße, Heidelberg, 1848).4) Lexikon Heraldik, VEB Bibliographisches Institut Leipzig, 1984, s. 235.

Edmund Pjech (Budziszyn) Konflikt ustrojowy pomiędzy wschodem a zachodem przez czterdzieści lat po zakończeniu drugiej wojny stanowił pożywkę dla publicystycznych polemik i często uniemożliwiał rzeczowe przedstawienie położenia Serbołużyczan. To upolitycznienie problemu było szczególnie widoczne w popularnonaukowych tekstach w zamieszczanych w gazetach i czasopismach, ale występowało także w historycznych badaniach naukowych.Przy prezentowaniu tego tematu, w okresie lat 1945-1990 można wyróżnić trzy fazy: Między 1945 r. a 1948 r. prezentowana była niemal wyłącznie zewnątrz polityczna dymensja problemu serbołużyckiego. W artykułach uwidaczniał się strach przed odłączeniem Łużyc od Niemiec oraz zamiarami krajów słowiańskich, szerokiej reslawizacji wschodnich Niemiec. Od 1949 r. do 1970 r. w coraz większej mierze w centrum uwagi pojawiały się zagadnienia polityki wewnętrznej, takie jak tworzenie dwujęzycznego szkolnictwa, problemy rozwoju gospodarczego, a szczególnie socjalistyczna industrializacja i kolektywizacja rolnictwa. Jednak autorzy problematykę tę postrzegali wyłącznie przez pryzmat zimnej wojny. Po 1970 r., dzięki powszechnemu politycznemu odprężeniu, wzrosła rzeczowość poświęconej Serboużyczanom publicystyki.Problem serbołużycki z lat 1945-1948 z punktu widzenia prasy zachodnioniemieckiejZ punktu widzenia współczesnych, w latach 1945-1946 dalszy los Niemiec był sprawą całkowicie otwartą. W prasie dyskutowano wszelakie scenariusze dalszego osłabienia państwa niemieckiego. Pojawiały się obawy przed odłączeniem Szlezwiku i włączeniem go do Danii lub przyłączeniem Nadrenii do Francji. Najbardziej katastrofalnie przedstawiano jednak położenie we wschodnich Niemczech, które dostały się pod okupację radziecką. Pod tytułem "Czy przyszłość Niemiec leży w narodowym w bolszewizmie? (Liegt im Nationalbolschewismus die deutsche Zukunft?)" gazeta "Die Weltwoche", pisała, że Rosjanie z pomocą SED próbują reslawizować wschodnie Niemcy. Inne gazety stwierdzały, że są oni w tych działaniach szczególnie silnie są popierani przez Polskę, Czechosłowację, jak też przez Jugosławię: "Po zakończeniu drugiej wojny światowej Jugosławia i Czechosłowacja były pierwszymi, które wstawiły się za Wendami. [...] W Polsce w latach 45/46 istniała prężna grupa polityczna, która nie chciała zadowolić się granicą na Odrze i Nysie"1. Państwa słowiańskie miały posiadać najprzeróżniejsze plany reslawizacji wschodnich Niemiec, między innymi założenie nowej zachodniosłowiańskiej jednostki państwowej, pod nazwą Słowiańskie Państwo Łużyckie (Slawischer Lausitzstaat) lub Słowiańskie Państwo Połabskie (Slawischer Elbestaat). Kluczową role mieli przy tym odgrywać Serbołużyczanie: "Przecież państwa łużyckiego na tak małym obszarze , na jakim obecnie mieszkają resztki Wendów, nie da się obecnie stworzyć. Zamierza się więc powołać do życia jedno wielkie, dwu lub trzy milionowe państwo łużyckie, w którym nie zgermanizowani Łużyczanie będą mieli możliwość reslawizacji ich zgermanizowanych rodaków. Musi to nastąpić odpowiednio szybko, aby przyczynić się do dalszego osłabienia Niemiec."2 W związku z tym miały pozostawać zamiary serbołużyckich protagonistów. Poczynania serbołużyckich przedstawicieli na niwie wielkiej polityki określano takimi nagłówkami jak: Republika Serbołużycka (Sorbische Republik) lub Rojenia o państwie wendyjskim (Traum vom Wendenreich)3. W taki sposób prasa zachodnioniemiecka szczegółowo informowała o serbołużyckich memorandach na konferencję pokojową w Paryżu w 1946 r., jak też na konferencję ministrów spraw zagranicznych w Moskwie w 1947 r., gdzie Serbołużyczanie żądali między innymi niezależnych Łużyc. Te, często przesadzone, informacje o separatyzmie i reslawizacji wschodnich Niemiec nie ukazywały się wyłącznie w pierwszych latach po zakończeniu drugiej wojny światowej, ale od czasu do czasu jeszcze w latach pięćdziesiątych. Nawet w trakcie rozpoczętej po 1955 r. budowy kombinatu przetwórstwa węgla brunatnego "Čorna Pumpa", określanego w prasie jako serbołużycki kombinat, mówiono w różnych artykułach "o rosyjskich planach utworzenia między Nysą Łużycką a Sprewą wendyjskiego państwa buforowego."4W artykułach prasowych z lat 1945-1948 jasno widać, że dziennikarze patrzyli na Serbołużyczan i Słowian przez pryzmat stereotypów z okresu do 1945 r. Z jednej strony objawiało się przeświadczenie o przewadze zachodniej kultury nad niższą, wschodnią, kulturą słowiańską, z drugiej strony strach, szczególnie przed barbarzyńską Rosją, która rozpościerała swe ręce nad Niemcami.Problem serbołużycki z lat 1949-1970 z punktu widzenia prasy zachodnioniemieckiejPo 1949 r. media zachodnioniemieckie patrzyły na Serbołużyczan jako na wewnętrzny problem wschodnich Niemiec, znajdujących się pod stałym dozorem słowiańskiej zagranicy, przede wszystkim radzieckich