Piotr Pałys Wśród całej plejady serbołużyckich przyjaciół Polski i Polaków postać Wojciecha Kócki zajmuje miejsce szczególne. Ten jeden z najbardziej zasłużonych dla polskiej nauki antropologów i archeologów w dziejach stosunków polsko - serbołużyckich zajmuje miejsce wręcz sztandarowe. O ile jednak jego dokonania naukowe stały się w jego drugiej ojczyźnie - Polsce - przedmiotem szeregu opracowań, to działalność Wojciecha Kócki w serbołużyckim ruchu narodowym jak dotąd doczekała się jedynie niewielu wzmianek. Zanim jednak przejdziemy do omówienia jego poczynań na tym polu kilka danych biograficznych. Wojciech Kócka urodził się 13 października 1911 r. w leżącym niedaleko Budziszyna Wownjowie. Po ukończeniu gimnazjum w Budziszynie rozpoczął studia w Instytucie Pedagogicznym w Dreźnie. Jednak wkrótce wyjeżdża do Polski, by od 1932 r. pod kierunkiem profesorów Józefa Kostrzewskiego, Karola Stojanowskiego i Eugeniusza Frankowskiego studiować na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Poznańskiego archeologię, antropologię i etnografię. W 1936 r. uzyskał tytuł magistra filozofii z zakresu wymienionych dyscyplin na podstawie pracy unow, Konjecy, Ralbicy, Dobrośicy, Wownjow i Chróscicy pod względem antropologicznym. Po ukończeniu studiów zdecydował się kontynuować karierę naukową na poznańskiej uczelni, zostając asystentem w Instytucie Prehistorii i aktywnie włączając się w prace wykopaliskowe na terenie wczesnośredniowiecznego grodu w Poznaniu, pochodzącego z tego samego okresu podgrodzia w Gnieźnie oraz grodu kultury łużyckiej w Biskupinie, w których uczestniczył już jako student. Jego wkład w odkrycie Biskupina został zresztą bardzo wysoko oceniony - w 1937 r. za położone tam zasługi Kócka został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi. W rok później dokonał doniosłego życiowego wyboru, przyjmując polskie obywatelstwo. Do wybuchu wojny zdążył opublikować kilka artykułów z zakresu antropologii i archeologii, czyli z dziedzin naukowych którym miał pozostać wierny przez cała swą naukową karierę[1].Kócka nie stał biernie w obliczu coraz wyraźniejszego niemieckiego niebezpieczeństwa. W 1935 lub 1936 r. oficer polskiego wywiadu wojskowego o pseudonimie Michał nawiązał kontakt z nim i innym studiującym w Poznaniu Serbołużyczaninem Pawołem Nowotnym. Weszli oni wówczas w skład nieformalnej struktury o charakterze trójkowym, grupującej grono serbołużyckich patriotów, m.in. także Pawoła Nedęstwa. W 1935ezana, Jurija Cyza i Pawoła Cyza[2].Wojnę spędził na terenie tzw. Generalnej Gubernii, pracując w spółdzielni ogrodniczej. Także wówczas, mimo iż był poszukiwany przez gestapo, włączył się w działalność podziemną, ucząc na tajnych kompletach. Po wojnie powrócił na Łużyce, jednak w 1947 r. postanowił kontynuować w Polsce karierę naukową. Początkowo osiadł we Wrocławiu, obejmując stanowisko adiunkta, a od 1954 r. docenta w Katedrze Antropologii Uniwersytetu Wrocławskiego. Tam też w 1948 r. powstała jego praca doktorska pt. Wczesnodziejowa antropologia Słowian Zachodnich. W 1955 r. przeniósł się do Poznania, obejmując kierownictwo Zakładu Archeologii Polski Instytutu Historii Kultury Materialnej PAN oraz zostając docentem w Katedrze Archeologii Uniwersytetu Poznańskiego. W 1960 został tam kierownikiem Katedry Archeologii Polski. W 1959 r. mianowany został profesorem nadzwyczajnym. W 1958 r. ukazuje się drukiem dzieło życia Profesora, dotąd nie mająca równego sobie odpowiednika w literaturze naukowej praca Zagadnienia etnogenezy ludów Europy. Zarówno w okresie wrocławskim jak i poznańskim spod pióra Kócki wyszło szereg artykułów dokumentujących jego naukowe dokonania na polu archeologii i antropologii. Niestety, przedwczesna śmierć 18 listopada 1965 r. przerwała tą wspaniale rozwijającą się karierę naukową[3]. Jak już wspomnieliśmy, po zakończeniu działań wojennych Kócka powrócił na Łużyce, by natychmiast włączyć się w proces odbudowy serbołużyckiego życia narodowego. Wkrótce objął funkcję kierownika sekretariatu głównego reaktywowanej już 10 maja 1945 r. Domowiny. W tym samym czasie powstał w Pradze drugi ośrodek serbołużycki. Był to Łuziskoserbski Narodny Wubjerk (ŁNW), początkowo koncentrujący się głównie na działaniach o charakterze dyplomatycznym. W końcu sierpnia 1945 r. przeniósł się on do Budziszyna, pozostawiając w Pradze jedynie sekretariat. Gdy 31 października 1945 r. ŁNW zreorganizował się i poszerzył swój skład, jego członkiem został również Wojciech Kócka[4]. Wszedł on także do namiastki serbołużyckiego parlamentu, w postaci wybranego przez przedstawicieli wiejskich i obwodowych serbołużyckich komitetów narodowych 21 osobowego Łuziskoserbskieho Zemskeho Narodneho Wubjerka (ŁZNW)[5]. W tym czasie m.in. z ramienia Domowiny prowadził także rozmowy z funkcjonariuszami KPD[6].Mimo rozlicznych obowiązków nie zapomniał o propagowaniu sprawy Łużyc w swej drugiej ojczyźnie. W lipcu 1945 r. nawiązał kontakt z działaczami Polskiego Związku Zachodniego[7]. Podjął także współpracę z redakcją będącej jego organem Polski Zachodniej. Na jej łamach dwukrotnie przedstawiał aktualną sytuację na Łużycach, szczególnie mocno akcentując nieprzejednany mimo wojennej klęski, stosunek Niemców wobec Serbołużcej[8] oraz zwracając polskiej publiczności uwagę na fakt zalania Łużyc przez niemieckich uchodźców, darzących Polaków i Czechów znacznie większą nienawiścią niż Rosjan[9].Na początku 1946 r. jakże przyjazna Serbołużyczanom katowicka Odra w obszernym wywiadzie przedstawiła poglądy Kócki na zagadnienie Łużyc. W ich świetle serbołużycki program maksimum sprowadzał się do uzyskania pełnej niezawisłości w miniaturowym państwie na wzór Luksemburga czy Andorry. Koncepcja taka miałaby wszelkie szanse powodzenia, gdyż w powstałej po wojnie konfiguracji geopolitycznej Łużyce znalazły się pomiędzy granicami Polski i Czechosłowacji i nie tworzyłyby żadnej odosobnionej enklawy. Do przyjęcia byłaby również autonomia w obrębie Czechosłowacji lub Polski. Względy geograficzne przemawiały za tą drugą ewentualnością, jednakże wśród ludności serbołużyckiej przeważała orientacja proczeska. Według Kócki w grę miał wchodzić obszar 11 łużyckich powiatów, o powierzchni 125000 km kw. Z około 250 tysiącami Serbołużyczan, wliczając w tą liczbę także elementy zniemczone. W wywiadzie tym przedstawił on także koncepcję przesiedlenia najbardziej na zachód wysuniętych serbołużyckich osad nad Nysę, przy równoczesnym wysiedleniu stamtąd Niemców[10]. Na początku 1946 r. ŁZNW delegował Kóckę do Polski, zwracając się jednocześnie do premiera Edwarda Osóbki - Morawskiego z prośbą o przyjęcie delegata Komitetu w charakterze pełnomocnego przedstawiciela narodu serbołużyckiego oraz przyjęcie z jego rąk memorandum ŁZNW[11]. Stało się tak co prawda częściowo przez przypadek, gdyż mający się pierwotnie udać do Polski, zgodnie z poczynionymi w połowie grudnia 1945 r. ustaleniami, Jurij Jeśkij zachorował[12]. Trudno jednakże byłoby znaleźć kandydata bardziej predystynowanego do podjęcia się tej misji. Kóčka powszechnie był przecież uważany za polonofila[13].Mimo to przyjęty został w Warszawie z wyraźnym dystansem. W tym samym czasie dotarł bowiem do MSZ odpis memoriału ŁZNW do Narodów Zjednoczonych wraz z załączonymi doń mapami, na których zaznaczony został obszar przyszłego państwa łużyckiego oraz tereny łużyckie, zarówno na obszarze Niemiec jak i na polskich Ziemiach Odzyskanych. W Ministerstwie Spraw Zagranicznych zaproponowano więc wysłannikowi z Budziszyna aby próbował szukać kontaktów z czynnikami oficjalnymi za pośrednictwem polskiego Komitetu Słowiańskiego. Ten jednak obstawał przy oficjalnym charakterze swojej misji[14]. Jednocześnie zwrócił się o audiencję u naczelnych władz Polski i wyraził zadowolenie z dotychczasowego poparcia rządu polskiego dla sprawy Łużyc. Starał się także uspokoić obawy wywołane treścią niektórych wychodzących z kręgów ŁNW materiałów tłumacząc, że chodzi w tym wypadku jedynie o oznaczenie etnograficznego obszaru całych Łużyc, nie mające nic wspólnego z jakimikolwiek pretensjami do polskich ziem na wschód od Nysy Łużyckiej[15]. Podjął również kwestię zwolnienia Serbołużyczan - żołnierzy armii niemieckiej - przebywających w niewoli na terenie Polski. Z prośbą w tej sprawie zwrócił się do MSZ już 22 lutego 1946 r., jednocześnie proponując swój udział w komisji wyznaczonej do przeprowadzenia tej akcji[16].Wiosną 1946 r. Kócka powrócił w rodzinne strony. W dniu 16 kwietnia 1946 r. wziął udział w charakterze przedstawiciela Górnych Łużyc w obchodach Dnia Narodowego, upamiętniającego wkroczenie na Łużyce wojsk radzieckich i polskich, a mającego stanowić serbołużyckie święyc w[17]. W sierpniu 1946 r. wraz z przewodniczącym Domowiny Pawołem Nedo uczestniczył w rozmowach z Serbołużyczanami z Łużyc Dolnych[18].Trzynastego listopada 1946 r. Wojciech Kócka został wybrany na sekretarza budziszyńskiego Komitetu Słowiańskiego[19]. W styczniu 1947 r. jest już we Wrocławiu, gdzie obejmuje stanowisko asystenta w Zakładzie Antropologii tamtejszego uniwersytetu[20].W tym czasie serbołużyccy działacze narodowi przygotowywali kolejne wystąpienie w sprawie Łużyc licząc, że w związku z zaplanowaną w Moskwie ( odbyła się ona w dniach od10 lutego do 24 kwietnia 1947 r.) konferencją ministrów spraw zagranicznych czterech mocarstw poświęconą kwestiom Niemiec i Austrii uda się wreszcie postawić na forum międzynarodowym kwestię Łużyc[21]. W związku z tym Kócka proponował aby z konkretnymi propozycjami wydzielenia Łużyc z obszaru Niemiec zwróciła się do rządów poszczególnych państw Łuziskoserbska Narodna Rada (ŁSNR), zaś Komitet Słowiański i Domowina wsparły jej działania na terenie państw słowiańskich.[22]. Jak wynika z jego korespondencji z sekretarzem Domowiny Pawołem Nowotnym, wziął on również udział w przygotowywaniu materiałów na konferencję przedstawicieli mocarstw opracowując, jak to określił, ślesko - łuziske teritorijalna aktualja[23].Wystąpienie do rządów wielkich mocarstw wspomóc miała wzmożona akcja dyplomatyczna i propagandowa w poszczególnych krajach słowiańskich. W Budziszynie liczono, że tą drogą uda się skłonić rządy poszczególnych państw do poparcia serbołużyckich postulatów w Moskwie. W lutym 1947 r. Jurij Wicaz zapewniał polskiego wiceministra spraw zagranicznych Zygmunta Modzelewskiego, że umiędzynarodowienia kwestii Łużyc podejmie się Jugosławia przy poparciu Czechosłowacji, a do sprawy Łużyc udało się pozyskać wiceministra spraw zagranicznych ZSRR Andrjeja Wyszyńskiego[24].Pod koniec marca 1947 r. w poczynania te włączył się także Kócka. Występując w charakterze sekretarza Komitetu Słowiańskiego w Budziszynie, zwrócił się do wicepremiera i ministra Ziem Odzyskanych Władysława Gomułki z prośbą o przyjęcie delegacji przebywających w Polsce Serbołużyczan przez przedstawicieli rządu oraz o pośrednictwo u czynników radzieckich w umożliwieniu wyjazdu do Moskwy serbołużyckiej delegacji[25].W dniach 15 - 21 maja 1947 r. Kócka wraz z Arnośtem Cernikiem przeprowadzili w Warszawie szereg rozmów przedstawicielami kilku ministerstw oraz zostali przyjęci przez wicepremiera Gomułkę[26]. W tym czasie polskie czynniki oficjalne coraz bardziej usztywniały swe stanowisko w kwestii Łużyc, odchodząc od dotychczasowej praktyki niezobowiązującego popierania słusznej sprawy. W coraz bardziej gęstniejącej atmosferze w stosunkach międzynarodowych w Warszawie uznano, że wszelkie zmiany status qvo na Łużycach stanowić mogą niebezpieczny dla ustaleń cego popierania słusznej sprawy. W coraz bardziej gęstniejącej[27]. Jasno dał to do zrozumienia swym serbołużyckim rozmówcom polski wicepremier stwierdzając, że żądania serbołużyckiego Komitetu Narodowego są nierealne, a i Domowina posuwa się w swych poczynaniach zbyt daleko. W chwili obecnej dla Polski najważniejsza jest sprawa granicy zachodniej i usunięcie z Polski wszystkich Niemców. Dopiero po ostatecznym i definitywnym załatwieniu tych problemów być może zaistnieje możliwość załatwienia kwestii łużyckiej i być może Polska włączy się w nią, tymczasem jednakże jest to niemożliwe[28].Z coraz większej iluzoryczności serbołużyckich postulatów zdawał sobie zresztą Kócka sprawę już wcześniej. Dwudziestego szóstego lutego 1947 r. pisał do sekretarza Domowiny Pawoła Nowotnego, że nie ma co liczyć na wsparcie przez państwa zachodnie pomysłu wydzielenia Łużyc z obszaru Niemiec. Sprawę tą mogłyby przeforsować jedynie państwa słowiańskie, i to jedynie w wypadku okazania w tym względzie wielkiej determinacji, której jednakże z polskiej perspektywy Kócka nie dostrzegał. Zalecał więc podjęcie wszelkich możliwych kroków, aby przekonać rządy państw słowiańskich o potrzebie domagania się dla Łużyc przynajmniej daleko idącej autonomii terytorialnej[29]. Sam podjął energiczne działania w tym kierunku w czasie odbytego w czerwcu 1947 r. w Warszawie plenum Komitetu Wszechsłowiańskiego. Niestety, mimo posiadanych pełnomocnictw Komitetu Słowiańskiego w Budziszynie nie tylko nie został dopuszczony do obrad plenarnych, w których wzięli udział jedynie przedstawiciele pięciu państw słowiańskich, ale uniemożliwiono mu nawet udział w zorganizowanej we Wrocławiu manifestacji słowiańskiej solidarności oraz w towarzyszących plenum bankietach. Mimo to udało mu się skłonić przedstawicieli Komitetu Słowiańskiego w Polsce do wystąpienia z inicjatywą powołania w Belgradzie Jugosłowiańsko - Polsko - Czechosłowackiego komitetu koordynacyjnego do spraw łużyckich przy Komitecie Wszechsłowiańskim. Dostrzegając postępujący proces coraz ściślejszego podporządkowywania sobie przez ZSRR pozostałych partnerów Kócka stwierdzał, iż ruch wszechsłowiański jest w aktualnej sytuacji dla Serbołużyczan najprzystępniejszym forum dla przedstawiania ich racji, co w kontekście sposobu w jaki został potraktowany w trakcie obrad warszawskiego plenum dobitnie świadczy do jakiego stopnia ograniczone zostało wówczas pole politycznego manewru w kwestii Łużyc. W rozmowie z sekretarzem Komitetu Wszechsłowiańskiego Moczałowem uzyskał również Kócka zapewnienie, że Serbołużyczanom zapewnione zostaną możliwości rozwoju kulturalnego, lecz kwestia Łużyc nie może być dyskutowana przed ostatecznym załatwieniem sprawy granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Wrocławski naukowiec słusznie wypowiedź tą zinterpretował jako tożsamą z oficjalnym stanowiskiem rządu radzieckiego[30].Wyniki przytoczonych powyżej rozmów doprowadziły go do konkluzji, że kwestia Łużyc, głównie za sprawą aktualnej konstelacji międzynarodowej, znalazła się w niezwykle trudnej sytuacji. My z hł w niezwykle trudnejrebijemy, pisał w lipcu 1947 r. Dlatego jego zdaniem należało starać się uzyskać to co na chwilę ówczesną było do uzyskania możliwe, realizację dalej idących postulatów odkładając do chwili pojawienia się bardziej sprzyjających okoliczności. To minimum wówczas stanowić miało administracyjne zjednoczenie obu części Łużyc oraz zredukowanie liczby przebywających tam uciekinierów i przesiedleńcóebijemy,[31].Podobnie pragmatycznie starał się postępować także w swych staraniach o umożliwienie powrotu na tereny leżące na wschód od Nysy pochodzącym z tamtąd Serbołużyczanom, zwolnienie z polskich obozów żołnierzy armii niemieckiej narodowości serbołużyckiej, sprowadzenie do Polski jak najliczniejszej grupy serbołużyckicj uczniów i studentów czy uzyskanie pomocy gospodarczej.Ta pierwsza kwestia wynikła z omyłkowego wysiedlenia wraz z Niemcami z przypadłych Polsce terenów kilkudziesięciu serbołużyckich rodzin. Fakt ten bardzo negatywnie przyjęty został przez społeczność serbołużycką[32]. Jednakże gwoli sprawiedliwości stwierdzić należy, że władze polskie szybko na ten fakt zareagowały i podjęły starania aby pozostałym jeszcze w Polsce Serbołużyczanom zapewnić ochronę. Wojewoda wrocławski Stanisław Piaskowski już 29 lutego 1946 r. wydał okólnik w sprawie wyłączania Serbołużyczan z transportów repatriacyjnych[33]. W czerwcu 1946 r. wydał polecenie aby traktować przebywających na podległym mu obszarze Serbołużyczan analogicznie jak polską ludność autochtoniczną i zapewnić im pełną ochronę i opiekę[34]. W listopadzie tegoż roku również Ministerstwo Ziem Zachodnich nakazało wojewodzie wrocławskiemu zwrócić szczególną uwagę aby do transportów repatriacyjnych nie trafili Serbołużyczanie[35] oraz ustalić ich liczbę na podległym mu terenie[36].W styczniu 1947 r. Kócka uzyskał od władz zgodę na powrót na teren Polski wszystkich wysiedlonych Serbołużyczan, także tych zniemczonych, i na osiedlenie ich nad Nysą Łużycką. Zdaniem Kócki najlepiej byłoby umieścić ich na wysokości Muzakowa, co pozwoliłoby im nawiązać kontakt z etnograficznie serbołużyckim obszarem po drugiej stronie Nysy. Wraz z nimi powinien przybyć ewangelicki pastor oraz nauczyciel oraz pewna liczba uświadomionych narodowo Serbołużyczan z rejonu Slepeho i Wojerec, aby pomóc w reserbizacji zniemczonych jednostek. Miałaby w ten sposób powstać na ziemiach polskich prołużycka baza polityczna[37]. W lutym 1947 r. Kócka monitował władze Domowiny aby jak najprędzej przeprowadziły rejestrację chętnych do powrotu i rozpoczęły starania o uzyskanie dla nich przepustek i paszportów, tak aby mógł powstać nad Nysą surogat ł surogatzisko - serbskeje statnosće[38].Rozmowy w tej sprawie ponownie przeprowadzone zostały w maju 1947 r. w Ministerstwie Ziem Odzyskanych. Kócka uzyskał m.in. wówczas obietnice przyznania przesiedleńcom pomocy materialnej[39]. Starał się więc maksymalnie wykorzystać sprzyjającą koniunkturę. W lipcu 1947 r. ponownie zwrócił władzom Domowiny uwagę na potrzebę pośpiechu w realizowaniu tego zamierzenia. Pośpiech był wskazany także z tego względu, że wówczas były jeszcze nad Nysą Łużycką wolne gospodarstwa rolne[40].Jak się wydaje ta inicjatywa Kócki przyjęta została w Budziszynie ze sporą rezerwą. Dopiero bowiem w październiku 1947 r. podjęto przygotowania do przeprowadzenia rejestracji Serbołużyczan wysiedlonych z Polski i posługujących się rodzimym językiem[41]. Akcja ta nie przyniosła jednak spodziewanych wyników, a w obliczu zarysowującego się na przełomie lat 1947 i 1948 przełomu w stosunkach serbołużycko - niemieckich cała sprawa przestała być aktualna.Zwolnienie jeńców narodowości serbołużyckiej z alianckich obozów było od wiosny 1945 r. jednym z głównych celów serbołużyckiej dyplomacji. Prośba taka znalazła się m.in. w listach przewodniczącego ŁNR Jana Cyza skierowanych do Clementa Attle i Charlesa de Gaulle[42]. Energiczne starania w tej sprawie podjęte zostały na terenie wszystkich państw alianckich, w tym również w Polsce. Jak już wspomnieliśmy, zabiegi o zwolnienie Serbołużyczan z polskich obozów podjął Kócka już w lutym 1946 r.