Doroczna wielkanocna procesja konna w Ostritz, tzw. Křižerjo. Paradny przejazd oznajmiający światu zmartwychwstanie Jezusa. Górnołużyckie procesje są ostatnimi na Zachodniej Słowiańszczyźnie, dawniej powszechnymi również w Polsce (fot. A. Lipin)

Dobiega końca XV rok przynależności Górnych Łużyc do województwa dolnośląskiego

Ilu mieszkańców Zgorzelca, Lubania czy Bogatyni zdaje sobie sprawę, że nie żyją na Dolnym Śląsku a w Górnych Łużycach? Strzelam – niewielu. Może nieco więcej kombinuje, że mieszkają na Dolnym Śląsku w Górnych Łużycach. Nie mają racji. Chociaż...?

Górne Łużyce wyrosły na mapie Europy w średniowieczu. W drugiej połowie epoki. Bardzo chciałbym datować ten fakt dokładniej, lecz nie sposób. Górnołużycka tożsamość wyrodziła się z wcześniejszego Milska, a proces ten trwał co najmniej kilka dekad. Zarys górnołużyckich granic można wykreślić o wiele pewniej. Osadnictwo na terenie dzisiejszego dorzecza Nysy Łużyckiej, stanowiącego wschodnią rubież kraju, prowadzili możni z trzech stron: biskupi miśnieńscy od zachodu, królowie czescy od południa i książęta śląscy od wschodu. Trzebiąc nieprzebytą dotychczas puszczę spotkali się w dolinie Kwisy, płynącej z Gór Izerskich, wpadającej do Bobru na styku Łużyc (Dolnych) i Śląska. Pierwszym dokumentem opisującym, momentami enigmatycznie, tę granicę jest tzw. Górnołużycki Dokument Graniczny z 1241 r.

Nie mam ambicji w tym tekście opowiadać o przebiegu, zmianach i meandrach historyczno-geograficznych granic Górnych Łużyc w całości. To temat obszerny, wart odrębnego omówienia. Zresztą poruszany już w literaturze i publicystyce polskojęzycznej kilkukrotnie. Dla zrozumienia mych rozważań wystarczy skupić się na wschodniej granicy, oddzielającej Górne Łużyce od Śląska. Dość prędko utrwaliła się na wspomnianej Kwisie i z jej biegiem (przy niewielkich odchyłkach) honorowana była aż do 18 maja 1815 r. Dopiero oderwanie północnej, większej części kraju przez Prusy, zmieniło nie tylko tradycyjną granicę ze Śląskiem ale wręcz zmieniło przynależność krajową odebranej dzielnicy. Południowa, choć straciła autonomię, nigdy nie przestała być Górnymi Łużycami. Tyle, że jako mały fragment sporej Saksonii. Pruska część północna została włączona do Śląska i wraz z jego ziemiami utworzyła Provinz Schlesien. W późniejszych podziałach administracyjnych tego kraju w Królestwie Prus, „śląskie Górne Łużyce” włączane były do rejencji dolnośląskiej (Regierungsbezirk Liegnitz, w latach 1919-1938 i 1941-45 odrębna Provinz Niederschlesien). Stąd właśnie śląska przeszłość Görlitz-Zgorzelca, Lauban (Lubania) i północno-wschodniej części dzisiejszych Polskich Górnych Łużyc, leżących pomiędzy Kwisą a Witką (Smědą). Jedynie południowy saski skrawek, na obszarze pokrywającym się z grubsza z dzisiejszą miejsko-wiejską gminą Bogatynia, nieprzerwanie do maja 1945 r. zachował górnołużycką tożsamość.
Przy czym warto pamiętać, że państwa i narody koalicji napoleońskiej, a więc tak jak Saksonia, także Polska, nigdy nie pogodziły się z pruską aneksją Górnych Łużyc i włączeniem ich terytorium do Śląska.