władz okupacyjnych. Serbołużyczan postrzegano jako szczególnie uprzywilejowanego "młodszego brata Rosjan". W artykułach prasowych ponownie pojawiły się akcenty antyserbołużyckie i antysłowiańskie. Właśnie w 1949 r., do powstania NRD gazety często dawały wyraz obawom przed Słowianami i serbołużyckim separatyzmem: "Na niemieckiej ziemi powstanie państwo serbołużyckie. Dopiero pod wzrastającą presją Saksonia uległa i zatwierdziła w marcu 1948 r. uchwałą Landtagu, tak zwaną serbołużycką ustawę wolnościową. [...] Serbołużycka lub wendyjska ludność otrzymała tutaj od sowieckich władz okupacyjnych wielkie materialne i ideowe wsparcie. [...] Jednocześnie ze sprawozdań z Łużyc wynika, że grupy Serbołużyczan w Polsce dążą do tego, aby świadczyć służbę wojskową we własnych kompaniach. Widocznie chcą oni stworzyć podstawy własnej, serbołużyckiej armii."5 W mediach krytykowano wspieranie Serbołużyczan oraz wyrażano brak zrozumienia dla powstania dwujęzycznego szkolnictwa, serbołużyckiego teatru, instytutu naukowego itp. Ponownie twierdzono, że ta nadmierna pomoc była skutkiem nacisku ze strony państw słowiańskich: "Od roku 1945 udało się również reżimowi te małe słowiańskie ludowe muzeum sprowadzić do roli mniejszości na czas parad; aby zadośćuczynić serbołużyckim funkcjonariuszom w radzieckiej strefie okupacyjnej oraz ich przyjaciołom w sąsiednich demokracjach ludowych, za niedojście do powstania Wielkiej Serbołużyckiej Republiki Ludowej."6 Obawa przed możliwą reslawizacją wschodnich Niemiec rysowała się po części jeszcze w latach pięćdziesiątych, jak w następującej informacji o budowie kombinatu "Čorna Pumpa", zamieszczonej w "Berliner Morgenpost" z sierpnia 1955 r.: "Komunistyczne starania o Serbołużyczan wkroczyły w nowe stadium. [...] Sztucznie spreparowano część sowieckiej strefy, celem czego było sztuczne stworzenie słowiańskich mniejszości. Przy tym wczoraj jeszcze chodziło tylko o utrzymanie serbołużyckiej kultury ludowej, dziś już o serbołużyckie kombinaty przemysłowe. Jakie roszczenia pojawią się jutro?"7. Wszystkie starania o zachowanie łużyckiego języka i kultury odbierano jako dyktat radzieckich władz okupacyjnych i panslawistycznych kręgów z Polski, Czechosłowacji i Jugosławii. Dziennikarze charakteryzowali Serbołużyczan jako sztuczny produkt wschodnioniemieckiej polityki Związku Radzieckiego: "Będąc posłusznymi rozkazom z Moskwy, władze z Pankow zadały sobie trud, aby mieszkańców Błot, których ich stary słowiański dialekt nie był zbyt żywy, ponownie uczynić odłamem słowiańskiego narodu tak, aby w szkołach nauczano języka łużyckiego i powstały serbołużyckie gazety i biblioteki. [.] Przy tym niedawno utworzona druga serbołużycka szkoła "ze świecą" musi szukać uczniów, a wielu obywateli określanych jako Serbołużyczanie dobitnie poświadcza swą niemiecką przynależność narodową."8Po 1958 r. nastawienie wobec Serbołużyczan w NRD uległo zmianie. Ze strony partyjnych funkcjonariuszy SED pojawiły się żądania podporządkowania łużyckiego języka i kultury socjalistycznemu budownictwu. Najbardziej było to widoczne w obszarze szkolnictwa. Zmiany w polityce mniejszościowej, szczególnie w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych witano w prasie zachodnioniemieckiej jako nową politykę realizmu w NRD: "Właściwym promotorem mniejszości serbołużyckiej od zakończenia wojny jest SED. W czasie ery Stalina robiono często o wiele za dużo. Wymagano, by rodziny serbołużyckie ponownie mówiły po łużycku i nauczano dzieci przedszkolach i szkołach w tym języku. [.] Również dzisiaj są na Łużycach, w okręgach Drezno i Chociebuż serbołużyckie szkoły, ale zostały one znacznie obcięte."9 Mimo wszystko do końca lat sześćdziesiątych w zachodnioniemieckim czasopiśmiennictwie przeważało krytyczne spojrzenie na enerdowską politykę mniejszościową, a Serbołużyczan nadal postrzegano jako naród przez radzieckie siły okupacyjne i SED uprzywilejowany: "Wschodni Berlin przeznacza dla Serbołużyczan znaczne środki finansowe. Nikt dokładnie nie wie, ilu obywateli przyznaje się dziś do bycia Serbołużyczaninem. Na całych Łużycach nie może ich być więcej niż sto tysięcy. Naprzeciw urzędu pocztowego zbudowano nowy, bardzo kosztowny, "Dom Serbów". Wydaje się tu również serbołużycki dziennik. Nazwy ulic w Budziszynie są dwujęzyczne. Ludność miasta jest zdania, że czerwony kult serbołużyckości jest sztucznie rozdmuchany."10Pod względem systemu państwowego NRD była dyktaturą. Partia SED, jako wiodąca siła polityczna i społeczna, dążyła do totalnej kontroli społeczeństwa, gospodarki i kultury. Dążenia te były też widoczne również w polityce mniejszościowej. Także narodowa organizacja Domowina oraz później założone instytucje podporządkowały się politycznemu wpływowi wschodnioniemieckiego państwa. Właśnie ta uległość wiodła w latach pięćdziesiątych i na początku lat sześćdziesiątych do silnych napięć pomiędzy instancjami państwowymi i Domowiną a