[43]. Jego starania, energicznie wspierane przez działaczy Polskiego Związku Zachodniego oraz innych działających na terenie Polski Serbołużyczan, przede wszystkim Antona Nawkę, zakończyły się sukcesem. W dniu 3 czerwca 1947 r. z obozu w Jaworznie zwolniono i przekazano przedstawicielowi Zarządu Głównego PZZ 21 jeńców[44]. W miesiąc wcześniej Kócka i Cernik uzyskali dla nich w Ministerstwie Opieki Społecznej nowe ubrania oraz obietnicę innej pomocy[45]. Z obozu grupa ta trafiła na rekonwalescencję do Wrocławia, podczas której Kócka roztoczył nad nimi troskliwą opiekę, dbając o ich potrzeby materialne oraz wyjaśniając im aktualną sytuację na Łużycach[46]. Dalsze starania doprowadziły do uzyskania zgody na zwolnienie następnych jeńców. Dziesiątego lutego 1948 r. Kócka wraz z Nawką przeprowadzili w obozie w Jaworznie weryfikację kolejnej ich partii[47]. Ostatecznie w nocy z 8 na 9 października wyjechała do domu licząca tym razem 36 osób, grupa Serbołużyczan[48].Polskie obywatelstwo oraz znajomości w świecie nauki niewątpliwie pomagały Kócce w jego staraniach o umożliwienie jak najliczniejszej grupie serbołużyckiej młodzieży podjęcia w Polsce nauki. Jego zdaniem należało wykorzystać wszystkie istniejące możliwości dla wychowania nowej serbołużyckiej inteligencji. Najlepiej służyłoby temu skoncentrowanie wszystkich serbołużyckich studentów we Wrocławiu i wytworzenie tam silnego serbołużyckiego środowiska akademickiego[49]. Za jego sprawą Ministerstwo Oświaty jesienią 1947 r. umożliwiło podjęcie studiów we Wrocławiu i przyznało stypendia ośmiu Serbołużyczanom[50]. Wraz z gronem wrocławskich sorabofilów roztoczył on troskliwą opiekę nad nimi oraz założonym przez nich Akademickim Stowarzyszeniem Łużyczan Studentów Wyższych Uczelni Wrocławia Lusatia[51], m.in. podejmując działania zmierzające do przejęcia zamieszkałego przez serbołużyckich studentów budynku Instytutu Śląskiego przez Komitet Słowiański i przekształcenia go w serbołużycki internat[52]W styczniu 1948 r. Domowina zwróciła się do Kócki z prośbą o załatwienie zgody na podjęcie nauki w Polsce przez następną grupę, jak to określono, 10 młlono, 10cerjow. Trudność polegała na tym, że nie posiadali oni matur, jednak zdaniem Nedy i Nowotnego ich entuzjazm i zaangażowanie gwarantowały, że będą lepszymi studentami niż większość Serbołużyczan studiujących wówczas w Pradze, posiadających niemieckie matury oraz balast doświadczeń wyniesionych ze służerjow. Trudność polegała na[53]. Jeszcze w tym samym miesiącu Kócka uzyskał w Warszawie obietnicę przyznania im stypendiów i przyjęcia tych z pośród nich którzy nie posiadali matur na drugi semestr tzw. roku wstępnego, który miał się rozpocząć rzy nie posiadali matur[54]. W rezultacie, już w marcu 1948 r. wyjechała do Wrocławia kolejna 8 osobowa grupa młodych Serbołużyczan[55].Na początku 1948 r. Kócka wystąpił z kolejną inicjatywą. Tym razem chodziło o wukubłanje słowianscy zmyslenych ewang. [ewangelskich] Serbskich farajow[56]. W styczniu tego roku podjął rozmowy na ten temat z dziekanem Ewangelickiego Fakultetu Teologicznego w Warszawie. Ustalono wówczas, że od jesieni 1948 r. będzie tam mogło podjąć studia 10 Serbołużyczan. Zapewnione im zostały miejsca w bursie oraz wyżywienie w stołówce studenckiej, a także ministerialne stypendia[57].Wiele energii poświęcił Kócka także sprawie uruchomienia w Zgorzelcu serbołużyckiego gimnazjum. Jego otwarcie uzgodnione zostało w kwietniu 1946 r., w trakcie rozmów sekretarza ŁSNW Jurija Cyza z wiceministrem spraw zagranicznych Zygmuntem Modzelewskim[58]. W stosunkowo krótkim czasie przygotowane zostały na przyjęcie serbołużyckiej młodzieży budynek Państwowego Gimnazjum w Zgorzelcu i internat[59]. Przyznano także środki pieniężne na stypendia i doposażenie bursy[60]. Ze swej strony Serbołużyczanie rozpoczęli w kwietniu 1947 r. nabór do zgorzeleckiego gimnazjum[61] oraz podjęli starania o uzyskanie dla chętnych niezbędnych dokumentów podróżnych[62].W sprawie tej Kócka starał się o zapewnienie przyszłym gimnazjalistom jak najlepszych warunków nauki i bytowania. W obliczu piętrzonych przez radzieckie władze okupacyjne trudności zalecał ich ominięcie, poprzez wysłanie dzieci do Zgorzelca via Czechosłowacja[63]. Przeszkody biurokratyczne uniemożliwiły jednakże uruchomienie gimnazjum w planowanym terminie 1 września 1947 r.[64]. Mimo to Kócka nadal nie ustawał w staraniach o uzyskanie wiz dla uczniów zgorzeleckiego gimnazjum, podejmując ten temat w warszawskim MSZ jeszcze 20 stycznia 1948 r.[65].W pierwszych powojennych latach niezwykle istotną sprawą było dla serbołużyckiego ruchu narodowego uzyskanie podstaw materialnych. Zniszczenia wojenne oraz nieukrywana niechęć niemieckiego otoczenia niejako w naturalny sposób kierowały oczy serbołużyckich działaczy na sąsiednie państwa słowiańskie. Pomoc gospodarcza dla Łużyc była jednym z tematów poruszanych w trakcie rozmowy Cernika i Kócki z Gomułką w maju 1947 r. Sprawę tą wysłannicy ŁSNR omawiali wówczas także z wiceministrem spraw zagranicznych Stanisławem Leszczyckim, który złożył obietnicę poparcia przez swój resort serbołużyckich starań w tej materii. Równie konstruktywne stanowisko zajął przedstawiciel Ministerstwa Przemysłu i Handlu Sobański. Uznał on serbołużyckie postulaty za skromne i możliwe do wykonania. Wskazał punkty przez które mogłaby się odbywać wymiana towarowa oraz życzliwie odniósł się do propozycji nawiązania współpracy ze spółdzielnią Luko[66].Zdając sobie sprawę z aktualnego politycznego położenia sprawy Łużyc przestrzegał Kócka przed wszystkim, co mogłoby posiadać tak wówczas niepożądany podtekst polityczny. Wydźwięk taki mogło jego zdaniem mieć choćby umieszczenie w motywacji skierowanej do Ministerstwa Przemysłu i Handlu i MZO prośby o materiały budowlane przeznaczone na odbudowę Domu Serbskiego nazwy Dom Słowiański. Proponował więc użycie w tym wypadku całkowicie neutralnego określenia Dom Kultury w Budziszynie[67]. Rozmowy na temat pomocy gospodarczej dla Łużyc kontynuował Kócka jesienią 1947 r.[68] i zimą 1948 r.[69], nie uzyskując jednak widocznych postępów[70].Dzieje serbołużyckiego ruchu narodowego w latach 1945 - 1950 doczekały się w ostatnich latach szeregu przyczynków oraz, przywoływanej tutaj, niezwykle interesującej syntezy pióra dolnołużyckiego historyka Petśa Śurmana. Podjęte zostały również badania nad biografiami czołowych postaci tego okresu[71]. Naszym zdaniem na zainteresowanie historyków w pełni zasługuje również rola jaką w serbołużyckim ruchu narodowym odegrał Wojciech Kócka. Nie należał on do działaczy pierwszoplanowych mimo, że zajmował przecież eksponowane funkcje sekretarza Domowiny i Komitetu Słowiańskiego w Budziszynie. Jak się wydaje, rola taka w pełni mu odpowiadała. Dla niego w polityce liczyła się przede wszystkim skuteczność i realizm, a nie zwodniczy blichtr stanowisk. Cechy te, wraz z trzeźwą oceną możliwości serbołużyckiego ruchu narodowego oraz doskonała znajomość lokalnych uwarunkowań politycznych pozwoliła Kócce w trakcie jego działalności w Polsce, osiągnąć kilka znaczących sukcesów. Było to przede wszystkim zwolnienie w latach 1947 i 1948 z polskich obozów 59 Serbołużyczan - żołnierzy armii niemieckiej oraz umożliwienie nauki w Polsce kilkunastoosobowej grupie studentów. Warto zauważyć, że nawet dla większości przedsięwzięć których nie udało się ostatecznie zrealizować, takich jak uruchomienie gimnazjum w Zgorzelcu, zorganizowanie serbołużyckiej gminy nad Nysą Łużycką czy sprowadzenie na studia do Warszawy przyszłych serbołużyckich pastorów, Kócce udawało się uzyskać poparcie właściwych polskich czynników. To, że nie dochodziły one do skutku wynikało z przyczyn niezależnych tak od niego jak i od strony polskiej.Wojciech Kócka był gorącym patriotą, marzącym o wolnych Łużycach, na wzór choćby Łuksemburga czy San Marino. Jednak trafnie diagnozując zmiany w sytuacji politycznej, stanął na stanowisku, że należy podjąć negocjacje na temat szerokiej autonomii kulturalnej i oświatowej i starać się uzyskać dla swego narodu maksimum tego co w danej sytuacji było możliwe. Z perspektywy ponad półwiecza jawi się więc nam Kócka jako jeden z najbardziej pragmatycznych i skutecznych serbołużyckich działaczy.[1] T. Malinowski, Łużyczanin - prof. dr Wojciech Kócka jako polski antropolog i archeolog [w:] Serbołużyczanie. Łużyce. Badania historyczne i fascynacje, Zielona Góra 1998, s.286.[2] M. Cygański, R. Leszczyński, Zarys dziejów narodowościowych Łużyczan. Tom II. Lata 1919 - 1997, s.46-47; Petś Śurman, K posegam mjazy polskimi a serbskimi kulturnymi procowarjami w XX letsotoku [w:] Łużyce w nowszych i najnowszych dziejach Europy Środkowej, Zielona Góra 1995, s.132-133.[3] T. Malinowski, op. cit., s.286-288.[4] Serbski Kulturny Archiw (SKA), Domowina (D), sygn. II 1.1A, s.111-113; P. Schurmann, Die sorbische Bewegung 1945-1948 zwischen Selbstbehauptung und Anerkennung, Budyśin 1998, s.76.[5] SKA, D II 1.B, s.22-25.[6] P. Schurman, op. cit., przyp. 74, s.83.[7] SKA, D II 4.7A, s.10.[8] Smutno w Budziszynie... , Polska Zachodnia z 21.10.1945, nr 12, s.4.[9] W. Kocka, Poprzez Ziemię Łużycką, Polska Zachodnia z 18.11.1945, nr 16, s.4.[10] St. Helsztyński, Rjana Luzica, sprawna precelna ..., Odra z 10.01.1946 r., nr 1(12), s.3-4.[11] SKA, D II 4.7A, s.60.[12] T. Marczak, Granica zachodnia w polskiej polityce zagranicznej w latach 1944 - 1950, Wrocław 1995, s.176-178.[13] T. Marczak, op. cit. S.175; SKA, D II 4.7A, s.14.[14] T. Marczak, op. cit., s.178.[15] C. Skuza, Kwestia serbołużycka w polskiej polityce zagranicznej (1944 - 1949), Zeszyty Naukowe Wojskowej Akademii Politycznej, nr 121, 1984 (1985), s.90.[16] SKA, D II 4. 7D, s.16.[17] SKA, D II 1. 1B, s.89.[18] P. Schurman, op. cit., s.197.[19] Petś Furman, Wojciech Kócka a plenum Komitetu Wszechsłowiańskiego w Warszawie w 1947 r. [w:] Serbowie Łużyccy i Polacy. Doświadczenia historyczne i perspektywy współpracy, Opole 1992, s.83.[20] SKA, D II 4. 7D, s.49.[21] M. Cygański, R. Leszczyński, op. cit., s.60.[22] SKA, D II 4. 7D, s.53.[23] SKA, D II 4. 7D, s.55.[24] M. Cygański, R. Leszczyński, op. cit., s.78.[25] SKA, D II 4. 7B, s.34-35[26] M. Mieczkowska, Łużyce a polska opinia publiczna w latach 1945 - 1949, Letopis 40 (1993) 1, s.103.[27] M. Cygański, R. Leszczyński, op. cit., s.78.[28] M. Mieczkowska, Łużyce ..., s. 103.[29] SKA, D II 4. 7D, s.55.[30] SKA, D II 4. 7B, s.49-50; P. ?urman, op. cit., s.83-87,; tenże, Zajimawy list z Pólskeje, Rozhlad, c.. 10, 1991, s.270-271.[31] SKA, D II 4. 7B, s.59.[32] Archiwum Akt Nowych w Warszawie (AAN), Ministerstwo Ziem Odzyskanych, sygn. 501, s.13.[33] Ibidem, s.58.[34] Ibidem, s.45.[35] Ibidem, s.54.[36] Ibidem, s.55.[37] SKA, D II 4, 7D, s.52.[38] SKA, D II 4. 7D, s.55.[39] M. Mieczkowska, Łużyce..., s.103-104.[40] SKA, D II 4. 7B, s.60.[41] SKA, D II 4. 7B, s.88.[42] SKA, D II 1. 1A, s.60, 64.[43] Patrz przyp. 16.[44] SKA, D II 5. 9D, s.3.[45] M. Mieczkowska, Łużyce ..., s.104.[46] SKA, D II 4. 7B, s.60.[47] SKA, D II 4. 7D, s.77.[48] SKA, D II 4. 7D, s.94.[49] SKA, D II 4. 7C, s.6.[50] SKA, D II 4. 7B, s.79, 101[51] SKA, D II 4. 7B, s.101.[52] SKA, D II 4. 7C, s.6.[53] SKA, D II 4. 7C, s.3.[54] SKA, D II 4. 7D, s.70.[55] SKA, D II 4. 1C, s.14.[56] SKA, D II 4. 7C, s.6.[57] SKA, D II 4. 7D, s.2.[58] C. Skuza, op. cit., s.90.[59] SKA, D II 6. 6CI, s.176.[60] Archiwum Państwowe we Wrocławiu, Urząd Wojewódzki Wrocławski, sygn. I/206.[61] SKA, D II 6. 6CI, s.179.[62] SKA, D II 4. 7D, s.86.[63] SKA, D II 4. 7D, s.52.[64] SKA, D II 4. 7D, s.86-87.[65] SKA, D II 4. 7C, s.6.[66] M. Mieczkowska, Łużyce ..., s.103.[67] SKA, D II 4. 7B, s.59, 61.[68] SKA, D II 4. 7B, s.79.[69] SKA, D II 4. 7C. s.6.[70] SKA, D II 4. 7D, s.77.[71] Przykładem może być przygotowywana do druku biografia przewodniczącego Domowiny z lat 1933 - 1950 pióra dr Annett Brezanec z Serbskiego institutu.Przypisy:1) Ulrike Elsner, War Cottbus einst die Überfahrt am Fluss? Werner Meschkank über den Ursprung des Namens, Lausitzer Rundschau, 4. 1. 2005, s. 15.2) cyt.: Geschichte der Stadt Cottbus, Cottbus, 1994, s. 21.3) cyt.: Sachsenspiegel oder Sächsisches Landrecht, Reprint-Verlag Leipzig, Reprint der Originalausgabe von Carl Robert Sachße, Heidelberg, 1848).4) Lexikon Heraldik, VEB Bibliographisches Institut Leipzig, 1984, s. 235.

Edmund Pjech (Budziszyn) Konflikt ustrojowy pomiędzy wschodem a zachodem przez czterdzieści lat po zakończeniu drugiej wojny stanowił pożywkę dla publicystycznych polemik i często uniemożliwiał rzeczowe przedstawienie położenia Serbołużyczan. To upolitycznienie problemu było szczególnie widoczne w popularnonaukowych tekstach w zamieszczanych w gazetach i czasopismach, ale występowało także w historycznych badaniach naukowych.Przy prezentowaniu tego tematu, w okresie lat 1945-1990 można wyróżnić trzy fazy: Między 1945 r. a 1948 r. prezentowana była niemal wyłącznie zewnątrz polityczna dymensja problemu serbołużyckiego. W artykułach uwidaczniał się strach przed odłączeniem Łużyc od Niemiec oraz zamiarami krajów słowiańskich, szerokiej reslawizacji wschodnich Niemiec. Od 1949 r. do 1970 r. w coraz większej mierze w centrum uwagi pojawiały się zagadnienia polityki wewnętrznej, takie jak tworzenie dwujęzycznego szkolnictwa, problemy rozwoju gospodarczego, a szczególnie socjalistyczna industrializacja i kolektywizacja rolnictwa. Jednak autorzy problematykę tę postrzegali wyłącznie przez pryzmat zimnej wojny. Po 1970 r., dzięki powszechnemu politycznemu odprężeniu, wzrosła rzeczowość poświęconej Serboużyczanom publicystyki.Problem serbołużycki z lat 1945-1948 z punktu widzenia prasy zachodnioniemieckiejZ punktu widzenia współczesnych, w latach 1945-1946 dalszy los Niemiec był sprawą całkowicie otwartą. W prasie dyskutowano wszelakie scenariusze dalszego osłabienia państwa niemieckiego. Pojawiały się obawy przed odłączeniem Szlezwiku i włączeniem go do Danii lub przyłączeniem Nadrenii do Francji. Najbardziej katastrofalnie przedstawiano jednak położenie we wschodnich Niemczech, które dostały się pod okupację radziecką. Pod tytułem "Czy przyszłość Niemiec leży w narodowym w bolszewizmie? (Liegt im Nationalbolschewismus die deutsche Zukunft?)" gazeta "Die Weltwoche", pisała, że Rosjanie z pomocą SED próbują reslawizować wschodnie Niemcy. Inne gazety stwierdzały, że są oni w tych działaniach szczególnie silnie są popierani przez Polskę, Czechosłowację, jak też przez Jugosławię: "Po zakończeniu drugiej wojny światowej Jugosławia i Czechosłowacja były pierwszymi, które wstawiły się za Wendami. [...] W Polsce w latach 45/46 istniała prężna grupa polityczna, która nie chciała zadowolić się granicą na Odrze i Nysie"1. Państwa słowiańskie miały posiadać najprzeróżniejsze plany reslawizacji wschodnich Niemiec, między innymi założenie nowej zachodniosłowiańskiej jednostki państwowej, pod nazwą Słowiańskie Państwo Łużyckie (Slawischer Lausitzstaat) lub Słowiańskie Państwo Połabskie (Slawischer Elbestaat). Kluczową role mieli przy tym odgrywać Serbołużyczanie: "Przecież państwa łużyckiego na tak małym obszarze , na jakim obecnie mieszkają resztki Wendów, nie da się obecnie stworzyć. Zamierza się więc powołać do życia jedno wielkie, dwu lub trzy milionowe państwo łużyckie, w którym nie zgermanizowani Łużyczanie będą mieli możliwość reslawizacji ich zgermanizowanych rodaków. Musi to nastąpić odpowiednio szybko, aby przyczynić się do dalszego osłabienia Niemiec."2 W związku z tym miały pozostawać zamiary serbołużyckich protagonistów. Poczynania serbołużyckich przedstawicieli na niwie wielkiej polityki określano takimi nagłówkami jak: Republika Serbołużycka (Sorbische Republik) lub Rojenia o państwie wendyjskim (Traum vom Wendenreich)3. W taki sposób prasa zachodnioniemiecka szczegółowo informowała o serbołużyckich memorandach na konferencję pokojową w Paryżu w 1946 r., jak też na konferencję ministrów spraw zagranicznych w Moskwie w 1947 r., gdzie Serbołużyczanie żądali między innymi niezależnych Łużyc. Te, często przesadzone, informacje o separatyzmie i reslawizacji wschodnich Niemiec nie ukazywały się wyłącznie w pierwszych latach po zakończeniu drugiej wojny światowej, ale od czasu do czasu jeszcze w latach pięćdziesiątych. Nawet w trakcie rozpoczętej po 1955 r. budowy kombinatu przetwórstwa węgla brunatnego "Čorna Pumpa", określanego w prasie jako serbołużycki kombinat, mówiono w różnych artykułach "o rosyjskich planach utworzenia między Nysą Łużycką a Sprewą wendyjskiego państwa buforowego."4W artykułach prasowych z lat 1945-1948 jasno widać, że dziennikarze patrzyli na Serbołużyczan i Słowian przez pryzmat stereotypów z okresu do 1945 r. Z jednej strony objawiało się przeświadczenie o przewadze zachodniej kultury nad niższą, wschodnią, kulturą słowiańską, z drugiej strony strach, szczególnie przed barbarzyńską Rosją, która rozpościerała swe ręce nad Niemcami.Problem serbołużycki z lat 1949-1970 z punktu widzenia prasy zachodnioniemieckiejPo 1949 r. media zachodnioniemieckie patrzyły na Serbołużyczan jako na wewnętrzny problem wschodnich Niemiec, znajdujących się pod stałym dozorem słowiańskiej zagranicy, przede wszystkim radzieckich władz okupacyjnych. Serbołużyczan postrzegano jako szczególnie uprzywilejowanego "młodszego brata Rosjan". W artykułach prasowych ponownie pojawiły się akcenty antyserbołużyckie i antysłowiańskie. Właśnie w 1949 r., do powstania NRD gazety często dawały wyraz obawom przed Słowianami i serbołużyckim separatyzmem: "Na niemieckiej ziemi powstanie państwo serbołużyckie. Dopiero pod wzrastającą presją Saksonia uległa i zatwierdziła w marcu 1948 r. uchwałą Landtagu, tak zwaną serbołużycką ustawę wolnościową. [...] Serbołużycka lub wendyjska ludność otrzymała tutaj od sowieckich władz okupacyjnych wielkie materialne i ideowe wsparcie. [...] Jednocześnie ze sprawozdań z Łużyc wynika, że grupy Serbołużyczan w Polsce dążą do tego, aby świadczyć służbę wojskową we własnych kompaniach. Widocznie chcą oni stworzyć podstawy własnej, serbołużyckiej armii."5 W mediach krytykowano wspieranie Serbołużyczan oraz wyrażano brak zrozumienia dla powstania dwujęzycznego szkolnictwa, serbołużyckiego teatru, instytutu naukowego itp. Ponownie twierdzono, że ta nadmierna pomoc była skutkiem nacisku ze strony państw słowiańskich: "Od roku 1945 udało się również reżimowi te małe słowiańskie ludowe muzeum sprowadzić do roli mniejszości na czas parad; aby zadośćuczynić serbołużyckim funkcjonariuszom w radzieckiej strefie okupacyjnej oraz ich przyjaciołom w sąsiednich demokracjach ludowych, za niedojście do powstania Wielkiej Serbołużyckiej Republiki Ludowej."6 Obawa przed możliwą reslawizacją wschodnich Niemiec rysowała się po części jeszcze w latach pięćdziesiątych, jak w następującej informacji o budowie kombinatu "Čorna Pumpa", zamieszczonej w "Berliner Morgenpost" z sierpnia 1955 r.: "Komunistyczne starania o Serbołużyczan wkroczyły w nowe stadium. [...] Sztucznie spreparowano część sowieckiej strefy, celem czego było sztuczne stworzenie słowiańskich mniejszości. Przy tym wczoraj jeszcze chodziło tylko o utrzymanie serbołużyckiej kultury ludowej, dziś już o serbołużyckie kombinaty przemysłowe. Jakie roszczenia pojawią się jutro?"7. Wszystkie starania o zachowanie łużyckiego języka i kultury odbierano jako dyktat radzieckich władz okupacyjnych i panslawistycznych kręgów z Polski, Czechosłowacji i