Wschodni pas Górnych Łużyc, między Nysą Łużycką a Kwisą podarował Polsce Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili (Józef Stalin). Jałtański podział Europy Środkowej budował nową Polskę jako zwarte terytorium, o granicach opartych o naturalne przeszkody. Komunistyczny car nie przejmował się takimi niuansami jak kraje, narody czy różnice kulturowe. Nie miały żadnego znaczenia, skoro i tak cała ludność odebranych Niemcom ziem miała zostać wysiedlona, a ład społeczny i architektoniczny miał być NOWY.
Nawet gdyby ktoś z nowych osadników miał świadomość odrębności kulturowej górnołużyckiego skrawka Europy – mógł co najwyżej parsknąć nań śmiechem. Nie było ani jednego powodu by zaprzątać sobie głowę takimi drobiazgami. Zanyskie Górne Łużyce po prostu wcielono do utworzonego na „Ziemiach Odzyskanych” regionu administracyjnego Śląsk Dolny, wkrótce przemianowany na województwo wrocławskie... i już.

Tak jak we wszystkich obszarach współczesnej Polski przejętych od upadłej Rzeszy Wielkoniemieckiej (Großdeutsches Reich), tak i na Górnych Łużycach nastąpiła całkowita wymiana ludności. Mieszkający na prawym brzegu Nysy Łużyckiej Górnołużyczanie byli przeważnie Niemcami. Ludność słowiańska– Serbowie Łużyccy – skupiała się wokół głównego ośrodka kraju - Budziszyna. We Wschodnich Górnych Łużycach mieszkały co najwyżej pojedyncze rodziny. Nawet gdyby stanowili zwarte grupy, wątpliwe czy komunistyczne władze zgodziłyby się na ich pozostanie w nowym państwie. Przez analogię z Górnoślązakami, niechcącymi opowiedzieć się po żadnej stronie dwóch wrogich narodowości – Polaków i Niemców – można sądzić, że Serbołużyczanie traktowani byliby jak V kolumna. Górnoślązacy niejednokrotnie kończyli swą powojenną niedolę w obozach przejściowych i za zachodnią granicą.

W dzisiejszej gminie bogatyńskiej, jedynym polskim okrawku o nigdy nieprzerwanej formalnie przynależności do Górnych Łużyc, nie mieszka żadna rodzina o serbskim rodowodzie. Tak jak we wszystkich poniemieckich regionach Polski, tak też na dawnym Milsku tożsamość kulturową przecięto. Przez pierwsze dziesięciolecia, osiadła w powiecie zgorzeleckim ludność, nie miała pojęcia na jakich terenach przyszło im żyć. Czy jest to Dolny Śląsk czy Górne Łużyce – było zupełnie obojętne. Zazwyczaj mawiano, że to Dziki Zachód, z którego wszędzie daleko. Blisko było tylko do Czech i Niemiec, ale tam нельзя. O Górnych Łużycach niekiedy wspominano po okrzepnięciu państwowości polskiej, a zwłaszcza po 1970 r. i zaakceptowaniu granicy na Nysie i Odrze przez RFN.
Nic zatem dziwnego, że Górne Łużyce w Polsce są obecne we współczesnym dyskursie ledwie symbolicznie.