ludnością serbołużycką. W prasie zachodnioniemieckiej poruszano również tę tematykę, szczególnie w okresach kryzysowych, jak około 17 lipca 1953 r. lub podczas wprowadzania wiosną 1960 r. socjalistycznych stosunków produkcji w rolnictwie. Chętnie ukazywano na sprzeciw ludności wobec polityki państwa. Jednak w prezentacji tych konfliktów było wiele przesady, jak np. w następującej relacji o 17 lipca 1953 r. w dwujęzycznych wioskach Łużyc: "Komunistyczna policja ludowa, w sile wielu tysięcy ludzi, stacjonuje w Błotach, aby pokonać i zlikwidować uzbrojonych w broń ciężką partyzantów. Doniesienia te zostały uwiarygodnione poprzez fakt, że w związku z 17 czerwca, w powiatowym mieście Niska doszło do szczególnie ciężkich starć zbrojnych. [.]według doniesień naocznych świadków, 17 czerwca Serbołużyczanie wszędzie występowali ramię w ramię z Niemcami."11. Sytuacja w kraju była napięta, ale nie do tego stopnia. Uwidoczniło się to również w 1960 r. w trakcie wprowadzania socjalistycznych stosunków produkcji w rolnictwie: "Łużyce nie przysparzają SED zbyt wiele zadowolenia. Pierwsze, nieśmiałe próby kolektywizacji sprzed pięciu laty nie powiodły się wobec silnego oporu serbołużyckich chłopów, jej ateistyczna propaganda pozostała bez wpływu na bardzo religijnie nastawionych Serbołużyczan, a podczas powstania czerwca 1953 r. na Łużycach doszło do szczególnie gwałtownych starć z milicją Ulbrichta. [.] SED odczuła to ponownie, gdy obecnie wysłała do łużyckich wsi agitatorów, podczas przymusowej kolektywizacji doszło, jak nigdzie w środkowych Niemczech, do incydentów. W trzech gminach górnych Błot doszło do otwartego powstania, jedynie pod ochroną policji ludowej 'łowcy rolników' mogli opuścić te wsie. Jednak opór ten, znany dotąd tylko z kilku relacji, nic nie dał. Z okręgu Chociebuż od wielu dni są przedkładane "pomyślne meldunki".12 Informacje o ideologicznych wątpliwościach, szczególnie pośród serbołużyckich chłopów i serbołużyckiej ludności chrześćjańskiej ukazywały się głównie w latach pięćdziesiątych, ale także później gazety drukowały artykuły o problemach pomiędzy instancjami państwowymi a Serbołużyczanami, jak w następującym artykule z roku 1964: "Dziś w oczach SED Serbołużyczanie uważani są za krnąbrnych i aroganckich. Zgorzknienie bonzów partyjnych jest zrozumiałe: "Opór serbołużyckich chłopów wobec przymusowej kolektywizacji był wyjątkowo zaciekły. [.] Serbołużyczanie (katoliccy) nadal bronią się przed ateistyczną Jugendweihe, ich udział znajduje się daleko poniżej przeciętnej w republice. Pankow zarzuca ludności serbołużyckiej haniebną niewdzięczność, ponieważ rozkwit narodowości serbołużyckiej możliwy stał się dopiero po powstaniu państwa robotników i chłopów. [.] 'To SED oddała serbołużyckim chrześcijanom modlitewnik!' Do tego dziwnego stwierdzenia doszedł sekretarz kierownictwa okręgu Drezno w czasie burzliwej dyskusji z nauczycielami i innymi przedstawicielami serbołużyckiej inteligencji w Budziszynie."13 W drugiej połowie lat sześćdziesiątych sytuacja polityczna w NRD coraz bardziej się stabilizowała. Także w ekonomii przeważały pozytywne sygnały. Polityczne sprzeczności pomiędzy wschodem a zachodem nie objawiały się już w tak otwartej formie, co znowu znajdowało odbicie w prasie. Zbliżało się polityczne odprężenie, które nastąpiło w latach siedemdziesiątych.Problem serbołużycki z lat z 1971-1990 punktu widzenia prasy zachodnioniemieckiejPo 1971 r. w pojawiających się w RFN informacjach o NRD objawiła się większa polityczna powściągliwość, co było jednym z symptomów powszechnego w Europie wschodniej i zachodniej odprężenia. W RFN pod socjaldemokratyczno - liberalnym kierownictwem Willego Brandta i Waltera Scheela zainaugurowano również nową politykę wobec wschodu. Uznanie powojennych realiów i pojednanie z Polską i Czechosłowacją, fundamentalny układ z NRD, jak też nawiązanie stosunków dyplomatycznych z krajami ówczesnego bloku wschodniego oraz przystąpienie RFN do ONZ wpływało na media14. W prasie starano się o obiektywniejszy obraz NRD, co objawiało się również w informacjach poświęconym Serbołużyczanom. Zniknął negatywny obraz Serbołużyczan oraz pogardliwe odnoszenie się do mniejszościowej polityki NRD. Przy wszystkich wątpliwościach odnośnie państwa wschodnioniemieckiego podkreślano jego pomoc przy zachowaniu łużyckiego języka i kultury: "Oddając sprawiedliwość trzeba przyznać, że Serbołużyczanom w NRD wiodło się lepiej niż przypuszczalnie kiedykolwiek w ich historii. Ten słowiański naród żyje dziś w większej wolności niż za reżimu Hitlera, bardziej wolny niż pod pruskim i saksońskim panowaniem i ma więcej wsparcia niż w czasach Republiki Weimarskiej."15 Po politycznych napięciach w minionych latach sytuacja widocznie się uspokoiła, a korespondentom wydawało się, że Serbołużyczanie w socjalistycznym społeczeństwie NRD znaleźli swoje miejsce: "Socjalistyczne państwo niemieckie rozwiązało widocznie "kwestię