Jugosławii. Dziennikarze charakteryzowali Serbołużyczan jako sztuczny produkt wschodnioniemieckiej polityki Związku Radzieckiego: "Będąc posłusznymi rozkazom z Moskwy, władze z Pankow zadały sobie trud, aby mieszkańców Błot, których ich stary słowiański dialekt nie był zbyt żywy, ponownie uczynić odłamem słowiańskiego narodu tak, aby w szkołach nauczano języka łużyckiego i powstały serbołużyckie gazety i biblioteki. [.] Przy tym niedawno utworzona druga serbołużycka szkoła "ze świecą" musi szukać uczniów, a wielu obywateli określanych jako Serbołużyczanie dobitnie poświadcza swą niemiecką przynależność narodową."8Po 1958 r. nastawienie wobec Serbołużyczan w NRD uległo zmianie. Ze strony partyjnych funkcjonariuszy SED pojawiły się żądania podporządkowania łużyckiego języka i kultury socjalistycznemu budownictwu. Najbardziej było to widoczne w obszarze szkolnictwa. Zmiany w polityce mniejszościowej, szczególnie w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych witano w prasie zachodnioniemieckiej jako nową politykę realizmu w NRD: "Właściwym promotorem mniejszości serbołużyckiej od zakończenia wojny jest SED. W czasie ery Stalina robiono często o wiele za dużo. Wymagano, by rodziny serbołużyckie ponownie mówiły po łużycku i nauczano dzieci przedszkolach i szkołach w tym języku. [.] Również dzisiaj są na Łużycach, w okręgach Drezno i Chociebuż serbołużyckie szkoły, ale zostały one znacznie obcięte."9 Mimo wszystko do końca lat sześćdziesiątych w zachodnioniemieckim czasopiśmiennictwie przeważało krytyczne spojrzenie na enerdowską politykę mniejszościową, a Serbołużyczan nadal postrzegano jako naród przez radzieckie siły okupacyjne i SED uprzywilejowany: "Wschodni Berlin przeznacza dla Serbołużyczan znaczne środki finansowe. Nikt dokładnie nie wie, ilu obywateli przyznaje się dziś do bycia Serbołużyczaninem. Na całych Łużycach nie może ich być więcej niż sto tysięcy. Naprzeciw urzędu pocztowego zbudowano nowy, bardzo kosztowny, "Dom Serbów". Wydaje się tu również serbołużycki dziennik. Nazwy ulic w Budziszynie są dwujęzyczne. Ludność miasta jest zdania, że czerwony kult serbołużyckości jest sztucznie rozdmuchany."10Pod względem systemu państwowego NRD była dyktaturą. Partia SED, jako wiodąca siła polityczna i społeczna, dążyła do totalnej kontroli społeczeństwa, gospodarki i kultury. Dążenia te były też widoczne również w polityce mniejszościowej. Także narodowa organizacja Domowina oraz później założone instytucje podporządkowały się politycznemu wpływowi wschodnioniemieckiego państwa. Właśnie ta uległość wiodła w latach pięćdziesiątych i na początku lat sześćdziesiątych do silnych napięć pomiędzy instancjami państwowymi i Domowiną a ludnością serbołużycką. W prasie zachodnioniemieckiej poruszano również tę tematykę, szczególnie w okresach kryzysowych, jak około 17 lipca 1953 r. lub podczas wprowadzania wiosną 1960 r. socjalistycznych stosunków produkcji w rolnictwie. Chętnie ukazywano na sprzeciw ludności wobec polityki państwa. Jednak w prezentacji tych konfliktów było wiele przesady, jak np. w następującej relacji o 17 lipca 1953 r. w dwujęzycznych wioskach Łużyc: "Komunistyczna policja ludowa, w sile wielu tysięcy ludzi, stacjonuje w Błotach, aby pokonać i zlikwidować uzbrojonych w broń ciężką partyzantów. Doniesienia te zostały uwiarygodnione poprzez fakt, że w związku z 17 czerwca, w powiatowym mieście Niska doszło do szczególnie ciężkich starć zbrojnych. [.]według doniesień naocznych świadków, 17 czerwca Serbołużyczanie wszędzie występowali ramię w ramię z Niemcami."11. Sytuacja w kraju była napięta, ale nie do tego stopnia. Uwidoczniło się to również w 1960 r. w trakcie wprowadzania socjalistycznych stosunków produkcji w rolnictwie: "Łużyce nie przysparzają SED zbyt wiele zadowolenia. Pierwsze, nieśmiałe próby kolektywizacji sprzed pięciu laty nie powiodły się wobec silnego oporu serbołużyckich chłopów, jej ateistyczna propaganda pozostała bez wpływu na bardzo religijnie nastawionych Serbołużyczan, a podczas powstania czerwca 1953 r. na Łużycach doszło do szczególnie gwałtownych starć z milicją Ulbrichta. [.] SED odczuła to ponownie, gdy obecnie wysłała do łużyckich wsi agitatorów, podczas przymusowej kolektywizacji doszło, jak nigdzie w środkowych Niemczech, do incydentów. W trzech gminach górnych Błot doszło do otwartego powstania, jedynie pod ochroną policji ludowej 'łowcy rolników' mogli opuścić te wsie. Jednak opór ten, znany dotąd tylko z kilku relacji, nic nie dał. Z okręgu Chociebuż od wielu dni są przedkładane "pomyślne meldunki".12 Informacje o ideologicznych wątpliwościach, szczególnie pośród serbołużyckich chłopów i serbołużyckiej ludności chrześćjańskiej ukazywały się głównie w latach pięćdziesiątych, ale także później gazety drukowały artykuły o problemach pomiędzy instancjami państwowymi a Serbołużyczanami, jak w następującym artykule z roku 1964: "Dziś w oczach SED Serbołużyczanie uważani są za krnąbrnych i aroganckich. Zgorzknienie bonzów partyjnych jest zrozumiałe: "Opór serbołużyckich chłopów wobec przymusowej kolektywizacji był wyjątkowo zaciekły. [.] Serbołużyczanie (katoliccy) nadal bronią się przed ateistyczną Jugendweihe, ich udział znajduje się daleko poniżej przeciętnej w republice. Pankow zarzuca ludności serbołużyckiej haniebną niewdzięczność, ponieważ rozkwit narodowości serbołużyckiej możliwy stał się dopiero po powstaniu państwa robotników i chłopów. [.] 'To SED oddała serbołużyckim chrześcijanom modlitewnik!' Do tego dziwnego stwierdzenia doszedł sekretarz kierownictwa okręgu Drezno w czasie burzliwej dyskusji z nauczycielami i innymi przedstawicielami serbołużyckiej inteligencji w Budziszynie."13 W drugiej połowie lat sześćdziesiątych sytuacja polityczna w NRD coraz bardziej się stabilizowała. Także w ekonomii przeważały pozytywne sygnały. Polityczne sprzeczności pomiędzy wschodem a zachodem nie objawiały się już w tak otwartej formie, co znowu znajdowało odbicie w prasie. Zbliżało się polityczne odprężenie, które nastąpiło w latach siedemdziesiątych.Problem serbołużycki z lat z 1971-1990 punktu widzenia prasy zachodnioniemieckiejPo 1971 r. w pojawiających się w RFN informacjach o NRD objawiła się większa polityczna powściągliwość, co było jednym z symptomów powszechnego w Europie wschodniej i zachodniej odprężenia. W RFN pod socjaldemokratyczno - liberalnym kierownictwem Willego Brandta i Waltera Scheela zainaugurowano również nową politykę wobec wschodu. Uznanie powojennych realiów i pojednanie z Polską i Czechosłowacją, fundamentalny układ z NRD, jak też nawiązanie stosunków dyplomatycznych z krajami ówczesnego bloku wschodniego oraz przystąpienie RFN do ONZ wpływało na media14. W prasie starano się o obiektywniejszy obraz NRD, co objawiało się również w informacjach poświęconym Serbołużyczanom. Zniknął negatywny obraz Serbołużyczan oraz pogardliwe odnoszenie się do mniejszościowej polityki NRD. Przy wszystkich wątpliwościach odnośnie państwa wschodnioniemieckiego podkreślano jego pomoc przy zachowaniu łużyckiego języka i kultury: "Oddając sprawiedliwość trzeba przyznać, że Serbołużyczanom w NRD wiodło się lepiej niż przypuszczalnie kiedykolwiek w ich historii. Ten słowiański naród żyje dziś w większej wolności niż za reżimu Hitlera, bardziej wolny niż pod pruskim i saksońskim panowaniem i ma więcej wsparcia niż w czasach Republiki Weimarskiej."15 Po politycznych napięciach w minionych latach sytuacja widocznie się uspokoiła, a korespondentom wydawało się, że Serbołużyczanie w socjalistycznym społeczeństwie NRD znaleźli swoje miejsce: "Socjalistyczne państwo niemieckie rozwiązało widocznie "kwestię serbołużycką" ku wszechstronnemu zadowoleniu i obustronnej korzyści. Serbołużyczanie zaangażowali się w socjalizm, w zamian zapewniona im została wolność w zakresie kultury - wolność, która służy głównie dbałości o język i kulturę. Za niemałe wsparcie finansowe, które zapewnia Serbołużyczanom państwo, otrzymuje ono jako świadczenie zwrotne wiele odmiennego folkloru."16 W innych gazetach podkreślano, że w zakresie społecznym Serbołużyczanie otrzymali większą autonomię, która zapewniała im spory zakres swobody: "Z powodu swej religijności Serbołużyczanie są w NRD mniej napastowani. [.] Święta religijne, które u Serbołużyczan w sposób naturalny związane są ze starymi obyczajami kulturalnymi, mogą być na Łużycach celebrowane bardziej uroczyście, bardziej otwarcie i z większym zrozumieniem niż gdziekolwiek w NRD. Na Wielkanoc odbywa się słynna wielkanocna procesja konna Serbołużyczan, która z roku na rok liczyć może na coraz liczniejsze uczestnictwo, a na Boże Ciało lub Wniebowstąpienie ciągną wielkie procesje. W poszczególnych miejscowościach, przy każdym domu i ulicy, święta figura w szklanej, kolorowo oświetlonej niszy strzeże domu i podwórza. A w szkole wiejskiej wisi jeszcze na ścianie krucyfiks."17 Polityczne napięcia szczególnie ostro ujawniały się w NRD w latach pięćdziesiątych i na początku lat sześćdziesiątych. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych, szczególnie jednak w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych metody politycznej kontroli były znacznie subtelniejsze. Domowinie i Serbołużyczanom znowu zaoferowano większe możliwości narodowego i językowego zaangażowania. Szczególnie Domowina mocniej zaangażowała się w ochronę łużyckiego języka i kultury. Również przeciwieństwa pomiędzy kościołami a instancjami państwowymi nie miały już aż tak konfrontacyjnego charakteru. Z drugiej strony jednak Domowina nie miała zbyt dużego pola manewru, jawiła się ona jako ujednolicana, masowa organizacja socjalistyczna: "Odkąd Domowina - Związek Łużyckich Serbów stała się ostatecznie socjalistyczną organizacją masową, zdaje ona co cztery, pięć lat na swych związkowych zgromadzeniach zawsze te same wyznania: o wiodącej roli panującej w NRD partii jedności, wspólnej socjalistycznej ojczyźnie Niemców i Serbołużyczan, uczestnictwa w budowie socjalizmu, współdziałania we wzroście gospodarczym i socjalistycznej konkurencji, wypełnienia i przekraczania planu, przyjaźni ze Związkiem Radzieckim, antyimperialistycznej solidarności z krajami trzeciego świata."18Domowina jedynie w trakcie kongresów związkowych z lat 1977, 1982 i 1987, w zatwierdzonych przez Komitet Centralny SED sprawozdaniach mogła się jasno wypowiedzieć o problemach języka łużyckiego, podtrzymać to stanowisko w apelach do Serbołużyczan i zachować je w żądaniach skierowanych do instancji państwowych. Te nowe, w porównaniu do lat sześćdziesiątych, tony rejestrowane były również w prasie w zachodnich Niemiec: "Gros był jednak również tym, który wezwał Serbołużyczan do tego, aby nie tylko identyfikowali się ze swą narodowością, lecz również uczyli się języka łużyckiego, mówili i uczyli w nim dzieci, ponieważ inaczej zaginie najcenniejszy nośnik ich identyfikacji. Poeta Jurij Brezan artykułował tę samą troskę, gdy apelował do swych kolegów-pisarzy, aby pisać więcej i lepszych książek w języku łużyckim. Delegatka Christine Metasch krytykowała fakt, że w dwujęzycznych Łużycach nie ma wystarczająco dużo przedszkoli, w których mówiłoby się po łużycku. A inna delegatka, Marja Koban, zwróciła uwagę na socjalne następstwa szeroko zakrojonego w okręgu Chociebuż wydobycia węgla brunatnego, także dla spoistości narodowościowej Serbołużyczan: Mieszka ona teraz z kilkoma innymi rodakami na obszarze nowego budownictwa w powiatowym mieście Grodk, po tym jak musiała opuścić swą wioskę Bukowk, ponieważ padła ona ofiarą wydobycia węgla."19 Zanikanie kultury i języka łużyckiego pozbawionej podpory ze strony państwa było jednym z głównych tematów w publicystyce zachodnioniemieckiej prasy z lata siedemdziesiątych i osiemdziesiątych: "Dziś w Budziszynie i Chociebużu słyszy się niewiele języka łużyckiego. Nazwy ulic i nazwy miejscowe są jednak na terenach serbołużyckich podane w dwóch językach. Według danych urzędowych mniejszości serbołużyckiej w NRD powodzi się tak dobrze jak nigdy. [...] Jednak mimo przyznanej autonomii kulturalnej obyczajom i tradycjom Serbołużyczan grozi wymarcie. Coraz mniej Serbołużyczan mówi, spokrewnionymi z językami polskim i czeskim. dialektami górno i dolnołużyckim. Młodzi wywędrowują na tereny przemysłowe. Serbołużycki strój noszony jest jeszcze tylko przez starsze kobiety."20Rozwój gospodarczy, socjalny i demograficzny można uznać za decydującą przyczynę asymilacji Serbołużyczan. Ten proces uległ przyśpieszeniu z powstaniem na Łużycach węglowego i energetycznego centrum NRD. Tak zwany szok paliwowy z 1973 r. skutkował dalszą rozbudową górnictwa węgla brunatnego. Jednym ze skutków tego procesu było to, że spośród wszystkich 77 pochłoniętych przez wydobycie węgla brunatnego wiosek, nie mniej jak 49 zostało zniszczonych w latach 1974 - 1989. Jednym ze znamion ekspansywnej polityki wydobywczej po 1974 r. był rosnący rozdźwięk pomiędzy dewastacją środowiska naturalnego a jego rekultywacją i ponownym zalesianiem. Serbołużyccy pisarze, najpierw szczególnie Kito Lorenc, byli pierwszymi, którzy powątpiewali w ówcześnie kultywowaną rewolucję naukowo-techniczną. Przedstawiciele państwa oraz lokalni funkcjonariusze opisywali buchające z kominów słupy ognia jako wyznacznik łużyckiego pejzażu, tymczasem u Lorenca już w latach sześćdziesiątych pojawiły ekologiczne wątpliwości. Obserwacja dalszej intensyfikacji łużyckiego górnictwa wzmagała jego krytykę. Na ten fenomen wskazywano także od czasu do czasu w zachodnioniemieckiej publicystyce: "Kito Lorenc, [...] ubolewa nad postępującym niszczeniem krajobrazu. W swoim tomie wierszy Flurbereinigung określa on swoją zniszczoną przez wydobycie węgla ojczyznę "plugawą krainą Schlaraffenland" 21NRD w trakcie swej czterdziestoletniej egzystencji zużyła na potrzeby górnictwa węgla brunatnego około 120 000 hektarów, lecz z tego rekultywowano tylko 50 procent, w dodatku z licznymi ekologicznymi niedostatkami. Łużycki rewir wydobywczy, gdzie zawsze było mniej czasu na rekultywację, był znacznie bardziej zniszczony: "Droga ze Złego Komorowa i Welceja przez kombinat gazowy "Čorna Pumpa" i elektrownię Dubrawa do Gródka pozwala pojąć, czym są te dziury: ponure, pozbawione wegetacji zagłębienia gruntu ciągnące się przez wiele kilometrów kwadratowych. [...] Rekultywacja, jeżeli w ogóle do niej dochodzi, następuje w porównaniu z rejonami wydobycia węgla brunatnego w okręgach Halle i Lipsk znacznie później" 22 W gazetach RFN od lat siedemdziesiątych regularnie informowano o ekologicznych problemach w NRD, jak w następującym artykule o problemach w Błotach: "Pobliskie wielkie elektrownie Lubnjow i Wetošow zasilane są łużyckim węglem brunatnym i chłodzone wodą Sprewy, która odtąd nie zamarza. [...] Siarczany "oddech" elektrowni czuje się aż w Berlinie."23W NRD rozwijała się na skutek ekologicznego kryzysu nieoficjalna, lecz krytyczna dyskusja, w trakcie której zabrali głos następni serbołużyccy pisarze, jak Jurij Koch i Benedikt Dyrlich. W 1986 r. postanowiono powiększyć wochozańskie wyrobisko węglowe, co doprowadziłoby do dewastacji wsi Miłoraz, Mulkecy, Rowno i Slepo. W listach otwartych, dyskusjach i esejach szczególnie Jurij Koch domagał się zachowania tej dwujęzycznego rejonu. Udało się jemu przekonać także do swoich racji związek pisarzy. Ta kolektywna prośba nie zmieniła jednak enerdowskiej polityki energetycznej. Oprócz tego inicjatywy te dotarły tylko do ograniczonego kręgu opinii publicznej. Zachodnioniemieckie gazety odnotowały te inicjatywy dopiero w czasie przewrotu 1989/1990: "Czym Valentin Rasputin dla mieszkańców Syberii, tym dla Serbołużyczan jest Jurij Koch. Pisarz Rasputin walczył o jezioro Bajkał. Pisarz Koch walczy o serbołużyckie wioski. Wioski pod którymi znajdują się pokłady węgla brunatnego i które mają zniknąć z mapy."24Kiedy pod koniec istnienia NRD dwujęzyczna ludność Łużyc miała demonstrować za zachowaniem swoich wsi, popierana była przez serbołużyckich pisarzy prelekcjami, otwartymi listami lub esejami. Długo trwała walka o dwujęzyczne Klitno, którego zachowanie było wówczas wielkim sukcesem dla wielu Serbołużyczan i Niemców. Gazeta "Rheinischer Merkur" pisał o tym: "Po raz pierwszy ma być publicznie poruszony problem, który był dotąd dla mediów NRD tabu: brak skrupułów, prawie wyłącznie na węgiel brunatny zorientowanej polityki energetycznej, która zagraża egzystencji Serbołużyczan, jedynej mniejszości narodowej w NRD. Nie bez przyczyny serbołużycki pisarz Jurij Koch żąda przełomu w polityce energetycznej NRD, aby przez to nie doszło do ludobójstwa. W samym okręgu Chociebuż, według obecnych planów, jedna czwarta całej powierzchni padnie do roku 2020 ofiarą wydobycia węgla brunatnego. Następstwem byłaby utrata ważnej części przestrzeni życiowej Serbołużyczan i zagrożenie egzystencji ich językowej i kulturowej substancji." 25Przewrót z lat 1989-90 doprowadził do tego, że w zachodnioniemieckiej prasie publicystyka poświęcona Serbołużyczanom rozrosła się. Z jednej strony były to ogólne informacyjne artykuły o Serbołużyczanach, z drugiej strony tematyka dotycząca ich sytuacji w przededniu zjednoczenia Niemiec. Mimo wszystko okazało się jednak, że w zachodniej części Niemiec bardzo mało o Serbołużyczanach wiedziano, a dominowały przesądy i stereotypy.Przypisy:1 "Nach dem Ende des zweiten Weltkrieges waren es Jugoslawien und die Tschechoslowakei, die zuerst öffentlich für die Wenden eintraten. [.] In Polen gab es 1945/46 eine rührige politische Gruppe, die sich mit der Oder-Neiße-Grenze nicht zufrieden geben wollte.", Slawophile Agitationen, "Die Welt" z 19. 02. 1948.2 "Doch kann man einen Lausitzer Staat auf dem kleinen Gebiet, auf dem gegenwärtig noch Reste der Wenden wohnen, nicht schaffen. Man will einen großen, zwei oder drei Millionen Menschen zählenden Lausitzer Staat schaffen, in dem die nichtgermanisierten Lausitzer die Möglichkeit der Reslawisierung ihrer germanisierten Landsleute haben. Dies müsse genügend rasch erfolgen, um zu einer weiteren Niederlage Deutschlands beizutragen." Lausitzer Elbestaat, "Der Kurier" z 8. 11. 1946.3 Sorbische Republik, "Lübecker Freie Presse" z 16. 12. 1947; Traum vom Wendenreich, "Münchner Anzeiger" z 27. 10. 1947.4 Politik um die Domowina. SED will sorbisches Industriekombinat eröffnen, "Berliner Morgenpost" z 25. 8. 1955.5 "Deutsches Kernland wird zum Sorbenstaat. Erst unter anhaltendem Druck gab Sachsen nach und billigte durch Landtagsbeschluss im März 1948 das sogenannte Sorbische Freiheitsgesetz. [.] Hier erhält die sorbische oder wendische Bevölkerung von den sowjetischen Besatzungsbehörden größte materielle und ideelle Förderung. [.] Gleichzeitig geht aus Berichten der Lausitz hervor, dass sorbische Gruppen in Polen in eigenen Kompanien Militärdienst leisten sollen. Anscheinend will man den Grundstock für die eigene sorbische Armee schaffen." Slawischer Grenzwall in Mitteleuropa, "Rheinpfalz", 15. 9. 1949; "Norddeutsche Zeitung", 17. 9. 