Zawiłości historyczno-regionalistyczne przez minione półwiecze mało kogo obchodziły. Polakom tożsamość lokalną wyrugowali okupanci podczas ostatniej wojny i Władza Ludowa. Skutecznie budowali jednolitą narodowość polską zacierając wszelkie etniczne, językowe, religijne i obrzędowe różnice. Na ogół skutecznie. Jednak po 60. latach polskości na dawnych terytoriach niemieckich i czeskich, zwłaszcza na Śląsku, Górnych i Dolnych Łużycach oraz w Hrabstwie Kłodzkim, mieszkańcy poszukują dla siebie wspólnej, rodzimej tożsamości. Bo przez ile pokoleń można się karmić „rajem utraconym” za Bugiem, nad Niemnem czy nawet nad Pilicą i Bzurą? Jak długo można wspominać bajania o niezwykłych kresowych zimach, złotych łanach, słodkich jabłkach i pięknych dziewczynach z warkoczami pozostawionych daleko na stepach?
Mimo globalnej wioski telekomunikacyjnej, nowi Górnołużyczanie i Ślązacy łakną wspólnoty z ziemią, na której żyją już od 4 pokoleń. Wchodzące w wiek dojrzały drugie pokolenie urodzone na zachodnim Śląsku, na wschodnich Górnych Łużycach, wychowane w śląskich kamienicach, albo w przysłupowo-szachulcowych chałupach, chce wiedzieć gdzie żyje. Jakie były losy ich mniejszej, acz bliższej ojczyzny, dlaczego różni się ona od innych części państwa, kto mieszkał w ich domach przed nimi? Sięgają po historię.
Wystarczy przeczesać Internet, by przekonać się jaką wielką popularnością cieszą się zbiory starych pocztówek, galerie wiekowych fotografii, fora poświęcone historii miast, gmin i okręgów. Głód tożsamości lokalnej przybiera na sile i karmi się przeszłością na niespotykaną do tej pory skalę.
Tymczasem rzeczywistość ustrojowo-polityczna, jako formalna, z natury rzeczy wtórna i zazwyczaj opieszała, nie nadąża za tymi potrzebami.

Dzisiejsze województwa nie są reprezentacją historycznych zależności, podziałów i tożsamości regionalnej. Zwłaszcza w przypadku województw utworzonych na terytoriach nienależących do nowożytnej Polski przed 1945 r. Postulaty domagające się ortodoksyjnego odtwarzania granic pruskiej Prowincji Śląsk albo Autonomicznego Województwa Śląskiego są utopijne. Trudno także oczekiwać, że ludność żyjąca na terenie województw południowo-zachodnich, zachodnich i północno-zachodnich – całkowicie napływowa, będzie restytuowała stosunki regionalne poprzednich gospodarzy.

Kiedy w 1998 r. wprowadzano II etap reformy samorządowej (utworzenie powiatów i nowych województw) - sami jej twórcy przyznawali, że jest spóźniona o kilka lat i wysoce niedoskonała. Część sceptyków nie kwestionowała idei samorządności, lecz krytykowali powrót do trójstopniowego podziału w czasach, kiedy pojawiały się narzędzia docierania do obywatela bezpośrednio z centrali. Postulowano nawet całkowitą likwidację województw i pozostawienie wyłącznie gmin, z możliwością łączenia się w związki, dla realizacji lokalnych i regionalnych strategii. Patrząc z perspektywy 15 lat, które upłynęły od momentu wprowadzenia reformy, nawet dziś to wizja chyba zbyt futurystyczna dla większości polityków i urzędników. Aczkolwiek takie rozwiązanie dowiodłoby bezsprzecznie jakie rzeczywiście związki społeczno-ekonomiczno-kulturalne łączą polskie społeczności lokalne. Niewykluczone, że wykształciłyby się w państwie zupełnie inne dzielnice niż narysowane granicami 16 województw.
Pewne jest, że współczesny podział na regionalne jednostki administracyjne, praktycznie w żadnym przypadku nie odzwierciedla tradycyjnych regionów. Ustanawiając 15 lat temu nowe województwa z każdego regionu wyłamano, bądź też do niego doklejono, jakiś subregion, który wcześniej związany był z innym regionem. Powołano też województwa zupełnie sztuczne, jakby nie mając co począć z ich terytorium. Najlepszym przykładem jest województwo lubuskie, które zlepiono z dwóch sztucznie spiętych części. Po to by zaspokoić ambicje elit Gorzowa i Zielonej Góry, a ponadto nie utuczyć za mocno dolnośląskiego i wielkopolskiego. Tak też powstało śląskie, którego 51 % terytorium stanowi Małopolska. Skutek jest taki, że częstochowian ogłupiałe mass-media nazywają Ślązakami! Zadekretowano wspólnotę między małopolskimi Częstochową i Zagłębiem Dąbrowskim a Konurbacją Górnośląską. Tymczasem opolski łańcuch serc, oderwał połowę Górnego Śląska i wykroił dla siebie bękarcie województwo, z którego ludzie wciąż uciekają. Tych przykładów jest więcej.
Źle się stało z dawnym Śląskiem. Kraj o blisko 1000-letniej historii rozdarto na województwa: lubuskie, dolnośląskie, opolskie i śląskie (rąbek uszczknęło nawet wielkopolskie).