serbołużycką" ku wszechstronnemu zadowoleniu i obustronnej korzyści. Serbołużyczanie zaangażowali się w socjalizm, w zamian zapewniona im została wolność w zakresie kultury - wolność, która służy głównie dbałości o język i kulturę. Za niemałe wsparcie finansowe, które zapewnia Serbołużyczanom państwo, otrzymuje ono jako świadczenie zwrotne wiele odmiennego folkloru."16 W innych gazetach podkreślano, że w zakresie społecznym Serbołużyczanie otrzymali większą autonomię, która zapewniała im spory zakres swobody: "Z powodu swej religijności Serbołużyczanie są w NRD mniej napastowani. [.] Święta religijne, które u Serbołużyczan w sposób naturalny związane są ze starymi obyczajami kulturalnymi, mogą być na Łużycach celebrowane bardziej uroczyście, bardziej otwarcie i z większym zrozumieniem niż gdziekolwiek w NRD. Na Wielkanoc odbywa się słynna wielkanocna procesja konna Serbołużyczan, która z roku na rok liczyć może na coraz liczniejsze uczestnictwo, a na Boże Ciało lub Wniebowstąpienie ciągną wielkie procesje. W poszczególnych miejscowościach, przy każdym domu i ulicy, święta figura w szklanej, kolorowo oświetlonej niszy strzeże domu i podwórza. A w szkole wiejskiej wisi jeszcze na ścianie krucyfiks."17 Polityczne napięcia szczególnie ostro ujawniały się w NRD w latach pięćdziesiątych i na początku lat sześćdziesiątych. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych, szczególnie jednak w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych metody politycznej kontroli były znacznie subtelniejsze. Domowinie i Serbołużyczanom znowu zaoferowano większe możliwości narodowego i językowego zaangażowania. Szczególnie Domowina mocniej zaangażowała się w ochronę łużyckiego języka i kultury. Również przeciwieństwa pomiędzy kościołami a instancjami państwowymi nie miały już aż tak konfrontacyjnego charakteru. Z drugiej strony jednak Domowina nie miała zbyt dużego pola manewru, jawiła się ona jako ujednolicana, masowa organizacja socjalistyczna: "Odkąd Domowina - Związek Łużyckich Serbów stała się ostatecznie socjalistyczną organizacją masową, zdaje ona co cztery, pięć lat na swych związkowych zgromadzeniach zawsze te same wyznania: o wiodącej roli panującej w NRD partii jedności, wspólnej socjalistycznej ojczyźnie Niemców i Serbołużyczan, uczestnictwa w budowie socjalizmu, współdziałania we wzroście gospodarczym i socjalistycznej konkurencji, wypełnienia i przekraczania planu, przyjaźni ze Związkiem Radzieckim, antyimperialistycznej solidarności z krajami trzeciego świata."18Domowina jedynie w trakcie kongresów związkowych z lat 1977, 1982 i 1987, w zatwierdzonych przez Komitet Centralny SED sprawozdaniach mogła się jasno wypowiedzieć o problemach języka łużyckiego, podtrzymać to stanowisko w apelach do Serbołużyczan i zachować je w żądaniach skierowanych do instancji państwowych. Te nowe, w porównaniu do lat sześćdziesiątych, tony rejestrowane były również w prasie w zachodnich Niemiec: "Gros był jednak również tym, który wezwał Serbołużyczan do tego, aby nie tylko identyfikowali się ze swą narodowością, lecz również uczyli się języka łużyckiego, mówili i uczyli w nim dzieci, ponieważ inaczej zaginie najcenniejszy nośnik ich identyfikacji. Poeta Jurij Brezan artykułował tę samą troskę, gdy apelował do swych kolegów-pisarzy, aby pisać więcej i lepszych książek w języku łużyckim. Delegatka Christine Metasch krytykowała fakt, że w dwujęzycznych Łużycach nie ma wystarczająco dużo przedszkoli, w których mówiłoby się po łużycku. A inna delegatka, Marja Koban, zwróciła uwagę na socjalne następstwa szeroko zakrojonego w okręgu Chociebuż wydobycia węgla brunatnego, także dla spoistości narodowościowej Serbołużyczan: Mieszka ona teraz z kilkoma innymi rodakami na obszarze nowego budownictwa w powiatowym mieście Grodk, po tym jak musiała opuścić swą wioskę Bukowk, ponieważ padła ona ofiarą wydobycia węgla."19 Zanikanie kultury i języka łużyckiego pozbawionej podpory ze strony państwa było jednym z głównych tematów w publicystyce zachodnioniemieckiej prasy z lata siedemdziesiątych i osiemdziesiątych: "Dziś w Budziszynie i Chociebużu słyszy się niewiele języka łużyckiego. Nazwy ulic i nazwy miejscowe są jednak na terenach serbołużyckich podane w dwóch językach. Według danych urzędowych mniejszości serbołużyckiej w NRD powodzi się tak dobrze jak nigdy. [...] Jednak mimo przyznanej autonomii kulturalnej obyczajom i tradycjom Serbołużyczan grozi wymarcie. Coraz mniej Serbołużyczan mówi, spokrewnionymi z językami polskim i czeskim. dialektami górno i dolnołużyckim. Młodzi wywędrowują na tereny przemysłowe. Serbołużycki strój noszony jest jeszcze tylko przez starsze kobiety."20Rozwój gospodarczy, socjalny i demograficzny można uznać za decydującą przyczynę asymilacji Serbołużyczan. Ten proces uległ przyśpieszeniu z powstaniem na Łużycach węglowego i energetycznego centrum NRD. Tak zwany szok paliwowy z 1973 r. skutkował dalszą