1949.6 "Seit 1945 ist es auch tatsächlich vom Regime gelungen, jenes kleine slawische Volksmuseum zu einer Parade-Minderheit hochzupäppeln; offenbar glaubt man gar nicht genug tun zu können, um die Sorbenfunktionäre in der Zone und ihre Freunde in den benachbarten ,Volksdemokratien' für das Nichtzustandekommen einer eigenen Großsorbischen Volksrepublik zu entschädigen", Sorben-Bewegung in der Krise: Lausitzer Domowina-Organisation im Spiegel selbstkritischer Betrachtungen, "Westfälische Rundschau" z 6. 09. 1957.7 "Die kommunistischen Bemühungen um die krampfhaft hochgepäppelten Sorben ist in ein neues Stadium getreten. [.] Hier wird künstlich ein Teil der Sowjetzone für Aufgaben präpariert, deren Endziel in der künstlichen Schaffung slawischer Minderheiten besteht. Gestern ging es dabei noch um die Erhaltung sorbischer Volkskultur, heute bereits um sorbische Industriekombinate. Welche Ansprüche werden morgen gelten?", Politik um die Domowina. SED will sorbisches Industriekombinat eröffnen, "Berliner Morgenpost" z 25. 08. 1955.8 "Die Pankower Behörden haben sich nun, den Moskauer Befehlen gehorchend, die größte Mühe gegeben, die Menschen im Spreewald, bei denen ihr alter slawischer Dialekt kaum noch lebendig war, wieder zu einem slawischen Volksstamm zu machen, indem an Schulen Sorbisch gelehrt und auch sorbische Zeitungen und Bibliotheken gegründet wurden. [...] Dabei muss eine unlängst gegründete zweite sorbische Oberschule mit der ,Laterne' nach Zöglingen suchen und viele als Sorben eingetragene Bürger lassen außerdem ausdrücklich sich ihre deutsche Zugehörigkeit beurkunden.", Sorben blicken nach Dresden, "Industrier-Kurier" z 29. 09. 1956.9 "Der eigentliche Förderer der sorbischen Minderheit ist seit Kriegsende die SED. Zur Zeit der Stalin-Ära wurde dabei des Guten oft zuviel getan. Man verlangte, dass die sorbischen Familien wieder sorbisch sprachen und unterrichtete die Kinder in Kindergärten und Schulen in dieser Sprache. [.] Auch heute gibt es in der Lausitz, in den Bezirken Dresden und Cottbus, sorbische Schulen, aber die Übertreibungen [.] sind kräftig zurückgeschnitten worden.", Schwarze Pumpe - Tod der Sorben? Ein Besuch bei der slawischen Minderheit in und um Bautzen, "Christ und Welt" z 30. 09. 1966.10 "Für die Sorben wendet Ostberlin erhebliche finanzielle Mittel auf. Kein Mensch weiß genau, wie viel Bürger sich heute noch zum Sorbentum bekennen. Viel mehr als einhunderttausend in der gesamten Lausitz dürften es kaum sein. Gegenüber dem Postamt wurde ein neues, sehr aufwendiges ,Haus der Sorben' gebaut. Hier wird auch eine sorbische Tageszeitung herausgegeben. Die Bezeichnung der Straßen in Bautzen ist zweisprachig. Die Bevölkerung der Stadt ist allerdings vielfach der Ansicht, dass der rote Sorbenkult künstlich aufgeblasen ist.", Sorbenkult macht kaum jemand mit, "Ruhr-Nachrichten" z 12. 07. 1968.11 "Die kommunistische Volkspolizei steht in Stärke von mehreren Tausend Mann im Spreewald, um die schwer bewaffneten Partisanen zu bekämpfen. Diese Meldungen gewannen an Wahrscheinlichkeit durch die Tatsache, dass im Zusammenhang mit dem 17. Juni besonders im Gebiet der Kreisstadt Niesky schwere bewaffnete Auseinandersetzungen stattgefunden hatten. [...] Der 17. Juni sah nach Augenzeugenberichten die Sorben überall Schulter an Schulter mit den Deutschen", Sorbische Rhapsodie, "Deutsche Studentenzeitung", kwiecień/Maj 1954.12 "Die SED hat keine rechte Freude an der Lausitz. Ihre ersten schüchternen Kollektivierungsversuche dort scheiterten bereits vor fünf Jahren an dem zähen Widerstand der sorbischen Bauern, ihre atheistischen Stoßtruppunternehmen blieben ohne Eindruck auf die sehr religiös eingestellten Sorben, während des Juni-Aufstandes 1953 kam es auch in der Lausitz zu besonders heftigen Zusammenstößen mit Ulbrichts Miliz. [.] Das bekam sie erneut zu spüren, als sie jetzt ihre Agitatoren in die Dörfer der Lausitz schickte, wo es bei der Zwangskollektivierung zu Zwischenfällen kam wie sonst nirgendwo in Mitteldeutschland. Allein in drei Gemeinden des Oberspreewaldes kam es zu offenem Aufruhr, nur im Schutz der Volkspolizei konnten die ,Bauernfänger' die Dörfer wieder verlassen. Aber all dieser Widerstand, wie er nur in einigen Fällen bisher bekannt geworden ist, hat nichts genutzt. Für den Bezirk Cottbus liegt bereits seit Tagen eine ,Erfolgsmeldung' vor.", SED hat keine Freude an den Sorben. In der Lausitz ist der Widerstand gegen Ulbrichts Maßnahmen am stärksten, "Westfälische Rundschau" z 04. 04. 1960.13 "Heute gelten die Sorben in den Augen der SED als renitent und anmaßend. Die Erbitterung der Parteigewaltigen ist verständlich: Der Widerstand der sorbischen Bauern gegen die Zwangskollektivierung war äußerst heftig. [.] Nach wie vor wehren sich die (katholischen) Sorben gegen die atheistische Jugendweihe, ihre Beteiligung liegt weit unter dem ,Republikdurchschnitt'. Pankow wirft der sorbischen Bevölkerung schnöde Undankbarkeit vor, weil das Aufblühen des sorbischen Volkstums erst mit der Errichtung des Arbeiter- und Bauernstaates möglich geworden sei. [. ] ,Es war die SED, die den sorbischen Christen das Gebetbuch wiedergegeben hat!' Zu dieser merkwürdigen Behauptung verstieg sich der Sekretär der SED-Bezirksleitung Dresden in der heftigen Auseinandersetzung, die er mit Lehrern und anderen Vertretern der sorbischen Intelligenz in Bautzen hatte.", Pankows Sorgen mit den Sorben: Lausitzer Wenden leisten dem Ulbricht-Regime Widerstand, "Braunschweiger Zeitung" z 04. 06. 1964.14 Patrz: S. Wolle, Die heile Welt der Diktatur: Alltag und Herrschaft in der DDR 1971-1989, Bonn 1998, str. 57, 82 sl.15 "Gerechterweise muss man festhalten, dass es den Sorben in der DDR besser geht als vermutlich jemals in ihrer Geschichte. Dieses slawische Volk lebt heute freier als unter dem Hitlerregime, freier als einst unter preußischer und sächsischer Fürstenherrschaft und es hat mehr Unterstützung und Förderung als zur Zeit der Weimarer Republik.", Ortstafeln? Kein Problem: Gegenüber ihrer slawischen Minderheit betreibt die DDR liberale Politik, "Panorama-Kurier" z 27.0 6. 1978.16 "Der sozialistische deutsche Staat hat offenbar die ,sorbische Frage' zur allseitigen Zufriedenheit und zum beiderseitigen Vorteil gelöst. Die Sorben haben sich politisch mit dem Sozialismus arrangiert, dafür wird ihnen kulturelle Freiheit gewährt - eine Freiheit freilich, die hauptsächlich zur Traditions- und Sprachpflege dient. Für die nicht geringe finanzielle Unterstützung, die der Staat den Sorben gewährt, bekommt er als Gegenleistung viel fremdartige Folklore.", Lauter weiße Neger: Die Kultur der Sorben, der einzigen nationalen Minderheit in der DDR, auf einem Festival in Bautzen, "Frankfurter Allgemeine Zeitung" z 08. 06. 1989.17 "Weniger als ihre deutschen Mitbürger werden die Sorben in der DDR auch wegen ihres Glaubens behelligt. [.] Religiöse Feste, die sich bei den Sorben natürlich unweigerlich mit einem alten kulturellen Brauchtum verbunden haben, können in der Lausitz aufwendiger, ungenierter und selbstverständlicher zelebriert werden als anderswo in der DDR. Zu Ostern gibt es das berühmte Osterreiten der Sorben, das von Jahr zu Jahr mit größerer Beteiligung rechnen kann, und zu Fronleichnam oder Christi Himmelfahrt ziehen große Prozessionen herum. Und in den Orten wacht an jedem Haus, zur Straße hin, eine Heiligenfigur in einer verglasten, bunt ausgeleuchteten Nische über Heim und Hof. Und in der Dorfschule hängt noch das Kruzifix an der Wand.", Ortstafeln? Kein Problem: Gegenüber ihrer slawischen Minderheit betreibt die DDR liberale Politik, "Panorama-Kurier" z 27. 06. 1978.18 "Seit die Domowina/Bund Lausitzer Sorben endgültig eine sozialistische Massenorganisation ist, legt sie alle vier, fünf Jahre auf ihren Bundeskongressen immer die gleichen Bekenntnisse ab: zur führenden Rolle der herrschenden sozialistischen Einheitspartei in der DDR, dem gemeinsamen sozialistischen Vaterland der Deutschen und Sorben, zur Beteiligung am Aufbau des Sozialismus, zur Mitwirkung am Wirtschaftswachstum und am sozialistischen Wettbewerb, zur Planerfüllung und -übererfüllung, zur Freundschaft mit der Sowjetunion, zur antiimperialistischen Solidarität mit den Ländern der Dritten Welt.", Sozialistische Bürger sorbischer Nationalität: In der DDR leben noch rund 100 000 Sorben/ Politisch integriert, kulturell eigenständig, "Süddeutsche Zeitung" z 29. 03. 1987.19 "Grós war es aber auch, der die [.] Sorben dazu aufrief, sich zu ihrem Sorbentum nicht nur zu bekennen, sondern die sorbische Sprache auch zu lernen, zu sprechen und sie ihren Kindern zu lehren, weil anders der wertvollste Träger ihrer Identität verloren ginge. Der Dichter Jurij Brězan artikulierte die gleiche Sorge, als er an seine Schriftsteller-Kollegen appellierte, mehr und bessere Bücher in sorbischer Sprache zu schreiben. Die Delegierte Christine Metasch kritisierte, dass es in der zweisprachigen Lausitz nicht genügend Kindergärtnerinnen gebe, die sorbisch sprechen können. Und Marja Koban, eine weitere Delegierte, verwies auf die sozialen Folgen des im Bezirk Cottbus massiv und weiträumig betriebenen Braunkohlen-Tagebaus auch für den Zusammenhalt der Sorben: Sie lebt jetzt mit einigen anderen Landsleuten in einem Neubaugebiet der Kreisstadt Spremberg, nachdem sie ihr Dorf Klein-Buckow hatte verlassen müssen, weil es dem Kohlenbergbau zum Opfer fiel.", Sozialistische Bürger sorbischer Nationalität: In der DDR leben noch rund 100 000 Sorben/ Politisch integriert, kulturell eigenständig, "Süddeutsche Zeitung" z 29. 03. 1987.20 "Heute hört man in Bautzen und Cottbus kaum noch sorbisch. Straßennamen und Ortsbezeichnungen sind jedoch in den Sorbengebieten zweisprachig angegeben. Nach amtlichen Angaben geht es der sorbischen Minderheit in der DDR so gut wie nie zuvor. [.] Doch trotz der zugebilligten kulturellen Autonomie sind Sitten und Gebräuche der Sorben vom Aussterben bedroht. Immer weniger Sorben sprechen die dem Polnischen und Tschechischen verwandten Dialekte Ober- und Niedersorbisch als Muttersprache. Die Jungen wandern ab in die Industrie. Die sorbische Tracht [.] wird nur noch von den alten Frauen getragen.", Trotz kultureller Selbständigkeit der Slawen um Cottbus und Bautzen: Sind die Sorben im Aussterben?, "Spandauer Volksblatt" z 14. 08. 1977.21 "Kito Lorenc, [.], bedauert denn auch die fortschreitende Zerstörung der Landschaft. In seinem großen Gedichtband ,Flurbereinigung' nennt er seine vom Kohleabbau verwüstete Heimat ein ,dreckiges Schlaraffenland'. Er schließt sein Gedicht mit einer unmissverständlichen Anklage: ,Oh Heimat, dreckiges Schlaraffenland - ich könnt/ davonlaufen wie die Lutken, die Zwerge, einst/ vor den Glocken, entfliehn wie die Fische/ der übelriechenden Struga.", Oh Heimat, dreckiges Schlaraffenland, "Die Welt" z 05. 07. 1978.22 "Auf dem Weg von Senftenberg und Welzow über das Gaskombinat ,Schwarze Pumpe' und das Kraftwerk Trattendorf bis nach Spremberg, lernt man begreifen, was diese Restlöcher sind: düstere, vegetationslose Bodenvertiefungen über viele Quadratkilometer. [.] Nachfristig, wenn überhaupt, kommt hier im Vergleich zu den Braunkohlengebieten in den Bezirken Halle und Leipzig die Rekultivierung in Gang.", Zwischen Guben und Elsterwerda: Streifzüge durch den Kohle- und Energiebezirk der DDR, "Frankfurter Allgemeine Zeitung" z 05. 02. 1977.23 "Die nahen Großkraftwerke Lübbenau und Vetschau werden mit Lausitzer Braunkohle gefüttert und durch Spreewasser gekühlt, das seither nicht mehr zufriert. [...] Der schweflige ,Atem' der Kraftwerke ist bis nach Berlin hin zu riechen.", Gezähmte Wildnis: Mini-Kreuzfahrt durch den Obersspreewald, w "Rheinischer Merkur" z 16. 06. 1989.24 "Was Valentin Rasputin für die Sibirier, ist Jurij Koch für die Sorben. Der Schriftsteller Rasputin hat um den Baikalsee gekämpft. Der Schriftsteller Koch kämpft um sorbische Dörfer. Dörfer unter denen Braunkohle lagert und die deshalb von der Landkarte verschwinden sollen.", "Die Zeit" z 12. 01. 1990.25 "Erstmals wird damit in der Öffentlichkeit ein Problem angesprochen, das bisher für die Medien der DDR tabu war: die Rücksichtslosigkeit der fast ausschließlich auf den Abbau von Braunkohle orientierten Energiepolitik, die die Existenz der Sorben, der einzigen nationalen Minderheit in der DDR gefährdet. Nicht umsonst fordert der sorbische Schriftsteller Jurij Koch eine Wende in der Energiepolitik der DDR, damit es zu keinem ethnischen Genozid komme. Allein im Bezirk Cottbus würden nach den gegenwärtigen Planungen bis zum Jahre 2020 ein Viertel der gesamten Fläche dem Braunkohlentagebau zum Opfer fallen. Die Folge wäre der Verlust eines wichtigen Teils des Lebensraumes der Sorben und eine existentielle Gefährdung ihrer sprachlichen und kulturellen Substanz.", Das Leiden nimmt kein Ende: Der Braunkohlentagebau in der DDR bedroht den Lebensraum der Sorben, "Rheinischer Merkur" z 23. 03. 1990.

Zbigniew Kościów Michał Nawka ( 1885 - 1968 ) i Jan Skala należeli do tej grupy patriotów łużyckich, którzy zrezygnowali w swej działalności z nadmiaru patetycznych haseł na rzecz realistycznego programu i jego konkretnego urzeczywistniania w wielu dziedzinach[1]. Zarówno zbieżność poglądów, jak też dziedziny uprawianej sztuki i przynależność do łużyckiego Sokoła przesądziły o wieloletniej przyjaźni Nawki i Skali, którą przerwała dopiero śmierć.Obaj ci wybitni Łużyczanie pochodzili z rdzennie łużyckich rodzin i pierwsze lata życia spędzili w miejscowościach w których język łużycki i rodzime obyczaje były codzienną rzeczywistością. Nieco inaczej przedstawiały się sprawy edukacji Nawki i Skali. Pierwszy z nich ukończył katolickie seminarium nauczycielskie w Budziszynie, drugi musiał zrezygnować z nauki w szkole. Nawka przez całe życie pełnił służbę nauczycielską przede wszystkim w środowisku łużyckim, Skala wyuczył się zawodu ceramika i pracował w czeskich i niemieckich fabrykach, uzupełniając wykształcenie ogó. Nieco inaczej przedstawiały się sprawy[2]. Później zajął się dziennikarstwem i twórczością literacką.Młodszy od Nawki o cztery lata Skala nieco później zadebiutował jako publicysta i poeta, pisząc początkowo po niemiecku. Nawka zaczynał od razu jako autor tworzący w ojczystym języku. W pisarstwie obu dużą rolę odegrał nauczyciel Franc Kral. Nawce oszczędzone było wojowanie w latach 1914 - 1918, Skala nie uniknął wojaczki. Jednocześnie obaj nie poniechali twórczej pracy także w czasie wojny i Skala mógł w 1920 roku opublikować swe łużyckie wiersze z lat 1910 - 1916. Po zakończeniu pierwszej wojny światowej i Nawka i Skala zaczęli energicznie pracować na rzecz łużyckich organizacji społecznych i kulturalnych. Obaj uczestniczyli w zlocie sokolstwa w Pradze 1920 roku. Następnie Skala, od 1924 roku, nawiązał bliskie kontakty ze Związkiem Polaków w Niemczech, a Nawka z uniwersytetem ludowym w Dalkach. Książki autorstwa Nawki były wykorzystywane w polskim gimnazjum w Bytomiu, gdzie uczyli się też Serbołużyczanie. Po roku 1934 Nawka i Skala byli prześladowani przez hitlerowców. Przyczyną były m.in. uporczywe kontakty z Czechami i Polakami, przy czym podkreślić trzeba, że wygnany z Łużyc do Kamienicy Nawka pomagał czeskim i polskim robotnikom przymusowym, a jako gorliwy katolik nie wahał się pomóc zbiegłw w Niemczech, a Nawka z uniwersytetem ludowym[3]. Powodowany humanitaryzmem Skala padł ofiarą osobników, którym humanitaryzm był zupełnie obcy.Zarówno Nawka jak i Skala dużą rolę w realizowaniu swych światopoglądowych zasad i narodowo-społecznych idei przypisywali pisarstwu. W jednym ze swych pierwszych tekstów Nawka dobitnie deklarował, że pisze nie dla sławy czy czasów, które przemijają, ale dla ojcowizny, przy czym podkreślał konieczność posługiwania się językiem pozbawionym komplikacji i nawiązującym do rodzimych, ludowych przykładów. Dla tego celu zmobilizował swe siły nie tylko w poezji i nowelistyce, ale też w dziennikarstwie. Podobnie myślał Skala, który przypisywał prasie wysoką wartość w kształceniu ludu łużyckiego. Pisząc m.in.: Obok szkoły jedną z najważniejszych dziedzin [kulturotwórczych] jest dziennikarstwo. Prasa jest chlebem codziennym każdego narodu, a też bronią służącą yckiego. Pisząc m.in.: Obok szkoły[4].W centrum programu patriotycznego Nawki i Skali znajdowała się idea solidarności słowiańskiej, a częściowo też nadzieja na pomoc Słowian w podtrzymaniu łużyckiej substancji narodowej. Nawka w jednym z wierszy pisał bez ogródek, że życie i przyszłość znajdują się w Słowiaństwie, a Skala podkreślał, że Łużyczanie są Substancji narodowej.Także pogląd, że podstawą utrzymania serbskości na Łużycach jest gospodarczo silne rolnictwo serbskie był współny dla Nawki i Skali, w czym obaj szli drogą wytyczoną przez Jakuba Barta - Ći?inskiego i Arnosta Barta.Skala i Nawka pisali wiersze od młodych lat. Przeważa w ich twórczości poetycka liryka, ale nie brakuje poezji o wydźwięku epickim i poświęconych dzieciom. Zwłaszcza Nawka napisał dużo wierszy o dzieciach i dla dzieci, co uzasadniał w jednym z listów następująco: Chcąc nasz naród zachować piszę też dla najmniejszych. Skala jednocześnie opiewał walory serbskich matek i żon, którym poświęcił 19 poetyckich tekstów. Nawka - według Jurija Młynka ( przedwcześnie zmarłego znawcy literatury i polonofila ) - osiągnął pozycje autora o suwerennym, poważnym stylu osobistym, którego poezje niejako są pomostem między dlaśinskim, a późniejszymi basnikami do których zalicza się basnikami do[5].Analogie wykazuje także prozatorska twórczość obu autorów pod względem tematyki i nowych ujęć, o czym świadczy m.in. nowela Nawki Raca i Skali Alkohol. Natomiast ilościowo dobytek prozatorski Skali jest skromniejszy id tego, który pozostawił Nawka. Przewyższa natomiast Nawkę ilością tekstów publicystycznych. I Skala i Nawka byli krytycznymi obserwatorami łuzyckich realiów, apierwszy z nich wnikliwie przewidywał zmiany, jakie miała przynieść Łużyczanom postępująca industrializacja. Autorzy ci nie stronili w swym pisarstwie od humoru, a nieraz gorzkiej ironii. O ile w pisarstwie Nawki pojawiały się często akcenty moralistyczno-dydaktyczne, o tyle Skala raczej ich unikał. Nie działał też na polu muzyki, którą Nawka intensywnie zajmował się jako organista, dyrygent chóralny, kompozytor i autor licznych tekstów opracowywanych przez takich twórców jak Bjarnat Krawc czy Jurij Pilk. Wśród przekładów poezji, których autorem jest Nawka są też tłumaczenia z polskiego.Obaj ci patrioci łużyccy pracując na rzecz swojej społeczności tworzyli to, co prof. Leszek Kuberski określił jako symbol wspólnej działalności, przyjaźni i więzi między Słowianami[6] [1] Rudolf Jenč, Stawizny serbskeho pismowstwa, t. II, Budziszyn 1960, s.386.[2] Dietrich Scholze, Stawizny serbskeho pismowstwa 1918 - 1945, Budziszyn 1998, s.89.[3] Eugenia Kocwa, Ucieczka z Ravensbrück, Kraków 1969, s.154-156.[4] Scholze, op. cit., s.90.[5] Jurij Młynk, Michał Nawka jako basnik, Lětopis Instituta za serbski ludospyt, seria A, nr 13/2, Budziszyn 1966, s.166-167.[6] Leszek Kuberski. Jan Skala 1889 - 1945. Biografia polityczna, Opole 1988, s.256.