Dolnośląskie zostało wykreślone na mapie sztucznie. Granice nie uwzględniły wielu różnorodności sięgających głębokiej historii. Gorzej, że także współczesnych, ukształtowanych przez 54 lata powojennej symbiozy miast, subregionów i dzielnic państwa. Chroniąc interesy wyrosłych na bazie 49 „stolic” wojewódzkich, lokalnych grup urzędniczych, konserwując pseudotożsamość lokalną, dokonano podziału współżyjących ze sobą ośrodków jak np. Zielona Góra – Głogów – Legnica bądź Wrocław – Brzeg – Opole.
Regionalne ośrodki samorządowe, kulturotwórcze, medialne z różnym natężeniem, trochę skokowo starają się budować dolnośląską tożsamość. Jedna z wrocławskich mutacji ogólnopolskiego dziennika lata temu rozdawała naklejkę samochodową „Jestem Dolnoślązakiem”. Rozmaite kampanie medialne podkreślają „dolnośląskość”, namawiają do społecznej konsolidacji w ramach województwa. Efektów tych zabiegów nie widać zbyt wyraźnie. Być może dlatego, że województwo to twór rządowy, a być może pokutuje jeszcze 24-letnie rozdrobnienie na 49 województw (lata 1975-1999).

Polskie Wschodnie Łużyce – Dolne i Górne – przypadły lubuskiemu i dolnośląskiemu. Nie odnotowano tego faktu w nazwach, choć w obu jednostkach administracyjnych ziemie łużyckie stanowią istotny udział. A przecież dwuczłonowe nazwy, honorujące dwoistość regionalną funkcjonują w kilku przypadkach, np. województwa warmińsko-mazurskie i kujawsko-pomorskie oraz powiaty: czarnkowsko-trzcianecki, bieruńsko-lędziński, ropczycko-sędziszowski, strzelecko-drezdenecki. Gdyby tak w swej mądrości twórcy nazw województw zechcieli nadać południowo-zachodniemu miano „śląsko-górnołużyckie”, a śląskiemu – „śląsko-małopolskie”, to opolskiemu wystarczyłoby „górnośląskie”. Nazwy oddawałyby hołd różnorodności regionalnej południowej Polski, która jest starsza niż Państwo Polskie.
Tymczasem mamy „dolnośląskie” z pozorną monokulturą.

Górne Łużyce zatem pojawiają się życiu społeczności subregionalnej rzadko, właściwie tylko w warstwie symbolicznej. A to Łużycki Oddział Straży Granicznej, a to Łużyckie Centrum Medyczne, to znów zespół „Łużyczanki”, bądź tytuł prasowy „Łużyce” (o takiej samej nazwie huta szkła), tudzież Łużycka Giełda Nieruchomości itp.
Choć to niewiele – cieszy. W świadomości mieszkańców próżno szukać identyfikacji z górnołużyckim krajem. Co prawda nie dysponuję wynikami badań, więc nie mogę być tego pewien, lecz nie spotkałem się z deklaracją „jestem (Górno)Łużyczaninem”. Aczkolwiek nie spotkałem też na Górnych Łużycach przypadku analogicznej deklaracji dolnośląskiej. To może dowodzić braku jakiejkolwiek tożsamości regionalnej. Ale bycie „bezdomnym kundlem” w tradycjonalistycznej kulturze polskiej nie udaje się na długą metę.