rozbudową górnictwa węgla brunatnego. Jednym ze skutków tego procesu było to, że spośród wszystkich 77 pochłoniętych przez wydobycie węgla brunatnego wiosek, nie mniej jak 49 zostało zniszczonych w latach 1974 - 1989. Jednym ze znamion ekspansywnej polityki wydobywczej po 1974 r. był rosnący rozdźwięk pomiędzy dewastacją środowiska naturalnego a jego rekultywacją i ponownym zalesianiem. Serbołużyccy pisarze, najpierw szczególnie Kito Lorenc, byli pierwszymi, którzy powątpiewali w ówcześnie kultywowaną rewolucję naukowo-techniczną. Przedstawiciele państwa oraz lokalni funkcjonariusze opisywali buchające z kominów słupy ognia jako wyznacznik łużyckiego pejzażu, tymczasem u Lorenca już w latach sześćdziesiątych pojawiły ekologiczne wątpliwości. Obserwacja dalszej intensyfikacji łużyckiego górnictwa wzmagała jego krytykę. Na ten fenomen wskazywano także od czasu do czasu w zachodnioniemieckiej publicystyce: "Kito Lorenc, [...] ubolewa nad postępującym niszczeniem krajobrazu. W swoim tomie wierszy Flurbereinigung określa on swoją zniszczoną przez wydobycie węgla ojczyznę "plugawą krainą Schlaraffenland" 21NRD w trakcie swej czterdziestoletniej egzystencji zużyła na potrzeby górnictwa węgla brunatnego około 120 000 hektarów, lecz z tego rekultywowano tylko 50 procent, w dodatku z licznymi ekologicznymi niedostatkami. Łużycki rewir wydobywczy, gdzie zawsze było mniej czasu na rekultywację, był znacznie bardziej zniszczony: "Droga ze Złego Komorowa i Welceja przez kombinat gazowy "Čorna Pumpa" i elektrownię Dubrawa do Gródka pozwala pojąć, czym są te dziury: ponure, pozbawione wegetacji zagłębienia gruntu ciągnące się przez wiele kilometrów kwadratowych. [...] Rekultywacja, jeżeli w ogóle do niej dochodzi, następuje w porównaniu z rejonami wydobycia węgla brunatnego w okręgach Halle i Lipsk znacznie później" 22 W gazetach RFN od lat siedemdziesiątych regularnie informowano o ekologicznych problemach w NRD, jak w następującym artykule o problemach w Błotach: "Pobliskie wielkie elektrownie Lubnjow i Wetošow zasilane są łużyckim węglem brunatnym i chłodzone wodą Sprewy, która odtąd nie zamarza. [...] Siarczany "oddech" elektrowni czuje się aż w Berlinie."23W NRD rozwijała się na skutek ekologicznego kryzysu nieoficjalna, lecz krytyczna dyskusja, w trakcie której zabrali głos następni serbołużyccy pisarze, jak Jurij Koch i Benedikt Dyrlich. W 1986 r. postanowiono powiększyć wochozańskie wyrobisko węglowe, co doprowadziłoby do dewastacji wsi Miłoraz, Mulkecy, Rowno i Slepo. W listach otwartych, dyskusjach i esejach szczególnie Jurij Koch domagał się zachowania tej dwujęzycznego rejonu. Udało się jemu przekonać także do swoich racji związek pisarzy. Ta kolektywna prośba nie zmieniła jednak enerdowskiej polityki energetycznej. Oprócz tego inicjatywy te dotarły tylko do ograniczonego kręgu opinii publicznej. Zachodnioniemieckie gazety odnotowały te inicjatywy dopiero w czasie przewrotu 1989/1990: "Czym Valentin Rasputin dla mieszkańców Syberii, tym dla Serbołużyczan jest Jurij Koch. Pisarz Rasputin walczył o jezioro Bajkał. Pisarz Koch walczy o serbołużyckie wioski. Wioski pod którymi znajdują się pokłady węgla brunatnego i które mają zniknąć z mapy."24Kiedy pod koniec istnienia NRD dwujęzyczna ludność Łużyc miała demonstrować za zachowaniem swoich wsi, popierana była przez serbołużyckich pisarzy prelekcjami, otwartymi listami lub esejami. Długo trwała walka o dwujęzyczne Klitno, którego zachowanie było wówczas wielkim sukcesem dla wielu Serbołużyczan i Niemców. Gazeta "Rheinischer Merkur" pisał o tym: "Po raz pierwszy ma być publicznie poruszony problem, który był dotąd dla mediów NRD tabu: brak skrupułów, prawie wyłącznie na węgiel brunatny zorientowanej polityki energetycznej, która zagraża egzystencji Serbołużyczan, jedynej mniejszości narodowej w NRD. Nie bez przyczyny serbołużycki pisarz Jurij Koch żąda przełomu w polityce energetycznej NRD, aby przez to nie doszło do ludobójstwa. W samym okręgu Chociebuż, według obecnych planów, jedna czwarta całej powierzchni padnie do roku 2020 ofiarą wydobycia węgla brunatnego. Następstwem byłaby utrata ważnej części przestrzeni życiowej Serbołużyczan i zagrożenie egzystencji ich językowej i kulturowej substancji." 25Przewrót z lat 1989-90 doprowadził do tego, że w zachodnioniemieckiej prasie publicystyka poświęcona Serbołużyczanom rozrosła się. Z jednej strony były to ogólne informacyjne artykuły o Serbołużyczanach, z drugiej strony tematyka dotycząca ich sytuacji w przededniu zjednoczenia Niemiec. Mimo wszystko okazało się jednak, że w zachodniej części Niemiec bardzo mało o Serbołużyczanach wiedziano, a dominowały przesądy i stereotypy.Przypisy:1 "Nach dem Ende des zweiten Weltkrieges waren es Jugoslawien und die Tschechoslowakei, die zuerst öffentlich für die Wenden eintraten. [.] In Polen gab es 1945/46 eine rührige politische Gruppe, die sich mit der Oder-Neiße-Grenze nicht zufrieden geben wollte.", Slawophile Agitationen, "Die Welt" z 19. 