Dietrich Scholze-Śołta Na skutek wielu przyczyn natury społecznej i kulturalnej z codziennego użycia wychodzi dziś język łużycki, najważniejszy wyznacznik tożsamości Serbołużyczan. Tym samym kurczy się dwujęzyczne terytorium historycznych Łużyc Górnych (leżących we wschodniej części kraju federalnego Saksonia) i Łużyc Dolnych ( na południowym wschodzie landu Brandenburgia). Na proces asymilacji wpływają przede wszystkim postępująca modernizacja przemysłu i różne przemiany strukturalne, wśród nich rozwój kopalnictwa węgla brunatnego i opartych na nich elektrowni. Dochodzi do tego przewaga języka niemieckiego we wszystkich niemal istotnych dziedzinach życia. A mimo to: Obszar o długości ponad stu kilometrów i szerokości czterdziestu kilometrów między granicą niemiecko-czeską a Bagnami Szprewskimi (Spreewald) na południe od Berlina od tysiąca czterystu lat zamieszkują Słowianie.Jest ich po obu stronach Szprewy około 30 - 40.000 Górnych i 10 - 20.000 Dolnych Łużyczan. Pod koniec wędrówki ludów, w VI i VII wieku, przywędrowali z praojczyzny (gdzieś na północ od karpat) do terenów nad Łabą i Soławą (Oni są przecież częścią tzw. Słowian nadłabskich.) /Zresztą na całym terenie byłej NRD znajdujemy bardzo dużo słowiańskich nazw miejscowych./ Ale Słowianie ci nie założyli państwa. Większość ich plemion została zasymilowana już do wieku XVI przez Niemców, którzy podbijali owe tereny stopniowo od czasów Karola Wielkiego (czyli między IX a XII wiekiem). Przetrwali Łużyczanie (Łuźicenjo) i Milczanie (Milcenjo), którzy osiedlili się na dość odległych obszarach Dolnych i Górnych Łużyc nigdy właściwie nie interesujących wielkich dynastii.Od XVI wieku datujemy zwykle początki świadomości narodowej u Łużyczan, których Niemcy nazywali Wenden; oni sami określają siebie do dziś jako Serbów (Serbja lub Serby). W epoce reformacji, większość poddanych łużyckich przeszła na nową, luterańską wiarę (razem z władcami oczywiście) - tylko około 20.000 Łużyczan Górnych zostało - jako poddani klasztoru w Panc icach lub kapituły budziszyńskiej - przy wierze katolickiej. A właśnie oni zachowali tożsamość narodową i religijną najpełniej do dziś. Konkurencja obu wyznań miała pozytywny efekt: przyczyniła się do wzmożonego wydawania pism religijnych - pierwszy przekład biblii (NT) powstał do roku 1548 w Żarach i Lubanicy, tzw. po stronie ewangelickiej. Najstarsze świadectwo językowe jednak to przysięga mieszczan budziszyńskich z ok. roku 1530 (wtedy była jedna trzecia mieszkańców miasta pochodzenia serbołużyckiego, a władcą kraju był król czeski). Pod względem politycznym ważny dla Łużyc był pokój praski z roku 1635, bo wtedy przeszły Górne i Dolne Łużyce od Czech (czyli z panowania Habsburgów) jako lenno do księcia czyli elektora saksońskiego.Decydujący rozkwit kultury duchowej w historii Łużyczan przyniosło tzw. odrodzenie albo przebudzenie narodowe w pierwszej połowie XIX wieku. Teraz następują poważne próby literatury pięknej, powstają czasopisma oraz dzieła naukowe o języku i kulturze narodu, rodzi się Macierz Łużycka, formuje się nawet skromny ruch polityczny. (Najważniejsze nazwiska z tego czasu: Hadrij Zejler jako ojciec literatury i poeta romantyczny. Jan Arnoś t Smoler jako organizator życia narodowego). Po ówczesnym zjednoczeniu Niemiec - 1871 rok - młode pokolenie Łużyczan sprzeciwiało się fali germanizacji w ruchu młodołużyckim. Należeli doń przede wszystkim studenci teologii i pedegogiki w Pradze (katolicy) i w Lipsku (ewangelicy). (Dwa nazwiska tu: nauczyciel Arnoś Muka jako badacz, ksiądz jakub Bart-Ćiśnski jako poeta).Łużyczanie w swoim rozproszeniu wytworzyli dwa języki literackie: górno - i dolnołużycki. We wczesnym XIX wieku doszło do przebudzenia narodowego (serbske narodne wozrodźenje), które doprowadziło do rozkwitu przede wszystkim kultury duchowej. Dopiero na skutek społecznej i ekonomicznej modernizacji od połowy XIX stulecia substancja tego narodu znalazła się w stałym niebezpieczeństwie - niebezpieczeństwie asymilacji.Złoża węgla brunatnego, którymi na początku szczycono się jako bogactwem regionalnym, okazały się w postaci kopalń odkrywkowych i fabryk brykietów zagrożeniem dla słowiańskiej ludności. Drogi i linie kolejowe, po których zmierzali do Łużyc niemieccy przybysze, podzieliły stopniowo ziemię Łużyczan na szereg wysp językowych. Między nimi powiększało się odtąd stale łużyckie terytorium wspomnień. Z tubylczej ludności wiejskiej rekrutowali się górnicy, którzy sprzedawali swoje gospodarstwa, przenosili się do nowych osiedli i - w kolejnych generacjach - pozbywali się języka ojczystego. W ten sposób daje się wyjaśnić fakt, że od końca XIX wieku liczba użytkowników języka łużyckiego maleje statystycznie o 1000 osób rocznie: ze stu sześćdziesięciu sześciu tysięcy w roku 1880 do około pięćdziesięciu/ sześćdziesięciu tysięcy obecnie.W roku 1904 poświęcili Łużyczanie w Budziszynie swój Dom Związkowy (Serbski dom), w roku 1912 powstała Domowina, organizacja zrzeszająca towarzystwa łużyckie. Zgodnie z logiką historii doszło do intensyfikacji ruchu narodowego po pierwszej wojnie światowej. Łuzyczanie, którzy zachowywali się w latach 1914 - 1918 jak lojalni obywatele państwa niemieckiego, uznali, że nadszedł ich czas i próbowali wykorzystać po porażce słabość Niemiec. Łużycki Komitet narodowy (Narodny wube rk) działający w latach 1918/19, powołując się na 14 zasad pokojowych US-prezydenta Wilsona, zażądał niepodległego państwa łużyckiego lub przyłączenia Łużyc do Czechosłowacji. Problem łużycki - wbrew nadziejom - nie stał się jednak oficjalnym przedmiotem obrad Konferencji Wersalskiej. Strona niemiecka nie przyznała Łużyczanom także autonomii. Ale: paragraf 113 konstytucji Republiki Weimarskiej zapewniał ochronę obcojęzycznej ludności Rzeszy. Artykuł ten nie doczekał się rozporządzeń wykonawczych i miał w praktyce minimalne znaczenie dla Łużyczan. Mimo to nawiązano do pozytywnej tradycji: Już projekt konstytucji frankfurckiego Zgromadzenia narodowego z roku 1849 deklarował równe prawa do rozwoju "nie mówiącym po niemiecku grupom narodowościowym w Niemczech".Do najgorszych tradycji niemiecko - łużyckiej konfrontacji nawiązali narodowi socjaliści. Domowina odmówiła w roku 1937 przyjęcia narzucanego jej statutu o zglajchszaltowaniu. W odpowiedzi władze wydały zakaz publicznej działalności politycznej i kulturalnej, w tym nauczania języka łużyckiego. (Z tego powodu wielu przedstawicieli starszej generacji pozostało do dziś, jako Łużyczanie, analfabetami). Aktywni duchowni i nauczyciele obu wyznań zostali z Łużyc służbowo przeniesieni, po ostatecznym zwycięstwie wszyscy Łużyczanie - podobnie jak Polacy - mieli zostać wysiedlenie jako pozbawiony przywództwa naród wyrobników.Nie dziwi zatem, że upadek Trzeciej Rzeszy został powitany przez większość Łużyczan jako wyzwolenie. Armie spokrewnionych narodów słowiańskich, przede wszystkim Rosjan i Polaków, kończyły wojnę na terenie Łużyc. Sowieckie władze okupacyjne popierały na ogół odrodzenie ruchu narodowego, który początkowo rozpadł się na dwa główne kierunki. Już 10 maja 1945 r. ukonstytuowała się na nowo Domowina w powiecie budziszyńskim. Członkowie utworzonego w Pradze Komitetu Narodowego zażądali ponownie przyłączenia Łużyc do Czechosłowacji. Również strona polska wystąpiła z propozycjami wobec małego brata. Stalin nie miał jednak zamiaru zmniejszać bez potrzeby sowieckiej strefy okupacyjnej. Po kilku zmianach frontu Domowina znalazła się po stronie wschodnioniemieckich komunistów. Nie przypadkowo: Pod przewodem Niemieckiej Socjalistycznej Partii Jedności (SED) partie ówczesnego bloku demokratycznego w parlamencie krajowym Saksonii uchwaliły w marcu 1948 r. Ustawę o ochronie praw ludności Łużyckiej. Ustawa ta - po raz pierwszy w niemieckiej historii - gwarantowała małemu słowiańskiemu narodowi faktyczną autonomię w dziedzinie oświaty, kultury i nauki, częściowo w administracji. (W roku 1950 przejęła ją jako rozporządzenie Brandenburgia).Wielu przedstawicieli inteligencji łużyckiej - po gorzkich doświadczeniach z epoki narodowego socjalizmu - stanęło teraz po stronie programu komunistów. I w rzeczy samej NRD przez ponad czterdzieści lat swego istnienia (1949 - 1990) materialnie znacznie wspierała język i kulturę Łużyczan. Ich prawna sytuacja w porównaniu z sytuacją mniejszości w innych krajach wtedy była wręcz wzorowa. W stosownych rozporządzeniach uregulowane zostały: prawo do publicznego posługiwania się językiem łużyckim, w tym przed sądem, dwujęzyczne napisy na tablicach z nazwami miejscowości, ulic oraz na tablicach z nazwami budynków publicznych, dwujęzyczne dokumenty oficjalne atd. Zbudowano łużycki system szkolny od przedszkola po instytut uniwersytecki (w Lipsku). Powstały gazety, czasopisma, wydawnictwo, instytut naukowy, teatr, zespół pieśni i tańca, dwie redakcje radiowe.Rzeczywiste rezultaty tak zwanej leninowskiej polityki narodowościowej nie odpowiadały jednak w adekwatny sposób nakładom finansowym i organizacyjnym. Celem prymarnym tej polityki nie było bowiem zachowanie grupy etnicznej. Najważniejsze ówczesne zadania polityczne można zrekonstruować jak następuje:1. Należy zaszczepić narodowi łużyckiemu ideologię socjalistyczną poprzez odpowiednie działania. U podstaw tego zamiaru leżała leninowska teza o tym, że kwestia narodowa przestanie istnieć sama z siebie po rozwiązaniu kwestii socjalnej.2. Zgodnie z leninowskim twierdzeniem o stałym zbliżaniu się do siebie narodów należy oczekiwać dokonania się naturalnej asymilacji Łużyczan. (Obowiązywał przy tym równocześnie pozytywnie rozumiany pogląd: Łużyczanie pozostaną tak długo Łużyczanami, jak długo będą sobie tego życzyć).3. Należy zapobiegać nacjonalistycznym usiłowaniom Łużyczan. Służyło temu podporządkowanie Domowiny Komitetowi Centralnemu NSPJ, służyły również wydziały do spraw łużyckich w ministerstwach spraw wewnętrznych, kultury i oświaty.Od lat pięćdziesiątych ofiarą tworzenia na Łużycach centrum węglowego i energetycznego padło około osiemdziesięciu miejscowości oraz 40 części miejscowości zamieszkałych także przez Łużyczan (ok. 10.000 osób). W roku 1964 na skutek antyłużyckich zarządzeń administracji liczba uczniów objętych nauczaniem języka łużyckiego zmniejszyła się do jednej czwartej (do 3000). Próba krytyki w podobnych przypadkach ze strony Domowiny, jedynej organizacji narodowej, powodowała naciski partii na jej działaczy. Demokratyczny współudział ludności łużyckiej w podejmowaniu ważnych decyzji był praktycznie wykluczony. Wszystko to wywoływało zwłaszcza u górnołużyckich katolików zwątpienie i nieufność wobec polityki państwa, czego skutki dają się odczuć i dziś jeszcze. (Dla przykładu, liczba członków Domowiny sięgająca niegdyś piętnastu tysięcy, spadła po przełomie do jednej trzeciej). A wreszcie: Mimo postępowej ustawy łużyckiej nie udało się również w NRD usunąć liczących setki lat uprzedzeń ludności niemieckiej wobec wszystkiego co słowiańskie.Pomimo wszelkich niedociągnięć wypada ustosunkować się do historycznego rozdziału Łużyczanie w NRD w sposób zróżnicowany. NRD upadła z najrozmaitszych powodów, ale nie z powodu polityki wobec słowiańskiej mniejszości. Praktycznie wszystkie instytucje łużyckie, które stworzono w pierwszych piętnastu latach po wojnie egzystują w zmienionych warunkach nadal. Utrzymuje je od roku 1991 Fundacja dla Narodu Łużyckiego (Stiftung Fü r das sorbische Volk, instytucja formowana przez rząd federalny oraz kraje związkowe Saksonia i Brandenburgia). Trwanie tych instytucji świadczy o tym, że były - i są - sensowne.Nie sposób nie odnotować znacznego postępu po 1945 roku - w porównaniu z wcześniejszymi epokami historycznymi - w dziedzinie kultury i sztuki, nauki, mediów i przede wszystkim oświaty. (Można tego dowieść przytaczając jako przykłady znane dzieła literackie, liczne obrazy, przedstawienia teatralne, filmy i utwory muzyczne, monografie naukowe lub podręczniki szkolne). Od lat pięćdziesiątych literatura łużycka powstaje i jest wydawana także w języku niemieckim. Młodym Łużyczanom - o ile nie zajmowali się działalnością opozycyjną - oczywisty wydawał się awans społeczny, ponieważ nowoutworzone instytucje potrzebowały wykształconego narybku. Z uwagi na oficjalną jednostronność polityczną i ideologiczną nie wykorzystane pozostawały jednak energie motywowane inaczej - na przykład religijnie. Miałyby one swoją wartość w zestawie sił narodowych i kulturalnych łużyckiej zbiorowości.Struktura demograficzna dwujęzycznego terytorium zmieniła się przez 40 lat NRD - między innymi na skutek rozwoju ekonomicznego, industrializacji i kolektywizacji rolnictwa - wyraźnie na niekorzyść ludności łużyckiej. O ile około roku 1956 stanowiła ona jedną trzecią populacji, to dzisiaj w następstwie migracji i asymilacji (małżeństwa mieszane !) stanowi tylko jeszcze około jednej szóstej. Liczba aktywnych użytkowników języka łużyckiego stale maleje. Dramatyzm sytuacji polega również na tym, że wśród posługujących się językiem łużyckim jako językiem ojczystym przeważają ludzie starsi. Reasumując: Polityka narodowościowa w NRD stanowiła znaczny postęp w porównaniu z poprzednimi epokami, ale miała również swoje systemowe granice. Można zapytać: Czy istnieje system, którego by to nie dotyczyło ?Tymczasem zmieniły się systemy. Zanim wypowiem się na temat aktualnej sytuacji, chciałbym powołać się na stosowną opinię znanej polskiej slawistki. Opinia ta brzmi: W dzisiejszych warunkach ekonomicznych i społecznych w zasadzie każda mniejszość jest skazana na to, że zasymiluje się i rozpłynie w otaczającej ją większości (Ewa Rzetelska-Feleszko) Nie jest to zatem problem samych Łużyczan. (Dotyczy on w równym stopniu dwu dziesiątek innych mniejszości autochtonicznych w Europie). Jednakże: Należy podjąć próbę powstrzymania asymilacji przy pomocy wszelkich dostępnych środków. Inny język, inna kultura i tradycja to nie tylko inny kolor w szarzyźnie dnia codziennego - zawierają one w sobie także potencjał ludzkich wartości i doświadczeń, który wzbogaca większość. (Wzbogacanie to stanowi zarazem faktor ekonomiczny, należy wręcz do plusów inwestycyjnych). Dla demokratycznie ukształtowanego, pluralistycznego systemu państwowego rzeczą oczywistą powinna być ochrona i wspieranie autochtonicznych mniejszości.W październiku 1989, po upadku NRD, kierownictwo Domowiny nie posiadało jasnej wizji przyszłości narodowej. Trzymało się do ostatniej chwili wiodącej partii. Ukonstytuował się więc ruch opozycyjny, który wystąpił z szeregiem żądań. Dotyczyły one ochrony terytorium zamieszkałego przez Łużyczan, usunięcia szkód górniczych, podziału administracyjnego Łużyc, rozwoju kultury i szkolnictwa i nie w ostatniej kolejności demokratyzacji w samej Domowinie. Po długich debatach w połowie roku 1991 odnowa narodowej organizacji Łużyczan znalazła swoje uwieńczenie w nowoprzyjętym programie. Domowina jest dziś na powrót, jak w momencie jej założenia, organizacją federującą towarzystwa łużyckie i zarazem ich politycznym organem.Traktat zjednoczeniowy między Republiką Federalną a NRD, który regulował sposób odtworzenia jedności Niemiec, zapewniał Łużyczanom w roku 1990 o chronę ich narodowej tożsamości i zagwarantował równouprawnienie języka i kultury. Wszelako nie udało się po zjednoczeniu gwarancji tych umieścić w konstytucji, jak to miało miejsce w NRD w nawiązaniu do Republiki Weimarskiej. Zdaniem większości w ówczesnym Bundestagu ochronę mniejszości gwarantuje konstytucyjna ochrona praw jednostki. Najważniejsze prawa niemieckich autochtonów - w pierwszym rzędzie Łużyczan, Duńczyków i Fryzyjczyków - zapisane zostały jednak tymczasem w konstytucjach odpowiednich krajów związkowych.Jeśli zajrzymy do Konstytucji Wolnego państwa Saksonii z roku 1992 - podobnie rzecz się ma w konstytucji Brandenburgii - to znajdziemy na jej pierwszych stronach najważniejsze specjalne prawa dla Łużyczan. Uznane zostało prawo do ojczyzny, prawo do różnienia się, do swoistości obywateli łużyckiej przynależności narodowej. Cytuję: Kraj związkowy zapewnia i gwarantuje prawo do zachowania tożsamości oraz pielęgnowania i rozwoju własnego języka, kultury i ich przekazywania przede wszystkim poprzez szkoły oraz instytucje przedszkolne i kulturalne. Oraz: Przekraczająca granice [kraju związkowego] współpraca Łużyczan, przede wszystkim na Górnych i Dolnych Łużycach, leży w interesie kraju.Samo istnienie tych granic należy uznać jako pogrzebanie starego marzenia ruchu łużyckiego. Także po roku 1989 nie udało się odwrócić historycznego rozwoju po Napoleonie i terytorium zamieszkiwanego przez Łużyczan, tzn. obu części Łużyc, podporządkować jednej jednostce administracyjnej. Otwarcie mówiąc: Wydaje się wielce wątpliwe, czy takie połączenie regionów o słabej strukturze gospodarczej miałoby sens. Z zewnątrz może to zresztą wyglądać tak, jak gdyby Łużyce w wyniku zjednoczenia Niemiec nie były bardziej niż inne regiony pięciu nowych krajów związkowych obciążone ekonomicznie i socjalnie. Przy dokładniejszym przyjrzeniu się jednak rozpoznać można straty, które nie zostały dotąd wyrównane poprzez specjalne wsparcie dla regionu przygranicznego ( z drugiej strony takie wsparcie pogłębiłoby jeszcze różnice ekonomiczne pomiędzy tym regionem a Polską lub Czechami).Przykład: Liczba zatrudnionych w rolnictwie sięgała na Łużycach za czasów NRD 13 % i była z tym relatywnie wysoka. Przeciętna w starych krajach związkowych wynosiła 4 %, dzisiaj 3 %. Zmniejszenie produkcji rolnej, które musiało przecież nastąpić, przyniosło ze sobą wzrost bezrobocia i związaną z tym migrację w kierunku zachodnim. Mobilność, propagowaną jako wymóg nowych czasów, praktykują przede wszystkim młode, aktywne roczniki. Rolnictwo było ponadto tą jedyną wielką gałęzią produkcji, w której używanie języka łużyckiego podczas pracy było możliwe i powszechnie przyjęte. Do tego dochodzi fakt, że liczba urodzeń także we wsiach, w których substancja łużycka pozostała nienaruszona - tzn. katolickich - , spadła przeciętnie prawie do jednej trzeciej. Wskaźnik bezrobocia sięga ciągle jeszcze około 20 %, liczba ludności aktywnej zawodowo w związku z rozmaitymi przedsięwzięciami socjalnymi, takimi jak wcześniejsze emerytury, odszkodowania itp. Zmniejszyła się w porównaniu z okresem przed przełomem politycznym o połowę.Nowym zjawiskiem jest konkurencja ze strony taniej siły roboczej z krajów Unii Europejskiej i pobliskiej Europy Wschodniej. Nowe wielkie lub małe zakłady przemysłowe lokuje się bardzo rzadko w czysto łużyckim otoczeniu, a jeżeli - wtedy robią to Niemcy. Gospodarka rynkowa i państwo prawa jako okryte blaskiem kryteria nowej ery przybyły do Łużyczan w niemieckiej wersji językowej. O ile transformacja jest dla Niemców Wschodnich dziełem własnych rodaków - i dosyć trudnym - , to Łużyczanom niemożliwe jest odwoływać się do znaczącej emigracji na zachód od Łaby. Natomiast historycznie bliskie kraje słowiańskie znajdują się w porównywalnie trudnym położeniu, stad w ogólności oczekuje się w nich raczej od Łużyczan rozmaitych aktywności w budowaniu politycznych, ekonomicznych i kulturalnych mostów między Europą zachodnią i Wschodnią. Realna sytuacja pozwala na bardzo ograniczone spełnianie tych nadziei.Ochrona lub wzmocnienie narodu zależeć będzie także w nowych, zmienionych warunkach przede wszystkim od woli samych Łużyczan, od tego czy zechcą oni zachować i przekazać przyszłym pokoleniom swoją narodową i kulturalną tożsamość jako wartość. Poczucie własnej wartości (także wartości rynkowej), narodowa samoświadomość poniosły - zwłaszcza na Dolnych Łużycach - poważne straty z historycznych powodów. Co można zrobić, aby przeciwdziałać temu stanowi ? Jakie posiadamy aktywa, na których można by tu budować ? Te szanse chciałbym streścić na zakończenie w ośmiu punktach:1. Język łużycki potwierdził także we współczesności swoją funkcjonalność na wszystkich poziomach komunikacji. Od wiejsko - domowego dialektu po beletrystykę i nauki humanistyczne spełnia swoje zadania adekwatnie, co nie wydaje się wcale oczywiste w przypadku tak małej, nie dominującej grupy narodowej.2. Istnieje relatywnie bogata, zróżnicowana kultura duchowa, która w dziedzinie literatury, teatru, filmu, muzyki, malarstwa itd. Stwarza każdemu Łużyczaninowi możliwość uczestnictwa w jej wytwarzaniu i przyswajaniu. Państwo łoży znaczące sumy na jej wspieranie a ludność niemiecka coraz częściej nie szczędzi jej uznania jako bogactwu regionu i kraju.3. Szkolnictwo: Zapewnione zostały wszystkie formy łużyckojęzycznej oświaty od przedszkola do instytutu uniwersyteckiego. Specjalne regulacje uwzględniają fakt, że w nauczaniu języka łużyckiego jako ojczystego i w nauczaniu go jako języka obcego chodzi często o niewielkie grupy uczniów. W tzw. projekcie Witaj od dwóch lat próbuje się wychowywać dzieci już w wybranych przedszkolach konsekwentnie w języku łużyckim. Jest to ambitna próba przeciwdziałania asymilacji.4. Oba wielkie kościoły (katolicki i ewangelicko - luterański) mogą silniej niż dawniej wykorzystywać swoje wpływy w działalności łużycko - narodowej. Odprawia się dziś więcej łużyckich nabożeństw, czasopisma kościelne są obszerniejsze, istnieją stałe audycje religijne w łużyckim radiu, organizuje się pielgrzymki lub kolonie dziecięce do krajów słowiańskich itp.5. Radio mogło już w roku 1988 rozszerzyć audycje łużyckojęzyczne do czterech godzin dziennie. Od kwietnia 1992 Telewizja Brandenburska (ORB) nadaje co miesiąc półgodzinny magazyn z tematami z życia codziennego, kultury i polityki na Dolnych Łużycach. To bardzo ważne osiągnięcie z uwagi na zachwiany prestiż właśnie języka dolnołużyckiego. Telewizja w Saksonii (MDR) odmawia jak dotąd Łużyczanom udostępnienia im podobnego okienka, stąd dwujęzyczne Łużyce Górne odbierają przy pomocy kabla około trzydziestu programów w różnych językach, ale żadnych audycji dla Łużyczan.6. Tradycyjne i nowe łużyckie towarzystwa i związki mogły po przełomie ukonstytuować się na nowo. Potwierdzają one zróżnicowanie zainteresowań i wyzwalają wiele społecznej energii. Działają w zasadzie pod dachem Domowiny, która wspólnie z posłami do parlamentów reprezentuje polityczne interesy łużyckiej mniejszości. Parlament (lanstag) brandenburski powołał w 1994 r. ustawą Radę Łużycką z prawami stałej komisji parlamentarnej, parlament saksoński poszedł pięć lat później tą samą drogą. Nie posiadają natomiast Łużyczanie własnej partii politycznej - na wzór tej jaką posiada np. niemiecka mniejszość w Tyrolu Południowym.7. Dopiero po przełomie lat 1989/90 powstała możliwość rzeczywistej integracji Łużyczan z europejskim ruchem mniejszości i jego organizacjami. Rozszerzone zostały tradycyjne kontakty z mniejszościami słowiańskimi (np. Kaszubami, Łemkami), które odgrywają konstruktywną rolę w podtrzymywaniu łużycko - etnicznej tożsamości.8. Wspomniana już Fundacja dla narodu Łużyckiego stwarza finasowe podstawy działalności ośrodków kulturalnych i naukowych, które instytucjonalnie wspiera. Według określonych reguł fundacja finansuje również przedsięwzięcia towarzystw łużyckich.Podsumowując można stwierdzić, że narodowa i prawna sytuacja Łużyczan jest dziś zadowalająca. W dyspozycji mniejszości znajduje się - ogólnie mówiąc - instrumentarium demokratycznego współuczestnictwa w życiu publicznym. Owszem: Także w przyszłości potrzebne będzie wspaniałomyślne poparcie ze strony państwa, które choć w części wyrówna strukturalne niekorzyści sytuacji mniejszościowej. W ostatecznym rachunku jednak od samych członków narodu łużyckiego zależy, w jakiej mierze wykorzystane zostaną posiadane szanse utrzymania i rozwoju tradycyjnej substancji językowej i kulturalnej.