Pewnie niejednemu czytelnikowi trudno się powstrzymać od pytania „jakie do cholery ma znaczenie, że to co dawniej górnołużyckie teraz jest dolnośląskie, nawet jeśli ledwie 15. lat?” Przecież tyle razy granice regionów, krajów i państw w Europie się zmieniały. Na naszym kontynencie niemal nie było dekady, by jakiś fragment państwa, a tym bardziej regionu nie zmieniał przynależności. Choćby najnowsze zmiany polityczne: kiedy piszę te słowa faktem staje się oderwanie od Ukrainy Donbasu, a kilka miesięcy temu Rosja oderwała Półwysep Krymski. Do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej przyłączony został równo 60 lat temu...
Skoro Górne Łużyce w granicach Polski są zbyt małe i słabe (i pozbawione rdzennej ludności), by stanowić jakąkolwiek odrębność, to może lepiej, że stały się częścią większego i silniejszego Dolnego Śląska?
Tak. To optyka trudna do polemiki. Jeszcze trudniej przewidzieć jakie procesy kulturowe czekają nas za kilka dekad, w którą stronę podąży tożsamość dolnośląska. Czy będzie się umacniać, czy zginie w unitarnej kulturze europejskiej? Tym bardziej niemal pewne się staje, że w Polsce zupełnie się zatrze świadomość odrębności Górnych Łużyc. Więc po co się przy niej upierać?

Jest przynajmniej jeden powód. Niebagatelny. Zniknięcie z mapy kulturowej w Polsce Górnych Łużyc to wielkie zagrożenie dla górnołużyckich zabytków. Doskonale to widać na przykładzie najbardziej rozpoznawalnym -  symbolu (Górnych) Łużyc – budownictwie przysłupowo-szachulcowym. Owszem, środowiska intelektualne, bądź węższe: historycy sztuki i architekci oraz regionaliści i pasjonaci górnołużyccy – widzą w tych „pruskich murach” (nazwa błędna i deprecjonująca) wielkie bogactwo kulturowe. Jednakże na szczeblu regionalnym, z wysokości wrocławskich foteli samorządowych, ale też z okien górnołużyckich domów – nie widać niczego wyjątkowego w tej unikatowej architekturze. Górnołużyckie zabytki są traktowane jako problem. Wielu samych mieszkańców Górnych Łużyc uważa, że są za mało wartościowe, by je za wielkie pieniądze restaurować. Nie dostrzegają w nich potencjału turystycznego i kulturotwórczego. Tym bardziej decydenci w regionalnej metropolii nie widzą takiego „interesu”.
Górne Łużyce wiele tracą przez prowincjonalizm i brak silnego ośrodka cywilizacyjnego. Czasy kiedy państwa malowały fasadę rubieży, by zza miedzy ładnie wyglądały – minęły.

Po to właśnie potrzebna jest górnołużycka samodzielność! Choćby formalne istnienie. Gdyby Górne Łużyce w Polsce cieszyły się taką subregionalną tożsamością jak istniejący przez kilkanaście lat Okręg Dolnośląsko-Górnołużycki (Landkreis Niederschlesische Oberlausitz) w Niemczech ze „stolicą” w Görlitz – być może miałyby większe szanse na pozyskanie zainteresowania i środków finansowych do ochrony kultury materialnej. Od lat przy kawiarnianych stolikach i na korytarzach niektórych urzędów, dyskutowane jest utworzenie Powiatu Górnołużyckiego (na wzór powiatu tatrzańskiego i powiatu bieszczadzkiego). Jak to często w Polsce bywa, automatycznie pojawia się konflikt: który z istniejących powiatów miałby się nim stać? Lubański czy zgorzelecki? Oba miasta od lat ze sobą rywalizują o miano bardziej łużyckiego. Nawet gdyby połączyły siły i powstałby jeden większy powiat – pewnie trudno byłoby o zgodę, w którym mieście – Zgorzelcu czy Lubaniu – będzie siedziba nowego powiatu. Aczkolwiek w Polsce są wzorce: „podwójnych stolic” – lubuskie i kujawsko-pomorskie oraz nawet powiatów – olecko-gołdapski w latach 1999-2002.