02. 1948.2 "Doch kann man einen Lausitzer Staat auf dem kleinen Gebiet, auf dem gegenwärtig noch Reste der Wenden wohnen, nicht schaffen. Man will einen großen, zwei oder drei Millionen Menschen zählenden Lausitzer Staat schaffen, in dem die nichtgermanisierten Lausitzer die Möglichkeit der Reslawisierung ihrer germanisierten Landsleute haben. Dies müsse genügend rasch erfolgen, um zu einer weiteren Niederlage Deutschlands beizutragen." Lausitzer Elbestaat, "Der Kurier" z 8. 11. 1946.3 Sorbische Republik, "Lübecker Freie Presse" z 16. 12. 1947; Traum vom Wendenreich, "Münchner Anzeiger" z 27. 10. 1947.4 Politik um die Domowina. SED will sorbisches Industriekombinat eröffnen, "Berliner Morgenpost" z 25. 8. 1955.5 "Deutsches Kernland wird zum Sorbenstaat. Erst unter anhaltendem Druck gab Sachsen nach und billigte durch Landtagsbeschluss im März 1948 das sogenannte Sorbische Freiheitsgesetz. [.] Hier erhält die sorbische oder wendische Bevölkerung von den sowjetischen Besatzungsbehörden größte materielle und ideelle Förderung. [.] Gleichzeitig geht aus Berichten der Lausitz hervor, dass sorbische Gruppen in Polen in eigenen Kompanien Militärdienst leisten sollen. Anscheinend will man den Grundstock für die eigene sorbische Armee schaffen." Slawischer Grenzwall in Mitteleuropa, "Rheinpfalz", 15. 9. 1949; "Norddeutsche Zeitung", 17. 9. 1949.6 "Seit 1945 ist es auch tatsächlich vom Regime gelungen, jenes kleine slawische Volksmuseum zu einer Parade-Minderheit hochzupäppeln; offenbar glaubt man gar nicht genug tun zu können, um die Sorbenfunktionäre in der Zone und ihre Freunde in den benachbarten ,Volksdemokratien' für das Nichtzustandekommen einer eigenen Großsorbischen Volksrepublik zu entschädigen", Sorben-Bewegung in der Krise: Lausitzer Domowina-Organisation im Spiegel selbstkritischer Betrachtungen, "Westfälische Rundschau" z 6. 09. 1957.7 "Die kommunistischen Bemühungen um die krampfhaft hochgepäppelten Sorben ist in ein neues Stadium getreten. [.] Hier wird künstlich ein Teil der Sowjetzone für Aufgaben präpariert, deren Endziel in der künstlichen Schaffung slawischer Minderheiten besteht. Gestern ging es dabei noch um die Erhaltung sorbischer Volkskultur, heute bereits um sorbische Industriekombinate. Welche Ansprüche werden morgen gelten?", Politik um die Domowina. SED will sorbisches Industriekombinat eröffnen, "Berliner Morgenpost" z 25. 08. 1955.8 "Die Pankower Behörden haben sich nun, den Moskauer Befehlen gehorchend, die größte Mühe gegeben, die Menschen im Spreewald, bei denen ihr alter slawischer Dialekt kaum noch lebendig war, wieder zu einem slawischen Volksstamm zu machen, indem an Schulen Sorbisch gelehrt und auch sorbische Zeitungen und Bibliotheken gegründet wurden. [...] Dabei muss eine unlängst gegründete zweite sorbische Oberschule mit der ,Laterne' nach Zöglingen suchen und viele als Sorben eingetragene Bürger lassen außerdem ausdrücklich sich ihre deutsche Zugehörigkeit beurkunden.", Sorben blicken nach Dresden, "Industrier-Kurier" z 29. 09. 1956.9 "Der eigentliche Förderer der sorbischen Minderheit ist seit Kriegsende die SED. Zur Zeit der Stalin-Ära wurde dabei des Guten oft zuviel getan. Man verlangte, dass die sorbischen Familien wieder sorbisch sprachen und unterrichtete die Kinder in Kindergärten und Schulen in dieser Sprache. [.] Auch heute gibt es in der Lausitz, in den Bezirken Dresden und Cottbus, sorbische Schulen, aber die Übertreibungen [.] sind kräftig zurückgeschnitten worden.", Schwarze Pumpe - Tod der Sorben? Ein Besuch bei der slawischen Minderheit in und um Bautzen, "Christ und Welt" z 30. 09. 1966.10 "Für die Sorben wendet Ostberlin erhebliche finanzielle Mittel auf. Kein Mensch weiß genau, wie viel Bürger sich heute noch zum Sorbentum bekennen. Viel mehr als einhunderttausend in der gesamten Lausitz dürften es kaum sein. Gegenüber dem Postamt wurde ein neues, sehr aufwendiges ,Haus der Sorben' gebaut. Hier wird auch eine sorbische Tageszeitung herausgegeben. Die Bezeichnung der Straßen in Bautzen ist zweisprachig. Die Bevölkerung der Stadt ist allerdings vielfach der Ansicht, dass der rote Sorbenkult künstlich aufgeblasen ist.", Sorbenkult macht kaum jemand mit, "Ruhr-Nachrichten" z 12. 07. 