Krzysztof Stecki Tytuł niniejszej pracy celowo został skonstruowany w formie pytającej, gdyż Bitwa Budziszyńska dosyć rzadko pojawia się na kartach polskiej historiografii wojskowej i do dzisiaj bitwa ta kryje wiele pytań i niewiadomych.Polska 2 Armia wraz z działającą na jej skrzydle 52 armią radziecką miała zabezpieczyć lewe skrzydło nacierającego w głąb Niemiec 1 Frontu Ukraińskiego marszałka Iwana Koniewa. Celem terenowym 2 Armii było osiągnięcie i zdobycie z marszu Drezna. W skład 2 Armii wchodziły: 5, 7, 8, 9 i 10 Dywizje Piechoty oraz 1 Korpus Pancerny w składzie 1 Brygada Zmotoryzowana i 2,3,4 Brygady Pancerne. Siły armii uzupełniała 16 Brygada Pancerna ("spolszczona" ex-radziecka), 5 pułk czołgów ciężkich, 28 samodzielny pułk artylerii samobieżnej i inne jednostki. Łącznie dysponowały one 21 czołgami ciężkimi, 275 czołgami średnimi i 136 działami samobieżnymi oraz 89161 żołnierzami (stan w przeddzień operacji berlińskiej).Niestety, analizują prace historyków polskich dojść można do wniosku, że ponad 50 lat po zakończeniu II Wojny Światowej wciąż nieznane są dokładne dane co do tego, z kim walczyli polscy żołnierze. W opracowaniach pojawiają się dosyć odmienne dane zarówno co do składu ugrupowania uderzeniowego Grupy Armii Środek jak i jego liczebności (tych ostatnich zresztą nie ma praktycznie żadnych). Podawane są dosyć skrajne informacje: od ośmiu dywizji po ... dwie. A jest to dosyć istotne zagadnienie gdyż bitwa budziszyńska była ostatnią wielką bitwą pancerną II Wojny Światowej, w której wzięło udział co najmniej od 746 czołgów i dział samobieżnych (suma strat niemieckich i liczebności jednostek polskich) po ... no właśnie. Nie wiadomo ile. Siły polskie przed ofensywą liczyły 296 czołgów plus 136 dział samobieżnych. W trakcie bitwy zostały wsparte jednostkami radzieckimi (7 Korpus Zmechanizowany Gwardii). Uwzględniając wcześniejsze straty (ofensywa trwała od 16 kwietnia), to jednostki te na początku bitwy mogły liczyć 250 - 300 czołgów plus nieokreślona ilość dział samobieżnych.Ze stroną niemiecką jest o wiele gorsza sprawa. Przyjmując za pewnik straty niemieckie (nie jednak wiadomo, czy dotyczą one całego okresu walk w tym rejonie czy tylko starcia z 2 Armią), to siły te na początku liczyły co najmniej 314 czołgów i dział pancernych. W tym miejscu koniecznie trzeba dodać, że w zestawieniu strat nie ma podanych rozdzielnie danych dotyczących czołgów i dział samobieżnych. Jest to z jednej strony słuszne, gdyż w realiach ostatnich miesięcy wojny niemieckie oddziały pancerne wyposażano we wszystko, co było pod ręką, także w działa samobieżne w miejsce etatem przewidzianych czołgów. Z drugiej jednak strony działami samobieżnymi było także wszystko to, co zamontowano na jakimkolwiek podwoziu. Czyli oprócz klasycznych "stugów" czy "jagdpanzrów" także montowane na podwoziach ciężarówek czy transporterów opancerzonych działa przeciwlotnicze czy artyleryjskie. Pewną wskazówką co do liczebności sił niemieckich mógłby być ich skład. Tego jednak dokładnie nie znamy. Wydaje się jednak, że wartością graniczną mogło by być owe osiem dywizji, czyli około 80 do 100 tysięcy żołnierzy, licząc, że każda z dywizji miała skład zbliżony do etatowego - co jest i tak założeniem bardzo optymistycznym dla strony niemieckiej. W bitwie po stronie niemieckiej wzięło jednak udział więcej dywizji niż - można doliczyć się 13, a nawet 14 niemieckich dywizji w tym regionie (plus mniejsze jednostki) i jest ilość większa od tej, jaką przed bitwa berlińską miała cała 4 Armia Pancerna broniące tego regionu.Dlaczego tej kwestii poświęcam tak dużo miejsca? Dlatego, że w źródłach niemieckich można znaleźć dokładne dane na ten temat i dają one wiele do myślenia. Zestawienie sprzętu 4 Armii pancernej wykazuje, że w składzie jej jednostek znajdowały się zaledwie 62 czołgi (plus 40 w 10 dywizji pancernej SS, ale nie jest jasne, czy wzięła ona udział w bitwie) i aż 293 działa samobieżne (60 w dywizji SS). Zastanawia po pierwsze bardzo mała ilość czołgów. Po drugie - z 293 dział samobieżnych tylko część (211) nadawała się do walki w charakterze czołgów.Z kim więc walczyła polska 2 Armia. Na pewno z Grupą Armii Środek. W momencie forsowania Nysy przeciwnikiem była Dywizja Grenadierów Pancernych "Brandenburg", która została przez Polaków zepchnięta z pozycji, jednak jej resztki brały udział w późniejszych walkach. Dywizja "Brandenburg" podlegała pod dowództwo Korpusu Grenadierów Pancernych "Grossdeutschland". Prawym sąsiadem "brandenburczyków" był LVII Korpus Pancerny, który był pancerny tylko z nazwy, gdyż podlegały mu dwie dywizje piechoty (72 i 6). Korpus ten jest o tyle istotny, że między innymi on organizował przeciwnatarcie, lecz niektórzy autorzy podają, że brały w nim udział tylko dwie podległe mu dywizje. Należy to uznać za absurd, jednak teza o dowództwie korpusu ma sens, gdyż jako sztab związków szybkich nadawał się on do tego celu pod warunkiem, że dostanie odpowiednie jednostki. A takie się pojawiły - nie wiadomo tylko dokładnie jakie. Niemniej jednak faktem jest, że jednostki LVII Korpusu kontratakowały - jednak było to w dniach 16-18 kwietnia, a uderzenie wykonały na jednostki lewego sąsiada polskiej armii - dywizje 73 Korpusu Piechoty z radzieckiej 52 Armii - i wtedy korpus ten miał rozkazami 20 dywizję pancerną, która należała do odwodów Grupy Armii.Groźba załamania południowego skrzydła całej niemieckiej armii wschodniej sprawiły, że Oberkommando der Heeres przydzieliło dowództwu 4 Armii Pancernej, która broniła się nad Nysą Łużycką, szereg jednostek, które miały powstrzymać ofensywę, a które zasiliły dosyć silne odwody pancerne Grupy Armii Środek. W rejonie, który nas najbardziej interesuje, przed bitwą jako odwód znajdowały się następujące jednostki szybkie. Była to 21 dywizja pancerna w rejonie Cottbus, Oddział pancerny "Boehmen" w rejonie Spremberga oraz 1 dywizja spadochronowo - pancerna "Hermann Goering", 20 Dywizja Pancerna na południowy wschód od Drezna, Dywizja Ochrony Hitlera w rejonie Spremberg i 10 Dywizja Pancerna SS - tajże na południowy wschód od Drezna (chociaż niektórzy lokalizują ją zupełnie gdzie indziej). Ponadto na linii Łaby w rejonie Drezna organizowało się 5 dywizji piechoty. W trakcie działań 4 Armii Pancernej przydzielono: dowództwo Korpusu Spadochronowo - Pancernego "HG" wraz z 2 dywizją Spadochronowo - Grenadierów Pancernych (zmechanizowaną raczej nie, bo takich jednostek w armii niemieckiej nie było już od kilku lat, a taką nazwę spotkać można w niektórych publikacjach) a także 2 Dywizję Pancerną SS, która przybyła w ten rejon w końcowej fazie walk.Historycy dosyć rozbieżnie podają, że w uderzeniu na skrzydło polskiej armii wzięło udział:a) Dywizja HG oraz 20 i 21 dywizje pancerne. Ta teza ma tę wadę, że na pewno nie mogła to być 21 dywizja - ta została rozbita między Spremberg a Cottbus przez jednostki radzieckie. Gdyby jednak przyjąć ją za prawdę, to te jednostki maksymalnie mogły liczyć (pełne etaty) 192 czołgi oraz około 40 tys. żołnierzy (w tym czasie pod względem ilości czołgów dywizje pancerne i grenadierów pancernych miały tę samą organizację).b) Dywizja Grenadierów Pancernych "Brandenburg" plus bliżej nieokreślone Zgrupowanie Pancerne Wietershein. Tu z kolei nie można się zgodzić z tym, by dywizja "Brandenburg" brała udział w tej fazie walk jako w pełni sprawna jednostka i to co najważniejsze - podstawowa w całym ugrupowaniu, skoro została mocno "poturbowana" na początku ofensywy jeszcze nad Nysą. Zresztą autorzy tego twierdzenia grzeszą brakiem znajomości pewnych faktów. Panzergruppe Wietershein było bowiem częścią ... dywizji Brandenburg. Były to resztki (zaledwie batalion czołgów) pułku pancernego dywizji, którego dwa pozostałe bataliony jej zabrano. Trudno sobie wyobrazić, by tak słabe ugrupowanie wykonało tak silne przeciwuderzenie.c) niemieckie ugrupowanie nie wchodziło do walki w całości, lecz ze względu na pośpiech i zagrożenie załamania całej obrony na południe od Berlina poszczególne ugrupowania wchodziły do walki w miarę przybywania kolejnych jednostek. Prawdopodobnie początkowe ugrupowanie uderzeniowe składało się z jednostek będących w danej chwili "pod ręką" czyli odwodów Grupy Armii Środek: 1 Dywizji Spadochronowo Pancernej "HG", 20 Dywizji Pancernej oraz prawdopodobnie 10 Dywizji Pancernej SS plus jednostek piechoty (w źródłach wymienia się 254 dywizję piechoty, ale to jest błędne, gdyż chodzi w tym przypadku o ... jednostkę radziecką, która miała ten numer i działała na południe od 2 Armii). Siły te, przyjmując pełne etaty, mogły liczyć od 315 do 335 wozów bojowych i 45 tys. żołnierzy oraz jednostki wsparcia. Następnie do walki mogły zostać wprowadzone kolejne oddziały: 2 Dywizja Spadochronowo - Grenadierów Pancernych "HG", być może 600 dywizja piechoty (rosyjska) czyli kolejne 64 czołgi i około 25 tysięcy żołnierzy. Do walki włączyły się pododdziały skrajnej dywizji z LVII Korpusu Pancernego i niedobitki dywizji "Brandenburg". Sumując podane wyżej dane i cały czas przyjmując pełne stany etatowe w dywizjach można podać, że po stronie niemieckiej wzięło udział około 380-400 czołgów i dział pancernych oraz 80-90 tysięcy żołnierzy, lecz ugrupowanie uderzeniowe nigdy nie działało łącznie i nie osiągnęło tak wysokiego stanu. Podane wcześniej straty niemieckie (dane te są trudno weryfikowalne) są bardzo wysokie, gdyż wynoszą około 20 procent w sile żywej i aż około 80 procent w pojazdach pancernych. Wyliczenia te powstały w oparciu o niezweryfikowane dane, jednak dają pewien obraz zaciętości bitwy. Po stronie polskiej w sile żywej straty były podobne (22 procent), a w czołgach i działach samobieżnych aż 57 procent. To też o czymś świadczy. W sumie całkowite, podawane w polskich opracowaniach straty wyniosły: dla strony polskiej 20160 żołnierzy (zabitych, rannych, zaginionych i kontuzjowanych) oraz 205 czołgów i dział pancernych, a dla strony niemieckiej 20500 żołnierzy zabitych i 550 jeńców (tylko!) oraz 314 czołgów i dział pancernych oraz 135 dział. Warto zwrócić uwagę na znikomą ilość jeńców. Najnowsze publikacje trochę korygują wysokość strat polskich - wyniosły one w sumie 18 232 żołnierzy: 4902 zabitych, 10 532 rannych i 2 798 zaginionych. Nieznana jest ilość jeńców.d) Kazimierz Kaczmarek, autor, który bitwą zajmował się najczęściej, podaje że: w pierwszym uderzeniu brały udział część dywizji Brandenburg (1), 20 Dywizja Pancerna(2), 72 Dywizja Piechoty (3) i 1 Dywizja Spadochronowo Pancerna HG (4), w drugim (21 kwietnia, tym, które odcięło siły główne armii od tyłów) oprócz wymienionych jednostek także 21 Dywizja Pancerna (5), 17 Dywizja Piechoty (6) i 402 Dywizja Zapasowa (7), później w tym rejonie pojawiły się jednostki 464 Dywizji Szkolnej (8) oraz 2 Dywizji Grenadierów Pancernych HG (9), a następnie 269 Dywizji Piechoty (10), 545 Dywizji Grenadierów Ludowych (11).e) natomiast Eberhardt Berent, autor jednego z najnowszych opracowań, wymienia: 20 Dywizję Pancerną, 1 Dywizję Spadochronowo Pancerną "HG", dywizję Brandenburg i część pododdziałów 10 Dywizji Pancernej SS oraz 17, 72 Dywizje Piechoty, Kampfgruppe 545 (część oddziałów 545 DP), 404 i 464 Dywizje Zapasowe, 300, 311 i 236 Brygadę Dział Szturmowych, 4 i 88 Batalion Niszczycieli Czołgów, 1384 Kompanię Niszczycieli Czołgów, 1 Batalion Pancerny plus wiele mniejszych, niesamodzielnych oddziałów.Przebieg bitwy16 - 20 kwietnia. 2 Armia Wojska Polskiego, tak jak i cały 1 Front Białoruski, przystąpiły do operacji berlińskiej 16 kwietnia 1945 roku. Forsowanie Nysy na ogół odbywało się gładko lecz nie obyło się bez pewnych kłopotów. Walki z pokonaniem pierwszych linii obrony niemieckiej były bardzo zacięte, lecz na ogół polscy żołnierze skutecznie spychali Niemców z kolejnych linii oporu. Największe problemy z sforsowaniem Nysy miał 1 Korpus Pancerny, który musiał skorzystać z przepraw sąsiednich jednostek radzieckich, co opóźniło jego wejście do akcji. Do 19 kwietnia 2 Armia przełamała obronę niemiecką i udało jej się dokonać bardzo głębokiego wyłomu w obronie niemieckiej. Kłopoty miało jednak ugrupowanie pomocnicze armii, które walczyło ze zmiennym szczęściem i to było jednym z powodów rozciągnięcia armii. Pierwsze sygnały, że armii zagraża niebezpieczeństwo pojawiły się już 16 kwietnia. Przede wszystkim zgrupowaniu pomocniczemu armii nie udało się przełamać obrony niemieckiej, a w następnych dniach 7 i 10 dywizja piechoty mozolnie spychały Niemców na północny zachód. Do sztabu dotarły także informacje o kontratakach wykonanych na skrzydło 52 armii, lecz całkowicie je zignorowano. W dniach od 18 do 21 kwietnia pomyślnie rozwijało się tylko uderzenie sił głównych Armii, spowodowało to jednak, że Armia podzieliła się na trzy zgrupowania rozciągnięte na przestrzeni 50 kilometrów. Tworzyły je: 1 Korpus Pancerny z czołówkami między Budziszynem a Dreznem. Na północ od Budziszyna znalazł się sztab armii i jednostki wsparcia. 8 i 9 dywizja wraz z częścią 5 dywizji piechoty posuwały się powoli w kierunku Drezna, a 7 i 10 dywizja dalej walczyły nad Szprewą i Schwarzer Schöps. Podobna sytuacja wytworzyła się u lewego sąsiada polskiej armii. Jego 7 Korpus Zmechanizowany i 254 Dywizja Piechoty zajęły Budziszyn, lecz na tyły tego ugrupowania zaczęły wychodzić niemieckie oddziały przebijające się na północ. Dowództwo niemiecki uważnie śledziło wydarzenia i postanowiło wykorzystać nadarzającą się szansę. W niemieckich sztabach w odróżnieniu od polskiego doskonale orientowano się w ugrupowaniu przeciwnika. 21 kwietnia rozpoczął się dramat.21 kwietniaNiemieckie przeciwnatarcie rozpoczęło się na wschód od Budziszyna. Niemcy w ciągu 21 kwietnia dość łatwo wyszli na tyły radzieckich jednostek i w ciągu 24 godzin połączyli się z ugrupowaniem, które wiązało siły polskie na północy. W ten sposób główne siły 2 Armii zostały odcięte i okrążone. Jednak sztab armii zupełnie zlekceważył zagrożenie i zachowywał się tak, jakby nic się nie stało. Dziwi to tym bardziej, że przez cały dzień, 22 kwietnia, sztab 2 Armii nie posiadał łączności z dowództwem frontu. W takich okolicznościach wydano rozkaz, by 1 Korpus Pancerny posuwał się na Drezno by po kilku godzinach go odwołać. Tymczasem podczas niemieckiego kontrataku okrążone zostały tyły i sztab 5 dywizji piechoty oraz 16 brygady pancernej. Okrążone jednostki zostały praktycznie zniszczone. Zginął dowódca 5 dywizji generał Aleksander Waszkiewicz, a z 16 brygady ocalał tylko jeden batalion.22 kwietniaTymczasem generał Świerczewski rano 22 kwietnia wydał rozkaz dalszego natarcia na Drezno trzem dywizjom piechoty i korpusowi pancernemu. W ten sposób najbardziej wartościowe jednostki zaczęły oddalać się od rejonu największego zagrożenia w warunkach, gdy przerwane zostały linie zaopatrzeniowe armii i zaczęła szwankować łączność. 1 Korpus Pancerny dotarł pod Drezno w południe22 kwietniaOd rana 22 kwietnia sytuacja armii zaczęła się pogarszać. Niemcy zaczęli w wyłom wprowadzać nowe jednostki, a ciężar walk powoli przesuwał się w stronę Budziszyna. Na tyłach 2 Armii zaczynał się prawdziwy dramat. Pozbawione osłony piechoty jednostki artylerii próbowały ogniem na wprost powstrzymać atakujących Niemców ponosząc olbrzymie straty. Niemiecki atak spowodował pogłębiający się z godziny na godzinę chaos, który zapanował w sztabie armii i poszczególnych jednostkach. Zaczęła szwankować łączność, wojska otrzymywały sprzeczne rozkazy (lub nie otrzymywały ich wcale). Co gorsza - w dowodzenie zaczął się coraz wyraźniej wtrącać sztab frontu, który zresztą nie za bardzo wiedział co się w tym rejonie dzieje. Do 7 Dywizji Piechoty dotarł szef sztabu frontu generał Pietrow i zaczął osobiście dowodzić w rejonie Niesky (dywizja nie miała wtedy łączności z sztabem armii). Dopiero w południe generał Świerczewski zdał sobie sprawę z grożącej armii katastrofy i wydał rozkaz wycofania spod Drezna 1 Korpusu Pancernego, który znowu forsownym marszem pokonał tę samą trasę, którą nacierał rankiem tego dnia. Pod Dreznem pozostawiono w obronie 8 i 9 Dywizję Piechoty. Korpus przybył pod Budziszyn wieczorem, lecz z marszu nie mógł opanować sytuacji.23 - 24 kwietniaO świecie tego dnia Niemcy wykonali kolejne uderzenie, tym razem bezpośrednio na Budziszyn, który został zdobyty następnego dnia. 1 Korpus Pancerny próbował kontratakiem odzyskać miasto, lecz próba się nie powiodła. Co gorsza 2 Brygada Pancerna poniosła ciężkie w boju spotkaniowym, a następnie okrążona kolejne straty w ludziach i sprzęcie. Także inne jednostki ponosiły straty, a sytuację armii pogarszała wciąż potężna luka pomiędzy jej głównym ugrupowaniem a wolno posuwającymi się do przodu 7 i 10 Dywizją Piechoty.25 kwietniaTego dnia marszałek Koniew musiał osobiście interweniować, by nie dopuścić do całkowitego rozbicia 2 Armii. Rozkazał skierować w ten rejon aż osiem dywizji plus część sił 5 Armii Gwardii. Nakazał także ściągnąć spod Drezna 8 Dywizję Piechoty, co okazało się fatalne w skutkach dla pozostającej tam 9 Dywizji - która w ciągu najbliższych godzin została okrążona.26 kwietniaO świcie tego dnia Niemcy wykonali trzecie już uderzenie, które według ich zamierzeń miało doprowadzić do rozbicia polskiej armii i przebicia się niemieckiego ugrupowania na północ. Z rejonu Budziszyna zaatakowały 1 Dywizja Spadochronowo - pancerna HG i 20 Dywizja Pancerna. Zbieżne uderzenie na Königswarthę wykonywała dywizja Brandenburg, która miała odciąć 9 Dywizję Piechoty i połączyć się z ugrupowaniem północnym: 2 Dywizją Grenadierów Pancernych HG i brygadą "Wolna Ukraina". Niemieckim celem była Königswartha, gdzie mieściły się główne magazyny amunicyjne 4 Armii Pancernej. Niemieckie uderzenie spadło na 8 Dywizję Piechoty, która mimo ofiarności żołnierzy musiała cofnąć się z zajmowanych pozycji. Na niewiele się zdało wprowadzenie do walki 1 Korpusu Pancernego i resztek 5 Dywizji Piechoty. Tymczasem do rejonu walk wreszcie zaczęły zbliżać się 7 i 10 Dywizja Piechoty, jednak odległość między zgrupowaniami nadal była zbyt wielka. Dopiero 28 kwietnia za cenę olbrzymich strat udało się sytuację pod Budziszynem ustabilizować, a w dniach 29 i 30 kwietnia przy pomocy jednostek radzieckich natarcie niemieckie zostało zatrzymane.Tragedia 9 Dywizji25 kwietnia zginął oficer łącznikowy 9 Dywizji. Niemcy znaleźli przy nim rozkazy wycofania jednostki wraz z mapą z naniesiona marszrutą na nowe pozycje. Niemcy postanowili wykorzystać nadarzającą się okazję i zniszczyć jednostkę. Do dowódcy dywizji rozkaz o wycofaniu dotarł dopiero 26 kwietnia, lecz pułkownik Aleksander Łaski zignorował informacje o zagrożeniu i wycofanie miało nastąpić trzema nie ubezpieczonymi kolumnami. Tymczasem strona niemiecka na trasie marszu przygotowała wiele zasadzek. W jedną z nich w miejscowości Horky wpadła kolumna wioząca 300 rannych. Niemcy nie brali jeńców. Główne siły dywizji zaczęły wycofywać się wieczorem 26 kwietnia. Kolumny marszowe atakowane były od tego momentu ze wszystkich stron. W najtrudniejszej sytuacji znalazł się 26 pułk piechoty. Kolumny maszerowały w coraz większym nieładzie, aż rankiem 27 kwietnia w dolinie pomiędzy Panschwitz, Kuckau i Crostwitz 26 pułk wpadł w zasadzkę. Polscy żołnierze stłoczeni na otwartej przestrzeni byli łatwym celem dla karabinów maszynowych i moździerzy. Ranny został pułkownik Łaski i dostał się do niewoli, a z zasadzki wydostała się garstka żołnierzy. 