Na Górnych Łużycach, podobnie zresztą jak w całym państwie, dynamicznie rozwija się działalność społeczna. Oczywiście, że pobudzona głównie przez system rozdawnictwa unijnych funduszy, który preferuje dotacje dla NGO. Wiele organizacji jest malowanych tylko na potrzeby konkretnego projektu. Niemniej pośród tego bogactwa (nawet w najmniejszych miejscowościach działa kilka-kilkanaście stowarzyszeń i fundacji) duża liczba organizacji rzeczywiście podejmuje cenne inicjatywy. Buduje w ten sposób to, czego od zawsze w Polsce brakowało, a co jest słabością Polaków – społeczeństwo obywatelskie. Wiele z tych organizacji szuka dla siebie tożsamości poprzez małą ojczyznę.
Jak głęboko ten ferment społeczny żywi się regionalizmem górnołużyckim? Ile Górnołużyczan wyrośnie z tego zaczynu? Górnołużycka tożsamość za Nysą Łużycką wśród potomków Serbów (Górno)Łużyckich, po wyzwoleniu z karnego obozu DDR, przeżywała renesans. Dziś nieco przygasł, choć znalazł dla siebie trwałe miejsce w kolorycie kulturowym. Choć bez narodowych ambicji politycznych Serbowie Łużyccy dali nawet Saksonii premiera (Stanisława Tilicha). Czy możliwe jest by polscy nowi Górnołużyczanie zdobyli się kiedyś na odrębność i zmienili nazwę powiatu zgorzeleckiego na Powiat Górnołużycki? Czy będą kiedykolwiek mówić o sobie z dumą „Jestem Górnołużyczaninem”? Przyszłość pokaże.

Są jednak proste kroki, które już teraz nie tylko warto, ale wręcz NALEŻY postawić. Jak dotąd Dolnośląska Służba Dróg i Kolei nie wpadła na pomysł ustawienia przy drogach wojewódzkich tablic informujących o wjeździe w obszar Górnych Łużyc. Za pośrednictwem Urzędu Marszałkowskiego Województwa Dolnośląskiego stosowna prośba o ustawienie znaków drogowych E-22b i E-22c, powinna także trafić do Generalnej Dyrekcji Dróg i Autostrad, by tzw. brązowe tablice turystyczne stanęły także przy „krajówkach” i A4.

Gminne i powiatowe jednostki odpowiedzialne za promocję i turystykę z terenu Górnych Łużyc, powinny bezwzględnie zaprzestać używania w opisach swych miejscowości i mikroregionów sformułowania „położona/-y na Dolnym Śląsku”. Zastępując je wcale nie gorszym, a zgodnym z prawdą sformułowaniem „położona/-y w województwie dolnośląskim na Górnych Łużycach”. Zupełnie na miejscu byłoby używanie w materiałach promocyjnych herbu Górnych Łużyc.
W górnołużyckich szkołach na stałe powinna zostać wprowadzona, choćby jedna w semestrze, lekcja opowiadająca o Górnych Łużycach. Doprawdy jest o czym mówić, a młodzież chętnie słucha (sprawdziłem przeprowadzając taką lekcję w gimnazjum).