1968.11 "Die kommunistische Volkspolizei steht in Stärke von mehreren Tausend Mann im Spreewald, um die schwer bewaffneten Partisanen zu bekämpfen. Diese Meldungen gewannen an Wahrscheinlichkeit durch die Tatsache, dass im Zusammenhang mit dem 17. Juni besonders im Gebiet der Kreisstadt Niesky schwere bewaffnete Auseinandersetzungen stattgefunden hatten. [...] Der 17. Juni sah nach Augenzeugenberichten die Sorben überall Schulter an Schulter mit den Deutschen", Sorbische Rhapsodie, "Deutsche Studentenzeitung", kwiecień/Maj 1954.12 "Die SED hat keine rechte Freude an der Lausitz. Ihre ersten schüchternen Kollektivierungsversuche dort scheiterten bereits vor fünf Jahren an dem zähen Widerstand der sorbischen Bauern, ihre atheistischen Stoßtruppunternehmen blieben ohne Eindruck auf die sehr religiös eingestellten Sorben, während des Juni-Aufstandes 1953 kam es auch in der Lausitz zu besonders heftigen Zusammenstößen mit Ulbrichts Miliz. [.] Das bekam sie erneut zu spüren, als sie jetzt ihre Agitatoren in die Dörfer der Lausitz schickte, wo es bei der Zwangskollektivierung zu Zwischenfällen kam wie sonst nirgendwo in Mitteldeutschland. Allein in drei Gemeinden des Oberspreewaldes kam es zu offenem Aufruhr, nur im Schutz der Volkspolizei konnten die ,Bauernfänger' die Dörfer wieder verlassen. Aber all dieser Widerstand, wie er nur in einigen Fällen bisher bekannt geworden ist, hat nichts genutzt. Für den Bezirk Cottbus liegt bereits seit Tagen eine ,Erfolgsmeldung' vor.", SED hat keine Freude an den Sorben. In der Lausitz ist der Widerstand gegen Ulbrichts Maßnahmen am stärksten, "Westfälische Rundschau" z 04. 04. 1960.13 "Heute gelten die Sorben in den Augen der SED als renitent und anmaßend. Die Erbitterung der Parteigewaltigen ist verständlich: Der Widerstand der sorbischen Bauern gegen die Zwangskollektivierung war äußerst heftig. [.] Nach wie vor wehren sich die (katholischen) Sorben gegen die atheistische Jugendweihe, ihre Beteiligung liegt weit unter dem ,Republikdurchschnitt'. Pankow wirft der sorbischen Bevölkerung schnöde Undankbarkeit vor, weil das Aufblühen des sorbischen Volkstums erst mit der Errichtung des Arbeiter- und Bauernstaates möglich geworden sei. [. ] ,Es war die SED, die den sorbischen Christen das Gebetbuch wiedergegeben hat!' Zu dieser merkwürdigen Behauptung verstieg sich der Sekretär der SED-Bezirksleitung Dresden in der heftigen Auseinandersetzung, die er mit Lehrern und anderen Vertretern der sorbischen Intelligenz in Bautzen hatte.", Pankows Sorgen mit den Sorben: Lausitzer Wenden leisten dem Ulbricht-Regime Widerstand, "Braunschweiger Zeitung" z 04. 06. 1964.14 Patrz: S. Wolle, Die heile Welt der Diktatur: Alltag und Herrschaft in der DDR 1971-1989, Bonn 1998, str. 57, 82 sl.15 "Gerechterweise muss man festhalten, dass es den Sorben in der DDR besser geht als vermutlich jemals in ihrer Geschichte. Dieses slawische Volk lebt heute freier als unter dem Hitlerregime, freier als einst unter preußischer und sächsischer Fürstenherrschaft und es hat mehr Unterstützung und Förderung als zur Zeit der Weimarer Republik.", Ortstafeln? Kein Problem: Gegenüber ihrer slawischen Minderheit betreibt die DDR liberale Politik, "Panorama-Kurier" z 27.0 6. 1978.16 "Der sozialistische deutsche Staat hat offenbar die ,sorbische Frage' zur allseitigen Zufriedenheit und zum beiderseitigen Vorteil gelöst. Die Sorben haben sich politisch mit dem Sozialismus arrangiert, dafür wird ihnen kulturelle Freiheit gewährt - eine Freiheit freilich, die hauptsächlich zur Traditions- und Sprachpflege dient. Für die nicht geringe finanzielle Unterstützung, die der Staat den Sorben gewährt, bekommt er als Gegenleistung viel fremdartige Folklore.", Lauter weiße Neger: Die Kultur der Sorben, der einzigen nationalen Minderheit in der DDR, auf einem Festival in Bautzen, "Frankfurter Allgemeine Zeitung" z 08. 06. 1989.17 "Weniger als ihre deutschen Mitbürger werden die Sorben in der DDR auch wegen ihres Glaubens behelligt. [.] Religiöse Feste, die sich bei den Sorben natürlich unweigerlich mit einem alten kulturellen Brauchtum verbunden haben, können in der Lausitz aufwendiger, ungenierter und selbstverständlicher zelebriert werden als anderswo in der DDR. Zu Ostern gibt es das berühmte Osterreiten der Sorben, das von Jahr zu Jahr mit größerer Beteiligung rechnen kann, und zu Fronleichnam oder Christi Himmelfahrt ziehen große Prozessionen herum. Und in den Orten wacht an jedem Haus, zur Straße hin, eine Heiligenfigur in einer verglasten, bunt ausgeleuchteten Nische über Heim und Hof. Und in der Dorfschule hängt noch das Kruzifix an der Wand.", Ortstafeln? Kein Problem: Gegenüber ihrer slawischen Minderheit betreibt die DDR liberale Politik, "Panorama-Kurier" z 27. 06. 1978.18 "Seit die Domowina/Bund Lausitzer Sorben endgültig eine sozialistische Massenorganisation ist, legt sie alle vier, fünf Jahre auf ihren Bundeskongressen immer die gleichen Bekenntnisse ab: zur führenden Rolle der herrschenden sozialistischen Einheitspartei in der DDR, dem gemeinsamen sozialistischen Vaterland der Deutschen und Sorben, zur Beteiligung am Aufbau des Sozialismus, zur Mitwirkung am Wirtschaftswachstum und am sozialistischen Wettbewerb, zur Planerfüllung und -übererfüllung, zur Freundschaft mit der Sowjetunion, zur antiimperialistischen Solidarität mit den Ländern der Dritten Welt.", Sozialistische Bürger sorbischer Nationalität: In der DDR leben noch rund 100 000 Sorben/ Politisch integriert, kulturell eigenständig, "Süddeutsche Zeitung" z 29. 03. 