9 Dywizja w tym momencie przestała istnieć jako jednostka bojowa (na przykład 26 pułk stracił 75 procent stanu), a tymczasem sztab armii nie wiedząc nic o jej położeniu wydawał jej coraz to nowe rozkazy.Najważniejszym pytaniem, jakie pojawia się przy analizowaniu bitwy, dotyczy celu niemieckiego natarcia. Przede wszystkim trzeba raczej odrzucić tezę, że celem kontrnatarcia było przyjście z odsieczą Berlinowi. Przede wszystkim siły niemieckie były na to zbyt szczupłe i nawet w warunkach niedoskonałej łączności (a taki fakt nie miał miejsca) dowództwo niemieckie wiedziało czym dysponuje. Ponadto w chwili, gdy wydawany był rozkaz do ataku, czołówki radzieckie jeszcze nie dotarły do Berlina (zewnętrzny pierścień obronny został przełamany w nocy z 19 na 20 kwietnia, wtedy też rozpoczął się kontratak pod Budziszynem) i wydawanie takiego rozkazu nie miało sensu.O wiele bardziej prawdopodobna tezą jest chęć przywrócenia w tym rejonie stabilnej linii frontu i pośrednio odciążenie broniących się w lasach na południe od Berlina jednostek 9 Armii i części 4 Armii Pancernej. Podjęcie takie zamierzenia o skali Grupy Armii a nie całego frontu było o wiele bardziej wykonalne, zwłaszcza, że można było się spodziewać potencjalnie słabszych jednostek znajdujących się na skrzydle głównego ugrupowania atakującego Berlin. Za podjęciem takiego właśnie zadania przemawiają inne fakty. Wspomniane już wcześniej lokalne kontruderzenie na skrzydło radzieckiej 52 Armii zakończyło się pewnym sukcesem, gdyż jak wspomina marszałek Koniew, armia ta swoje zadania wykonywała "dosyć niemrawo". Brak większej reakcji radzieckiej mógł podpowiedzieć dowództwu niemieckiemu, że po podciągnięciu posiadanych i spodziewanych jednostek pancernych będzie można wykonać na tyle silne uderzenie, że zagrożone zostanie skrzydło radzieckiego frontu. Za taka decyzja przemawiał także zacięty opór, jakie stawiły jednostki niemieckie w miejscowości Spremberg i to miejsce mogło być celem terenowym niemieckiego kontruderzenia. Przywrócenie nad Nysą stabilnego frontu mogło rzeczywiście pomóc Berlinowi i tylko w takim kontekście można twierdzić, że celem niemieckiego kontruderzenia miał być Berlin.W bitwie po stronie niemieckiej wzięło udział kilka nietypowych jednostek. Pierwsze uderzenie 2 Armii podczas operacji berlińskiej spadło na Dywizję Grenadierów Pancernych "Brandenburg". To bardzo interesująca jednostka, bowiem bardzo rzadko się zdarza, by na pierwszej linii frontu jako zwykła piechota walczyli ... komandosi. Jednostki "Brandenburg" w trakcie wojny zasłynęły z wielu spektakularnych akcji, jednak realia zmusiły w końcu do wykorzystania niemieckich komandosów jako zwykłej jednostki frontowej. I tak właśnie powstała Dywizja Grenadierów Pancernych "Brandenburg". Od stycznia do 15 kwietnia dywizja ciągle znajdowała się w boju - w styczniu przerzucona w trybie alarmowym z Prus Wschodnich w okolice Kielc nie zdążyła wejść do walki jako całość i pod naciskiem ofensywy styczniowej została wycofana wraz dowództwem Korpusu Grossdetschland w rejon przyszłej Bitwy Łużyckiej. Tu nad Nysą prowadziła cały czas walki obronne co spowodowało znaczne osłabienie jednostki. W dniu rozpoczęcia operacji berlińskiej jej obrona została przełamana, a dywizja z ciężkimi stratami wycofała się w rejon na południe od Budziszyna. Tu część jej oddziałów brała udział w kontrataku niemieckim. Dzieje dywizji zostały zakończone w rejonie Drezna, gdzie znalazła się po 30 kwietnia.W niemieckim kontrataku prawdopodobnie wzięły udział jednostki pancerne Waffen SS. Niektóre źródła wspominają o tym, że były to najpierw 10, a potem 2 dywizja. Jest to o tyle ważne, że dywizje Waffen SS były ostatnimi jednostkami pancernymi w armii niemieckiej, których nie dotknęły cięcia etatów. Wprawdzie po niepowodzeniach, jakie na początku 1945 roku doznała 6 Armia Pancerna SS na Węgrzech Hitler stracił sporo zaufania do swej gwardii, to jednak wciąż były to silne i doskonale wyszkolone jednostki. Polacy spotykali się z nimi kilka razy. Obie dywizje - 10 i 2, walczyły z 1 Dywizją Pancerną pod Falaise w sierpniu 1944 roku. "Druga pancerna" doznała tam znacznych strat i musiała być odbudowana niemal od zera. "Dziesiąta pancerna" razem z bliźniaczą "dziewiątą" próbowały odblokować worek Falaise, a ich atak spadł właśnie na polskie jednostki. Z 10 Dywizją spotkali się następnie polscy spadochroniarze pod Arnhem.Część źródeł wspomina o tym, że polscy żołnierze zetknęli się w tym rejonie z "własowcami". Określenie jest to trochę nieprecyzyjne, gdyż tym mianem określano i nadal określa się wszelkie oddziały rosyjskojęzyczne walczące po stronie Wehrmachtu. Pomijając już fakt, że wśród jeńców tego typu osób musiało być wiele, gdyż w formacjach tyłowych znajdowało się wiele tak zwanych "hiwi" - pomocników, którzy woleli służyć w niemieckim wojsku niż trafić do obozu jenieckiego. "Własowców" w tym rejonie nie było, ale jest bardzo prawdopodobne, że 2 Armia natknęła się na 600 Dywizję Piechoty, która w dokumentach niemieckich określana jest jako "rosyjska nr 1". Nie podlegała ona pod rozkazy generała Andrieja Własowa, który swoją Rosyjską Oswoboditielną Armię koncentrował w tym czasie w rejonie Pragi, lecz była jeszcze jedna nieniemiecką dywizją pod rozkazami, których w końcowym okresie wojny powstawało wiele. Część autorów wspomina także o "7 pułku piechoty Własowa", ale nic więcej o tej jednostce nie wiemy.Wspomniany już wcześniej Korpus pancerny Grossdeutschland był jedną z ciekawszych jednostek w Wehrmachcie. Można śmiało stwierdzić, że była to jednostka elitarna, o wysokich walorach bojowych. Spotyka się ją przede wszystkim na froncie wschodnim, gdyż walka ze "światowym bolszewizmem" była jednym z zadań jej żołnierzy. Szlak bitewny jednostek wchodzących w skład korpusu jest bardzo długi. W interesującym nas najbardziej okresie korpus był już tylko cieniem dawnej świetności, gdyż jego jednostki porozrzucane były po całym froncie wschodnim i podlegały różnym dowództwom. W kwietniu 1945 roku sztab korpusu znajdował się niemal na linii ataku polskiej armii w miejscowości Spreefurt. Pod jego rozkazami znajdowała się wspomniana dywizja Brandenburg oraz utworzona z jednostek ochronnych Dywizja Przyboczna Führera.Kolejnymi elitarnymi jednostkami, z którymi przyszło walczyć Polakom było dywizje spadochronowo - pancerne Hermann Göring. Wbrew temu, co w świadomości wielu Polaków utrwalił serial "Czterej pancerni i pies" nie były to dywizje SS, lecz stworzone z nadwyżek Luftwaffe, czyli po prostu jeszcze jeden kaprys marszałka Göringa. W ich nazwie znalazł się człon "spadochronowa", lecz jej żołnierze w większości nawet nie byli przeszkoleni do takich zadań i walczyli wyłącznie na ziemi. Dywizje te były trudnym przeciwnikiem, o czym zresztą przekonali się polscy pancerniacy pod Studziankami. W rejonie Budziszyna jednostki HG odtwarzały swoja zdolność bojową. Podobnie jak do dywizji Waffen SS czy korpusu Grossdeutschland, właśnie do nich najszybciej trafiał nowy sprzęt i nowi żołnierze z uzupełnień.Warto by zająć się także czymś, co potocznie można nazwać "plamą na honorze Świerczewskiego". Wstępna analiza przebiegu bitwy wskazuje na to, że sztab 2 Armii nie pracował na wysokim poziomie. Zawodziło współdziałanie między poszczególnymi jednostkami, dopuszczono do nadmiernego rozczłonkowania armii co ułatwiło działanie stronie niemieckiej. Osobna kwestią jest to, że oddziałom niemieckim udało się w pełni zaskoczyć 2 Armię. Było to możliwe tylko dlatego, że po stronie polskiej nie istniał wywiad szczebla operacyjnego. Rozpoznanie spoczywało w rękach sztabów radzieckich i możemy tylko przypuszczać, że dowództwo frontu wiedziało o przygotowywanym ataku i nie przekazało tego stronie polskiej albo, że także zostało tym zaskoczone. Pewną wskazówką mogą być wspomnienia marszałka Koniewa. W jego memuarach kontratak niemiecki nie zajmuje zbyt wiele miejsca co wskazywać by mogło, że dowództwo frontu nie uważało sytuacji za zbyt groźbą (co przemawia także za tym, że cele niemieckiego ataku były bliższe niż dalsze). Jednak momentami sytuacja musiały być co najmniej niepokojąca, skoro codziennie do sztabu 2 Armii przyjeżdżał szef sztabu frontu, a potem Koniew oddelegował tam swojego stałego przedstawiciela. Tu nasuwa się pytanie - czy sztab 2 armii nie radził sobie z zaistniałą sytuacją i dowodzenie formalnie przejął ktoś inny, czy przedstawiciel Koniewa pełnił tylko funkcję łącznikową? Na te pytania nie można jeszcze dać jednoznacznej odpowiedzi.We wnioskach końcowych trzeba zapisać przede wszystkim dwie sprawy. Po pierwsze oczywistym wydaje się konieczność opracowania monografii opisującej zarówno wysiłek polskich żołnierzy podczas wszystkich bitew frontu wschodniego, jak i podczas poszczególnych starć. Zasadniczym brakiem dotychczasowych opracowań jest, oprócz nalotu propagandowego, brak szczegółowych i rzetelnych danych, przez co, jak właśnie w przypadku bitwy budziszyńskiej, poszczególni autorzy wzajemnie sobie zaprzeczają. Zarzut ten dotyczy w równym stopniu działań jednostek polskich jak i niemieckich, którymi zresztą mało kto się zajmował, bo nie było to mile widziane przez poprzednie władze polityczne. Skutek tego jest taki, że w powszechnej świadomości utrwalony jest "serialowy" obraz niemieckiej armii i niemieckich żołnierzy. Chwały to nikomu, a już na pewno polskim żołnierzom, nie przynosi.Po drugie ta akurat bitwa stanowi ciekawa podstawę badawczą do opisania zachodzących podczas niej kontaktów żołnierzy polskich z miejscową, rodzimą ludnością serbołużycką. Znane są bowiem fakty, że ludność ta pomagała ukrywającym się żołnierzom polskim, gdy kilka jednostek 2 Armii dostało się w okrążenie. Ciekawy i łatwy do przewidzenia, chociaż także wymagający zbadania, będzie również stosunek do nich żołnierzy radzieckich wkraczających na te tereny.Ponadto bitwa budziszńska jeszcze raz pokazała, że wyszkolenie oficerów niemieckich zawsze stało na wysokim poziomie. W warunkach trudnej do wyobrażenia sobie improwizacji zorganizowano i dosyć skutecznie przeprowadzono silne kontruderzenie, które przynajmniej w odniesieniu do dwóch armii (to jest 2 Armii Wojska Polskiego i 52 Armii Radzieckiej) spowodowało całkowitą zmianę ich wcześniejszych planów operacyjnych. Zorganizowanie w ciągu kilku dni w ramach dwóch (lub trzech) dowództw korpusów ataku dywizji, które nigdy ze sobą nie współpracowały, stawia wysokie świadectwo sztabom niemieckim.Na wysoka ocenę raczej nie zasługuje sztab 2 Armii, jednak część winy nie leży po stronie polskiej. Wspomniane już wcześniej braki w uzyskiwaniu informacji wywiadowczych, a także chroniczny brak wysokokwalifikowanej kadry oficerskiej (Katyń) odbijał się na wszystkich ówczesnych jednostkach Wojska Polskiego, także walczących na froncie zachodnim. Podkreślić natomiast należy niesamowite poświęcenie zwykłych żołnierzy, którzy nie tylko w tej, ale i we wszystkich bitwach stoczonych na Wschodzie, braki w wyszkoleniu, a zwłaszcza doświadczeniu bojowym nadrabiali walecznością i zaciętością w walce.Kontrastem do tego jest postawa najwyższego dowództwa. Generał Świerczewski, delikatnie mówiąc, nie stanął na wysokości zadania. Propagandowy bohater wojny w Hiszpanii, w 1941 roku dowodził radziecką 248 dywizją piechoty, która została całkowicie rozbita w kotle pod Wiaźmą. Z dywizji ocalało tylko 5 żołnierzy i jej dowódca. Świerczewskiego odsunięto wtedy od dowodzenia i przesunięto do szkolenia. Przed objęciem dowództwa 2 Armii nie dowodził on żadnym większym związkiem - korpusem czy armią. Nie miał potrzebnego doświadczenia by zorganizować atak armii w warunkach słabego oporu nieprzyjaciela, nie mówiąc już o ciężkiej bitwie z jednostkami pancernymi. Lista błędów popełnionych przez Świerczewskiego jest bardzo duża. Zmienił on na przykład ugrupowanie armii, która według założeń sztabu frontu miała większość swoich sił zgrupować frontem na południe dla ochrony przed ewentualnym kontratakiem. Ta fatalna w skutkach decyzja zaważyła na losie tysięcy żołnierzy. Sztab armii nic nie wiedział o siłach, z którymi miała walczyć. Rozpoznano na pierwszej linii tylko 9 z 13 batalionów broniących się bezpośrednio za Nysą. Jakie wojska są dalej nie wiedziano nic.Przed bitwą w sztabie armii panował niemal optymistyczny nastrój. Nic więc dziwnego, że 1 Korpusowi Pancernemu wydano rozkaz osiągnięcia Drezna w ciągu zaledwie kilku dni. Jego dowódca, generał Józef Kimbar, w wydanym 15 kwietnia rozkazie pisał: "Pancernych i zmotoryzowanych oddziałów nieprzyjaciela nie stwierdzono". Rzeczywistość miała być diametralnie inna.Bibliografia:Eberhard Berendt, Die Kämpfe um Weißenberg und Bautzen im April 1945. Podzun - Pallas. Wölferheim-Berstadt 1999.Historia Drugiej Wojny Światowej 1939-1945, t. 10, Warszawa 1983.Kazimierz kaczmarek, Druga armia Woujska Polskiego, Warszawa 1978.Kazimierz Kaczmarek, Polacy na polach Łużyc, Warszawa 1980.Stanisław Komornicki, Regularne jednostki Ludowego Wojska Polskiego. Formowanie, działania bojowe, organizacja, uzbrojenie, metryki jednostek kawalerii, wojsk pancernych i zmotoryzowanych. Warszawa 1987.Iwan Koniew, Notatki dowódcy frontu 1943-1945. Warszawa 1986.Edward Kospath - Pawlikowski, Wojsko polskie na Wchodzie 1943-1945. Pruszków 1993.Organizacja i działania bojowe ludowego Wojska Polskiego w latach 1939-1945, t. 3. Wybór dokumentów. Warszawa 1965.Tadeusz Sawicki, Niemieckie wojska lądowe na froncie wschodnim czerwiec 1944 - maj 1945 (struktura). Warszawa 1987.Tadeusz Sawicki, Załamanie niemieckiego frontu wschodniego w 1945 r. Warszawa 1983.Horst Scheibert, Panzer Grenadier Division Grossdeutschland. Squadron Signal Publications. Carollton 1987.Michał Wasilewski, Polskie jednostki pancerne 1939 - 1995. Warszawa 1996.

Piotr Pałys " Na swobodu so ńečeka, swobodu so beŕe!" Narodny Partyzan L U Ž I C ARozgromienie hitlerowskich Niemiec - na terenie Łużyc dokonane wspólnymi siłami wojsk polskich i radzieckich, przesunięcie polskiej granicy zachodniej na linię Odry i Nysy Łużyckiej oraz okupacja 1/3 obszaru Niemiec przez Armię Czerwoną (do lipca 1945 r. na Dolnych Łużycach stacjonowały również jednostki 1 Armii Wojska Polskiego), wzbudziły wśród Serbołużyczan nadzieje na odwrócenie skutków niemalże tysiącletniej niemieckiej dominacji. Początkowo liczono na rychłe wkroczenie wojsk czechosłowackich, co miało stanowić wstęp do inkorporacji Łużyc do ČSR. Właśnie w tym kierunku zmierzały wówczas serbołużyckie zabiegi dyplomatyczne, stymulowane głównie przez powstały w Pradze Serbołużycki Komitet Narodowy (Łužickoserbski Narodny Wuberk - ŁSNW). W tym samym czasie do odbudowy życia narodowego na Łużycach przystąpili działacze, reaktywowanej 10 maja 1945 r., Domowiny oraz przeniesionego we wrześniu 1945 r. do Budziszyna ŁSNW. Jednak mimo na ogół życzliwego stosunku radzieckich komendantur wojennych (przynajmniej na Łużycach Górnych), proces ten przebiegał nie bez zgrzytów i zahamowań, potęgowanych napływem na Łużyce mas uchodźców i wysiedleńców z terenów Polski i Czechosłowacji.Ze szczególnym trudem przychodziło równouprawnienie języków łużyckich. Nadal brakowało dwujęzycznych napisów. Serbołużyczan, domagających się w trakcie publicznych zebrań respektowania swych praw językowych, Niemcy często oskarżali przed organami administracji cywilnej i wojskowej o nacjonalizm 1 .Właśnie chęć protestu przeciwko takiej sytuacji pchnęła kilku młodych Serbołużyczan do zawiązania nieformalnej grupy, znanej później jako "Narodny Partyzan Łužica" (NPŁ). W jej skład weszli: Hinc Šewc, wówczas nauczyciel w Psowjach i Minakale, Achim Brankačk, nauczyciel w Radworiu, również uczący w Radworiu Jan Rawp oraz Jan Wukaš, nauczyciel w Psowjach. Znajomość zawarli oni w trakcie nauki w Instytucie Nauczycielskim w Radworiu. Także później, stosunkowo często, spotykali się na konferencjach pedagogicznych w Budziszynie i Radworiu. 2 . Właśnie tam, w trakcie dyskusji co należy uczynić, aby po zaplanowanych na październik 1946 r. wyborach, w przyszłej konstytucji Saksonii znalazł się zapis o prawach ludności serbołużyckiej 3 , wykrystalizował się pomysł aby podjąć konkretne działania które by proces ten przyśpieszyły 4 . Ponieważ jednak z docierających do członków grupy informacji wynikało, że wielu niemieckich polityków przeciwnych jest konstytucyjnym gwarancjom dla Serbołużyczan, Brankačk, Rawp, Šewc, Wukaš oraz Jan Lukaš postanowili nie występować pod szyldem Domowiny, lecz planowaną akcję przeprowadzić konspiracyjnie Grupę początkowo tworzyło sześciu, potem już tylko czterech młodych serbołużyckich nauczycieli 5 . Według Jana Rawpa ukonstytuowała się ona 13 grudnia 1946 r. 6Do tego czasu jej członkowie nabyli już pewnego doświadczenia politycznego. W czerwcu 1946 r. uczestniczyli oni w przygotowaniach do mającego się odbyć na terenie Saksonii referendum ludowego, używając wówczas po raz pierwszy narzędzi propagandowych, wykorzystanych później przez NPŁ. Były to ręcznie wykonywane ulotki i plakaty, rozprowadzane następnie w serbołużyckich osadach. Merytoryczna wartość tych materiałów musiała być spora, skoro jedną z tych ulotek Domowina zdecydowała się wydrukować i rozprowadzić po całych Łużycach 7 . Przedstawiała ona, wydrukowane dużymi literami na tle serbołużyckich barw narodowych słowo "Haj" (Tak). Autorem ulotki był Hinc Šewc, który następnie osobiście rozlepiał ją w okolicznych wsiach. Przypadek sprawił, że podczas jednej ze swych podróży w rejon Wojerec natknął się na nią Pawoł Nedo. Przewodniczący Domowiny zabrał ją ze sobą i nakazał jej powielenie. Została ona następnie wydrukowana w formie plakatu, w nakładzie 100 tysięcy egzemplarzy 8 . We wrześniu 1946 r. młodzi nauczyciele otrzymali od przewodniczącego Domowiny Pawoła Neda, pełniącego jednocześnie funkcję radcy szkolnego na okręg Budziszyn - Północ, kolejne zadanie. Tym razem chodziło o zmobilizowanie do kandydowania w wyborach gminnych jak największej liczby Serbołużyczan, np. w trakcie tej akcji Achim Brankačk był odpowiedzialny za gminy Radwor, Luboč i Wulka Dubrawa 9 .NPŁ po raz pierwszy dał znać o sobie u schyłku 1946 r. Siódmego grudnia 1946 r. organ SED w okręgu budziszyńskim "Lausitzer Rundschau", zamieścił tendencyjny, w wielu miejscach powtarzający wyświechtane, antyserbołużyckie frazesy nacjonalistycznej niemieckiej propagandy artykuł, zatytułowany Die Lausitzer Sorben. W odpowiedzi władze okręgowe SED w Budziszynie otrzymały dwa, sygnowane przez NPŁ pisma. W pierwszym stwierdzano że:"W opublikowanym w organie Waszej partii "Lausitzer Rundschau" 17.12.46, artykule "Die Lausitzer Sorben" ukazaliście swoją prawdziwą twarz.Was w rzeczywistości nie interesuje bynajmniej unikanie przekłamań. Nie macie do zaoferowania nic ponad przemyślenia, którym przez 12 lat propaganda nadawała walor oficjalnego stanowiska naukowego.Czy słyszeliście, że literatura faszystowska już nie obowiązuje? Dobrze by było, gdybyście uświadomili to sobie jak najszybciej, gdyż w waszych sfałszowanych statystykach i poprzekręcanych liczbach, jej wpływ jest aż nadto widoczny.Nam właściwie byłoby to obojętne, gdyby nie ton waszej publikacji.Poza tym jesteśmy gotowi pomóc wam w przezwyciężeniu waszej niewiedzy i podać dokładne dane dotyczące liczebności ludności serbołużyckiej. Zrobimy to tym chętniej, że dzięki temu unikniecie w przyszłości zdumienia, że nie potrzebujemy już opieki "niemieckich autorytetów".Artykułu tego nie musicie publikować, gdyż niedługo zacznie działać nasza drukarnia. Na swobodu so ńečaka, Swobodu so beŕe! 10Drugim była rezolucja NPŁ o treści:"Publikując 7.12.1946 w "Lauzitzer Rundschau" artykuł "Die Sorben in der Lausitz" [sic!] musieliście się liczyć z zajęciem przez nas w tej sprawie stanowiska.Sposób w jaki jesteśmy jako naród słowiański traktowani, nie jest niczym nowym. Ten "wspaniałomyślny" sposób traktowania mniejszości był przez Niemców znany i stosowany od dawna. Można powiedzieć, że postępujecie według od dawna ustalonego wzorca. Gdy określacie nas mianem faszystów, cel tej zniewagi jest więc tym bardziej widoczny. Nie igrajcie jednak z ogniem, ponieważ to wy sami świadomie kontynuujecie faszystowskie tradycje.Typowe są próby "tworzenia" historii naszego słowiańskiego narodu poprzez sfałszowane statystyki. Bądźcie jednak spokojni, decyzje o przyszłości narodu serbołużyckiego nie leżą w waszych rękach. Wybijcie sobie z głowy, że będziecie na nas przeprowadzać kolejny eksperyment typowego, niemiecko - faszystowskiego traktowania narodów. Oczekujemy na Wasze stanowisko. 