Ostatnim z pierwszych kroków na ożywienie górnołużyckiej tożsamości niech będzie wymiana kulturalna z Serbami Łużyckimi. Zamieszkujący w okręgu Budziszyna Słowianie są naturalnym sprzymierzeńcem Polaków. Od czasów Bolesława Chrobrego podtrzymywana jest pamięć o dobrym królu, który ich bronił przed niemieckimi zakusami. Serbołużyczan z Polakami łączą dwie silne więzi: religia katolicka i zbliżone do siebie języki (jeszcze bardziej podobny do polskiego jest język dolnołużycki). Do Serbołużyczan zbliża Polaków także przeszłość – w wielu aspektach podobna, wszak oba narody doskonale rozumieją co to znaczy stawiać opór germanizacji i być pozbawionym własnego państwa. Wreszcie mamy podobne upodobania kulinarne. Niektóre potrawy różni tylko nazwa.
Wymiana w tej chwili jest niezwykle wątlutka i podtrzymywana głównie przez kilka stowarzyszeń (np. Stowarzyszenie Polsko-Serbołużyckie Pro Lusatia, Związek Serbów Łużyckich Domowina). Choć są organizowane rozmaite wydarzenia kulturalne czy edukacyjne (np. Łużycka szkoła letnia) to po polskiej stronie raczej o nich cicho. M. in. dlatego, że dzieją się często z dala od Polskich Górnych Łużyc, w Namysłowie, Opolu (siedziba Pro Lusatii) czy Wrocławiu.

Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że ścisła współpraca na lokalnym gruncie, zwłaszcza na polu kultury, przyniosłaby same korzyści.
Górnołużyccy Serbowie zyskaliby szansę wsparcia dużego i coraz silniejszego (zwłaszcza w UE) sąsiada. Mogłoby im niejednokrotnie pomóc np. w uzyskaniu finansowania serbskiej kultury ludowej, podtrzymania języka, wspólnych badań naukowych (historycznych, archeologicznych itp.). To podstawowe działania, które mogą ocalić ten najmniejszy słowiański naród świata. Kto jak nie Polacy powinien Serbołużyczanom pomóc? Skoro Polska ma aspiracje do kreowania polityki regionalnej w Środkowej Europie i wspiera Ukraińców czy Białorusinów, to tym bardziej powinna wspierać Serbołużyczan. Temu narodowi grozi przecież całkowity zanik.
Przyjaźń polsko-serbołużycka dla Polaków stanowić mogłaby most z Niemcami. Przyspieszałaby oswajanie wschodnich Niemiec – terenu naturalnej ekspansji ekonomicznej i społecznej dla ludności z województw zachodnich. Mieć sojusznika w państwie, z którym Polacy intensywnie współpracują, a które niejednokrotnie wywiera na Polskę presję – bezcenne.

Niestety na razie nie widzę w górnołużyckich powiatach zainteresowania współpracą z Serbami Łużyckimi, ani tym bardziej budowaniem górnołużyckiej tożsamości. Zazwyczaj takie zaniechania się mszczą. Niewykluczone, że zemsta już się dokonuje. Choć nieoczywista, to odczuwalna. Podobnie jak wschodnie Landkreisy niemieckie, tak i polskie powiaty zachodnie są opuszczane przez młodych ludzi w kierunku zachodnim, bądź do dużych polskich miast. Jeśli na Górnych Łużycach nie zatrzymują ich możliwości dobrego bytu, ciekawej pracy, samorozwoju i spełniania przyjemności, to ostatnią kotwicą mogłaby być sympatia do rodzinnego, pięknego kraju – Górnych Łużyc.

Ankieta

Czy jesteś za ustawieniem przy drogach wojewódzkich, krajowych i międzynarodowych na terenach województw dolnośląskiego i lubuskiego tablic informujących o wjeżdzie na Łużyce Górne i Dolne?
Tak - 90.3%
Nie - 7.4%
Nie wiem - 2.3%
Wszystkich głosów: 257
Głosowanie się już skończyło o: wrzesień 9, 2016
1999-2017 © Stowarzyszenie Polsko-Serbołużyckie PROLUSATIA
ontwerp en implementering: α CMa Σείριος