1987.19 "Grós war es aber auch, der die [.] Sorben dazu aufrief, sich zu ihrem Sorbentum nicht nur zu bekennen, sondern die sorbische Sprache auch zu lernen, zu sprechen und sie ihren Kindern zu lehren, weil anders der wertvollste Träger ihrer Identität verloren ginge. Der Dichter Jurij Brězan artikulierte die gleiche Sorge, als er an seine Schriftsteller-Kollegen appellierte, mehr und bessere Bücher in sorbischer Sprache zu schreiben. Die Delegierte Christine Metasch kritisierte, dass es in der zweisprachigen Lausitz nicht genügend Kindergärtnerinnen gebe, die sorbisch sprechen können. Und Marja Koban, eine weitere Delegierte, verwies auf die sozialen Folgen des im Bezirk Cottbus massiv und weiträumig betriebenen Braunkohlen-Tagebaus auch für den Zusammenhalt der Sorben: Sie lebt jetzt mit einigen anderen Landsleuten in einem Neubaugebiet der Kreisstadt Spremberg, nachdem sie ihr Dorf Klein-Buckow hatte verlassen müssen, weil es dem Kohlenbergbau zum Opfer fiel.", Sozialistische Bürger sorbischer Nationalität: In der DDR leben noch rund 100 000 Sorben/ Politisch integriert, kulturell eigenständig, "Süddeutsche Zeitung" z 29. 03. 1987.20 "Heute hört man in Bautzen und Cottbus kaum noch sorbisch. Straßennamen und Ortsbezeichnungen sind jedoch in den Sorbengebieten zweisprachig angegeben. Nach amtlichen Angaben geht es der sorbischen Minderheit in der DDR so gut wie nie zuvor. [.] Doch trotz der zugebilligten kulturellen Autonomie sind Sitten und Gebräuche der Sorben vom Aussterben bedroht. Immer weniger Sorben sprechen die dem Polnischen und Tschechischen verwandten Dialekte Ober- und Niedersorbisch als Muttersprache. Die Jungen wandern ab in die Industrie. Die sorbische Tracht [.] wird nur noch von den alten Frauen getragen.", Trotz kultureller Selbständigkeit der Slawen um Cottbus und Bautzen: Sind die Sorben im Aussterben?, "Spandauer Volksblatt" z 14. 08. 1977.21 "Kito Lorenc, [.], bedauert denn auch die fortschreitende Zerstörung der Landschaft. In seinem großen Gedichtband ,Flurbereinigung' nennt er seine vom Kohleabbau verwüstete Heimat ein ,dreckiges Schlaraffenland'. Er schließt sein Gedicht mit einer unmissverständlichen Anklage: ,Oh Heimat, dreckiges Schlaraffenland - ich könnt/ davonlaufen wie die Lutken, die Zwerge, einst/ vor den Glocken, entfliehn wie die Fische/ der übelriechenden Struga.", Oh Heimat, dreckiges Schlaraffenland, "Die Welt" z 05. 07. 1978.22 "Auf dem Weg von Senftenberg und Welzow über das Gaskombinat ,Schwarze Pumpe' und das Kraftwerk Trattendorf bis nach Spremberg, lernt man begreifen, was diese Restlöcher sind: düstere, vegetationslose Bodenvertiefungen über viele Quadratkilometer. [.] Nachfristig, wenn überhaupt, kommt hier im Vergleich zu den Braunkohlengebieten in den Bezirken Halle und Leipzig die Rekultivierung in Gang.", Zwischen Guben und Elsterwerda: Streifzüge durch den Kohle- und Energiebezirk der DDR, "Frankfurter Allgemeine Zeitung" z 05. 02. 1977.23 "Die nahen Großkraftwerke Lübbenau und Vetschau werden mit Lausitzer Braunkohle gefüttert und durch Spreewasser gekühlt, das seither nicht mehr zufriert. [...] Der schweflige ,Atem' der Kraftwerke ist bis nach Berlin hin zu riechen.", Gezähmte Wildnis: Mini-Kreuzfahrt durch den Obersspreewald, w "Rheinischer Merkur" z 16. 06. 1989.24 "Was Valentin Rasputin für die Sibirier, ist Jurij Koch für die Sorben. Der Schriftsteller Rasputin hat um den Baikalsee gekämpft. Der Schriftsteller Koch kämpft um sorbische Dörfer. Dörfer unter denen Braunkohle lagert und die deshalb von der Landkarte verschwinden sollen.", "Die Zeit" z 12. 01. 1990.25 "Erstmals wird damit in der Öffentlichkeit ein Problem angesprochen, das bisher für die Medien der DDR tabu war: die Rücksichtslosigkeit der fast ausschließlich auf den Abbau von Braunkohle orientierten Energiepolitik, die die Existenz der Sorben, der einzigen nationalen Minderheit in der DDR gefährdet. Nicht umsonst fordert der sorbische Schriftsteller Jurij Koch eine Wende in der Energiepolitik der DDR, damit es zu keinem ethnischen Genozid komme. Allein im Bezirk Cottbus würden nach den gegenwärtigen Planungen bis zum Jahre 2020 ein Viertel der gesamten Fläche dem Braunkohlentagebau zum Opfer fallen. Die Folge wäre der Verlust eines wichtigen Teils des Lebensraumes der Sorben und eine existentielle Gefährdung ihrer sprachlichen und kulturellen Substanz.", Das Leiden nimmt kein Ende: Der Braunkohlentagebau in der DDR bedroht den Lebensraum der Sorben, "Rheinischer Merkur" z 23. 03. 1990.

Ankieta

Czy jesteś za ustawieniem przy drogach wojewódzkich, krajowych i międzynarodowych na terenach województw dolnośląskiego i lubuskiego tablic informujących o wjeżdzie na Łużyce Górne i Dolne?
Tak - 90.3%
Nie - 7.4%
Nie wiem - 2.3%
Wszystkich głosów: 257
Głosowanie się już skończyło o: wrzesień 9, 2016
1999-2017 © Stowarzyszenie Polsko-Serbołużyckie PROLUSATIA
ontwerp en implementering: α CMa Σείριος