11 W połowie stycznia 1947 r. materiały NPŁ pojawiły się także w łużyckich wioskach 12 . Początkowo członkowie grupy swe materiały przygotowywali własnoręcznie. Jednak po pewnym czasie, dzięki znajomościom Jana Wukaša, część z nich udało się wydrukować w serbołużyckiej drukarni w czeskim Rumburku. Wtedy też postanowiono ulotki sygnować pseudonimem "Narodny Partyzan Łužica", co stanowiło nawiązanie do osoby Josifa Broz - Tito, postaci wówczas wśród młodej serbołużyckiej inteligencji niezwykle popularnej 13 . Ten "hordozny južnosłowjanski partizanski wojowar přećiwo fašistam" uosabiać miał w propagandzie NPŁ całą Słowiańszczyznę. Drugim patronem swej akcji młodzi serbołużyccy idealiści uczynili Józefa Stalina - symbol socjalizmu oraz radzieckiej polityki narodowościowej, przedstawianej przez komunistyczną propagandę jako "najbardziej postępowa" 14 .Żądania NPŁ dotyczyły równouprawnienia ludności serbołużyckiej w zakresie szkolnictwa, języka urzędowego oraz napisów w miejscach publicznych 15 . Zniecierpliwieni otwarcie prezentowanym przez wielu Niemców szowinizmem 16 , członkowie grupy nie stronili od ostrych sformułowań. Wzywano między innymi do zrzucenia niemieckiego jarzma 17 . W innej ulotce zapowiadano uzyskanie należnych praw metodami radzieckich i jugosłowiańskich partyzantów 18 .Ulotki i plakaty NPŁ wywołały negatywną reakcję niemieckiej policji i radzieckiej komendantury w Budziszynie 19 Na akcję tę ostro także zareagowała Domowina. Co prawda, gdy redakcja "Lausitzer Rundschau" przesłała 30 grudnia 1946 r. zarządowi Domowiny zacytowane powyżej materiały 20 , ten zwrócił je odpowiadając, że organizacja o nazwie "Narodny Partyzan Łužica" nie jest mu znana 21 . Jednak już w skierowanym do swych mężów zaufania 3 lutego 1947 r. "Wokolniku", Pawoł Nedo, Arnošt Simon i Jan Šołta stwierdzili, że ta "partyzancka akcja" podrywa dopiero co pozyskane zaufanie, tak ze strony radzieckich władz okupacyjnych jak i czynników zagranicznych, oraz sieje niezgodę pomiędzy Serbołużyczanami a Niemcami. Dodawano, że zainteresowani partyzantką mieli wystarczające możliwości wykazania się na tym polu w czasie ostatniej wojny. Mężów zaufania wezwano więc do przeciwdziałania podobnym poczynaniom oraz informowania o osobach rozprowadzających ulotki, zapowiadając jednocześnie wyciągnięcie wobec winnych daleko idących konsekwencji 22 .Wystąpienia te jednak bardziej były adresowanym do przedstawicieli niemieckiej i radzieckiej administracji pokazem pryncypialności i zdecydowania w zwalczaniu objawów nacjonalizmu niż realną groźbą pod adresem autorów ulotek. Tym bardziej, że nazwiska członków NPŁ nie stanowiły dla przywódców Domowiny żadnej tajemnicy. Już pod koniec stycznia 1947 r. Nedo wezwał do siebie Šewca, ostrzegając go przed negatywnymi skutkami podjętych w ramach NPŁ działań, tak dla położenia Serbołużyczan w radzieckiej strefie okupacyjnej, jak i osobiście dla jego członków. Dzień później podobną rozmowę przeprowadził z nim dr Jan Cyž 23 . Nedo rozmawiał także z Achimem Brankačkem, któremu oświadczył, że Domowinie potrzebni są gorliwi młodzi Serbołużyczanie, działać jednak należy rozumnie. Powiadomił także Brankačka, iż członków NPŁ poszukuje niemiecka policja kryminalna, w związku z czym zostaną oni skierowani na studia za granicę 24 . Materiały propagandowe sygnowane "Narodny Partyzan Łužica", nie pojawiły się już więcej w dwujęzycznych miejscowościach Łużyc. Ich autorzy, aby zejść z oczu Niemcom, zostali skierowani na studia za granicę. Siłą rzeczy taka jednorazowa akcja nie mogła w jakiś znaczący sposób wpłynąć na świadomość serbołużyckiego społeczeństwa. Na tym więc epizod ten winien się zakończyć. liderzy Domowiny postanowili jednak to, w gruncie rzeczy mało znaczące wydarzenie, wykorzystać w toczonej właśnie rozgrywce o wpływy i "rząd dusz" w serbołużyckim ruchu narodowym.W tym czasie konflikt pomiędzy Domowiną a grupą skupioną wokół ks. Jana Cyža powoli osiągał apogeum. Sztandarowym tego przykładem było delegowanie w grudniu 1946 r. przez ŁSNR (Łužiskoserbska Narodna Rada) na Kongres Wszechsłowiański w Belgradzie Marki Cyž, Jurija Rjenča, Korli Wirta i Pawoła Cyža 25 , mimo iż Główne Zgromadzenie Komitetu Słowiańskiego w Budziszynie mianowało delegatami Michała Nawkę, Pawoła Neda, Měrćina Nowaka-Njechrońskiego i Jurija Wićaza 26 . Do Belgradu przybyły więc dwie delegacje, co Serbołużyczanom wydatnie zawęziło, i tak już niewielkie, pole działania 27 .Dwudziestego trzeciego stycznia 1947 r., w piśmie do przewodniczącego ŁSNR ks. Jana Cyža, Pawoł Nedo i Jan Šołta określi mianem "czystej prowokacji", rozprowadzoną 22 i 23 stycznia 1947 r. w Budziszynie i okolicach, drukowaną ulotkę NPŁ. Jej pojawienie się miało wywołać w radzieckiej komendanturze wojennej wielkie wzburzenie. Przy okazji podniesiono także sprawę przyjazdu na Łużyce jesienią 1946 r. byłego czeskiego partyzanta Jana Knotka, który wspólnie z Serbołużyczaninem Fricem Marakiem zamierzał jakoby zorganizować na Dolnych Łużycach ruch oporu 28 .Trudne położenie zamieszkałych na terenie Brandenburgii Serbołużyczan, pozbawionych na skutek wrogiego nastawienia niemieckiego otoczenia możliwości oficjalnego działania oraz często prześladowanych 29 spowodowało, że niektórzy działacze zaczęli się zastanawiać nad czynną kontrakcją 30 .We wrześniu 1946 r. Sekretarz Generalny Łužisko-serbskeho narodneho zemskeho wuberka (ŁSZNW) zwrócił się do Jurija Rjenča z prośbą o zebranie danych dotyczących działalności, jak to określił: "dolnołużyckiego partyzanta Frica Maraka" 31 . Dodajmy, że wcześniej Rjenč od samego Maraka uzyskał relację o jego walkach w szeregach dowodzonego przez radzieckiego majora zgrupowania partyzanckiego, operującego w rejonie Tabora, Sedlec, Selčan i Chlumu w Czechach, a następnie biorącego udział w słowackim powstaniu narodowym. 32 . Prośba Jurija Cyža mogła mieć związek z misją Knotka, wówczas dwudziestopięcioletniego Czecha z partyzancką przeszłością, który podobno na prośbę Jurija Cyža miał podjąć się zorganizowania i przeprowadzenia na Dolnych Łużycach akcji wymierzonych przeciwko niemieckiej administracji, a szczególnie przeciwko prześladującej serbołużyckich działaczy niemieckiej policji. Korzystając z pomocy kilku innych osób, m.in. kierującego serbołużycką drukarnią w Rumburku Pawoła Krečmarja oraz Jana Wjacławka, jesienią 1946 r. Knotek, zaopatrzony w podróżny paszport oraz wydane przez Domowinę zaświadczenie, wyjechał na Łużyce. Na prośbę Krečmara zabrał on ze sobą także adresowaną do Jurija Rjenča paczkę, wygląd której zasugerował niektórym działaczom Domowiny, że może ona zawierać radiostację. W Budziszynie, za pośrednictwem Wjacławka, skontaktował się on z Nedą, prosząc go użyczenie należącego do Domowiny pojazdu, tak aby mógł pojechać na Dolne Łużyce i tam porozumieć się z Marakiem co do tworzenia "serbskeho partizanstwa". O tej rozmowie miał Nedo już następnego dnia poinformować majora Czaplika z radzieckiej komendantury w Budziszynie. Nie wiadomo, czy ostatecznie Knotek na Dolne Łużyce dotarł. Wiadomo natomiast, że domniemana radiostacja okazała się małą maszyną do pisania, którą zresztą Rjenč w trakcie przesłuchania na NKWD oddał 33 . Poczynaniami Knotka (prawdziwe nazwisko Morawec), Nedo w grudniu 1946 r. zainteresował także radcę w czechosłowackim ministerstwie spraw wewnętrznych, dr Francej, w efekcie czego został on przez praską policję zatrzymany 34 .Przewodniczący ŁSNR, ks. Jan Cyž od sprawy Knotka zdecydowanie się odciął 35 . Mimo to Nedo i Šołta postanowili do tej, wydawałoby się już przebrzmiałej afery powrócić, widząc w niej pretekst dla zaatakowania Jurija Cyža i Jurija Rjenča. Pretekst o tyle wygodny że, jak słusznie zauważył Benedikt Cyž, snute przez niektórych zwolenników ŁSNR plany prowadzenia przeciwko niemieckiej przemocy akcji wzorowanych na partyzanckich przykładach świadczyły tyleż o romantycznym idealizmie co o braku politycznego realizmu 36 . Nic więc dziwnego, że w nie datowanej, odręcznej notatce, do grona "partyzantów" jednym tchem zaliczeni zostali, obok rzeczywistych członków NPŁ, Joachima Brankačka i Hinca Šewca także Jurij Rjenč, Jurij Cyž, Fric Marak, oraz Achim Akermann. Dodatkowo wymieniony został także "Čech, ji jeł k...". 37 czyli, jak bez trudu się można domyśleć - Jan Knotek.Dla autorów notatki nie miał więc większego znaczenia fakt, że Šewca i Brankačka z Marakiem, Knotkiem, Rjenčem i Jurijem Cyžem absolutnie nic nie łączyło. Mimo to, w przekazanym radzieckiej cenzurze wiosną 1947 r. dokumencie zatytułowanym: "Unser Standpunkt zum Partisan", stwierdzono, że akcja NPŁ zmierza do destabilizacji sytuacji w Niemczech Wschodnich i faktycznie wymierzona jest przeciwko radzieckim władzom okupacyjnym. Wskazywano, że władze te zostały powołane do ochrony ogółu ludności strefy i występować będą z całą bezwzględnością przeciwko podobnym poczynaniom. Autorom "partyzanckiej" akcji zarzucano przy tym wszelkie możliwe grzechy - antyserbołużycką postawę w czasie wojny, przynależność do SS, SA lub Hitlerjugend oraz nieznajomość ojczystego języka. Działania ich miały podważać zaufanie radzieckiej komendantury wojennej do kierownictwa serbołużyckiego ruchu narodowego 38 .Jako animatorów całego ruchu wskazywano przebywających w Czechosłowacji działaczy ŁSNR, używając już charakterystycznej dla krajów bloku komunistycznego orwellowskiej "nowomowy":"Jakieś elementy, które zyskały już międzynarodową "sławę", które w ojczyźnie nie mogą się pokazywać, które mają powiązania z siłami nastawionymi są przeciw Rosji Radzieckiej, ludzie, którzy są przekonani, że wraz z Watykanem prowadzić muszą walkę przeciwko Związkowi Radzieckiemu, są finansistami tego, w prawdziwym tego słowa znaczeniu, "komicznego" związku." 39Pod koniec kwietnia 1947 r. Nedo skierował do przewodniczącego czechosłowackiego najwyższego sądu wojskowego, gen. Ladislava Rutara prośbę o udostępnienie akt sprawy aresztowanego pod zarzutem dezercji Morawca - alias Jana Knotka. Według przewodniczącego Domowiny, celem animowanej przez Jurija Cyža akcji Knotka było przemycenie na Łużyce broni i radiostacji, a następnie ataki na niemiecką policję, zniszczenie radzieckich składów wojskowych oraz fizyczna likwidacja kierownictwa Domowiny, w tym dr Jana Cyža i samego Nedy 40 . W sprawie odpisów dokumentów sprawy Knotka Główny Sekretariat Domowiny zwracał się do czechosłowackiego ministerstwa spraw wewnętrznych jeszcze dwukrotnie 41 . Nie ukrywano przy tym, że uzyskane z centrali Sboru Narodni Bespečnosti akta sprawy Knotka miały posłużyć jako narzędzie do ostatecznej likwidacji struktur ŁSNR 42 . Ostatecznie do tego nie doszło, jednak "partyzanckie" pomysły długo jeszcze w obozie realistów wywoływały ironiczne uwagi 43 .W tym czasie Łužiskoserbska Narodna Rada traciła ostatnie swe przyczółki. Po ustąpieniu 20 lutego 1947 r. ks. Cyža ze stanowiska przewodniczącego, wpływy ŁSNR na Łużycach uległy daleko idącemu ograniczeniu. Jej główną bazą organizacyjną pozostały serbołużyckie instytucje i środowiska na terenie Czechosłowacji. Jednak na początku 1948 r. także tam zaczęły powstawać, popierane przez czeskich komunistów, agendy Domowiny. W dniach komunistycznego przewrotu w lutym 1948 r., przekształciły się one w tzw. Komitety Działania, które przejęły lokale ŁSZNW i ŁSNR, kładąc tym samym definitywny kres ich działalności 44 .Porozumienie pomiędzy Domowiną a SED zaowocowało ustawowymi gwarancjami dla narodu serbołużyckiego oraz roztoczeniem państwowego mecenatu nad serbołużyckim szkolnictwem i kulturą. Ceną za to było jednak ideologiczne podporządkowanie Domowiny niemieckim komunistom, ze wszystkimi tego konsekwencjami, łącznie z obowiązkiem udowadniania słuszności tezy o pogłębianiu się sprzeczności klasowych w miarę rozwoju socjalistycznego budownictwa. Tak więc także tego małego narodu nie ominęły ponure stalinowskie rytuały - demaskowanie "wrogów ludu", procesy "reakcjonistów", itp. Represje te dotknęły także Jurija Rjenča, aresztowanego 30 grudnia 1950 r. przez niemiecką tajną policję, a następnie przekazanego w ręce NKWD. W trakcie śledztwa przedstawiono mu szereg, tyleż z perspektywy dnia dzisiejszego absurdalnych, co wówczas jakże złowrogo brzmiących zarzutów. Dotyczyły one między innymi szpiegostwa na rzecz Francuzów, Amerykanów, a przede wszystkim Jugosłowian (agent Tito i Rankowicza), agitacji przeciwko wyborom z 15 grudnia 1950 r., tajnych kontaktów z angielską załogą w Berlinie Zachodnim i Polakami, kierowania, wraz z braćmi Pawołem i Janem Nalijami, nielegalną organizacją, odpowiedzialności za wystąpienia z szeregów Domowiny w 1948 i 1950 r., kierowania w latach 1946-1947 "serbołużycką partyzantką", a także utrzymywania tajnych kontaktów z Dolnołużyczanami, Wylemom Arndtem i Mětom Laškim 45 . Dwudziestego stycznia 1951 r. radziecki trybunał wojenny w Dreźnie skazał Rjenča za kierowanie "serbołużycką partyzantką" na 25 lat obozu pracy. Dla oskarżycieli rzecz jasna nie miało najmniejszego znaczenia, że Rjenč w rzeczywistości z poczynaniami Knotka i NPŁ nie miał nic wspólnego 46 . Dowodami jego winy były, znalezione w trakcie rewizji w jego mieszkaniu, dwa czasopisma. Były to wydawany w Berlinie Zachodnim "Der Monat" oraz paryska "Kultura". Wolność Jurij Rjenč odzyskał w styczniu 1954 r. Jednak pełną rehabilitację ze strony organów sądowych Federacji Rosyjskiej, jako ofiara politycznych represji, otrzymał on dopiero 26 grudnia 1997 r. 47 Akt ten można uznać za symbolicznie zamknięcie splotu wydarzeń, związanych z tzw. "serbołużycką partyzantką". Przypisy: 1 H. Šewc, Wo tajnej akciji "Narodny Partyzan Łužica" w lěće 1947, "Nowa Doba - Předźenak", 09.09.1989. 2 Ibidem. 3 A. Brankačk, "Narodny partizan Łužica" - a štó dyrbješe město partizanow na 25 lět do chłostarnje, "Nowa Doba", 17.03.1990. 4 "Dać njekajki signal zo by so wuwiće na tym polu pospšiło", H. Šewc, Wo tajnej akciji ....... . 5 A. Brankačk, "Narodny partizan Łužica" ....... . 6 J. Rawp, Stejišćo k dokumentaciji "Bjez winy zajaty a zasudźeny" (25 nowembra w Nowej dobje), "Nowa Doba", 02.12.1989. 7 H. Šewc, Wo tajnej akciji ....... . 8 Wučerjo prenich let, antologija. Zestajał Jurij Wowčer, Budišin 1884, s. 25. 9 A. Brankačk, "Narodny partizan Łužica" ....... . 10 Serbski kulturny archiw (dalej :SKA), D II 1. 9B, Narodny Partyzan Łužica An die Kreislbitung der SED Bautzen, ło. 22. 11 SKA, D II 1. 9B, narodny Partyzan Łužica. Rezolution (Abschrift), ło, 23. 12 H. Šewc, Wo tajnej akciji ....... . 13 H. Šewc, Wo tajnej akciji ....... . 14 A. Brankačk, "Narodny partizan Łužica" ....... . 15 H. Šewc, Wo tajnej akciji ....... . 16 J. Rawp, Stejišćo k dokumentaciji ....... . 17 "Zničće nemsku kwaklu !", B. Cyž, Serbske partizanstwo a Jurij Rjenč, "Nowa Doba - Předźenak", 19.01.1996. 18 "My sej naše prawo wudobudźemy. Kaž partizanojo wulkeho Stalina a Tita njech je kóždy Serb narodny partizan", B. Cyž, Serbske partizanstwo....... . 19 H. Šewc, Wo tajnej akciji ....... . 20 SKA, D II 1. 9B, ło. 13. 21 SKA, D II 1. 9B, An die Redaktion der Lausitzer Rundschau, Bautzen 03.01.1947, ło. 19. 22 "Domowina so wo to postara, zo tuči "rjekowscy partizanojo" tam přińdu, hdźež słušeja.", SKA, D II 1.3D, Wokolnik 5/47 wšitkim dowěrnikam Domowiny, Budyšin 03.02.1947, ło.13. 23 H. Šewc, Wo tajnej akciji ....... . 24 A. Brankačk, "Narodny partizan Łužica" ....... . 25 Ska, D II 1. 1B, Zpravy Lužickoserbského národniho výboru" 10.12.1946, č.10, k.316. 26 Ska, D II 1.1B, pismo Domowiny do Przewodniczącego Kongresu Słowiańskich Komitetów w Belgradzie, Budyšin 02.12.1946 r., ło.276. 27 Szerzej na ten temat: M. Cygański, R. Leszczyński, Zarys dziejów narodowościowych Łużyczan. Tom II. Lata 1919-1997, Opole 1997, s.83-84; P. Schurmann, Die sorbische Bewegung 1945-1948 zwischen Selbstbehauptung und Anerkennung, Budišin 1998, s.127-137. 28 SKA, D II 1. 9B, hłowny sekretarijat Předsydźe Narodneje Rady knjezej fararjej Janej Cyžej, Budyšin 23.01.1947, ło. 25; B. Cyž, Serbskie partizanstwo ....... . 29 Doświadczyli tego m.in. organizujący na tamtejszym terenie Domowinę Měto Laški, aresztowany przez niemiecką policję we wrześniu 1946 r., czy Mina Witkojc, inwigilowana przez policję i zmuszona w 1947 r. do wyjazdu do Czechosłowacji. 30 B. Cyž, Serbskie partizanstwo ....... . 31 SKA, D II 1. 1.B, pismo Generalnego Sekretarza ŁSZNW do Jurija Rjenča, 27.09.1946, ło. 126. 32 SKA, N VII/427, informacja Jurija Rjenča z 10.09.1946, bez paginacji. 33 B. Cyž, Serbskie partizanstwo ....... . 34 SKA, D II 1. 9B, pismo Pawoła Neda do Prezesa Najwyższego Sądu Wojskowego w Pradze, gen. Ladislava Rutara, Budyšin 29.04.1947, ło. 30. 35 "Hdyž sym nazymu 46 wot Tebje wo nekajkim partyzanowanju ze sčelakami a brónjemi zasłyšał, sym hnydom nanajraznišo tajkiemu hrajkanju z njemóžnymi sredkami napřećiwo stupił. A je tež, dalekož wem, mer był", SKA, D II 1. 9B, Jan Cyž Předsyźe Domowiny knjezej Pawołej Nedej, Budyšin, 07.02.1947, ło. 26. 36 B. Cyž, Serbskie partizanstwo ....... . 37 SKA, D II 1. 9B, ło. 21. 38 SKA, D II 1. 9B, Unser Standpunkt zum Partisan, 01.03.1947 r., ło. 27-28. 39 SKA, D II 1. 9B, Unser Standpunkt zum Partisan, 01.03.1947 r., ło. 28. 40 SKA, D II 1. 9B, List Pawoła Neda do presidenta nejvyššiho woj. soudu, gen. Ladislava Rutara, Budyšin 29.04.1947, ło. 30. 41 SKA, D II 1. 9B, pisma hłownego sekretarjata Domowiny do radcy ministerialnego dr Francej, Budyšin 05.05.1947 i 20.05.1947, ło. 31,32. 42 "Smy nuzowni tón króć Narodnu radu zlikwidować a jeje funkcjonarow nuzować do wustupjenja, štož pak bjez naspomnjeneho materiala njemóžemy", SKA, D II 1. 9B pisma hłownego sekretarjata Domowiny do radcy ministerialnego dr Francej, Budyšin 20.05.1947, ło. 32. 43 "Pawło ! Nimaš žanych dundakow z Łužicow kotriž bychu za Łužicu wojowali w dalokej Grekskej w demokratiskich wojskach. Snadź J. Rjenč ze swojimi partizantami pojědźe !? Pomysl, serbski pluton při boku druhich słowj. wojskow, kajki wuznam ! Haj, tajka myslička !", SKA, D II 4. 7D, list Wójćecha Kočki do Pawoła Nowotnego, Wrocław 26.01.1948 r., ło. 77. 44 M. Cygański, R. Leszczyński, Zarys dziejów narodowościowych Łużyczan. Tom II lata 1919-1997, Opole 1997, s.100-102. 45 H. Šołcina, Bjez winy zajaty a zasudźeny, "Nowa Doba", 25.11.1989; M. Słokowa, K rehabilitaciji Serba, kenž jo był mimo winy zamjety a zasuźony (1. žel). Jurij Rjenč - chto to jo a kak Dolnoserbam pomagał ?, "Nowy Casnik", 20.01.1990. 46 B. Cyž, Serbskie partizanstwo ....... . 47 B. Cyž, "Čehodla buch zajaty a zasudźeny ?, "Rozhlad", čo. 7-8, 2000, s.311-312.

Merko Šołta Tytuł powyższy wskazuje na bezpośredni związek między hymnami polskim i serbołużyckim. Udowodnienie tego - z jednej strony - nie jest trudne, ale z drugiej strony - warto też pomyśleć, że właśnie ten utwór wybrali sobie albo z racji słowiańskiej wzajemności, albo wręcz z panslawiatycznych poglądów. Udowodnienie ostatniej z tych ewentualności byłoby jednak trudne i skomplikowane.Kiedy ta pieśń zaczęła sobie zdobywać coraz większą popularność i powoli awansować do rangi łużyckiego hymnu - mamy niezbyt wiele informacji źródłowych, bo łużyckiego dziennikarstwa jeszcze wtedy nie było. Pojawia się też pytanie dlaczego wybrano właśnie tę pieśń, a nie inną.Prawdopodobnie można sytuację historyczną scharakteryzować w następujących punktach:1. Wzrastająca emancypacja młodej inteligencji łużyckiej, rozpoczynająca się w czasach studiów Handrija Zejlera w Lipsku, w latach 1825-1829.2. Założenie towarzystwa gimnazjalnego: "Societas Slavica Budissenensis" w roku 1839, w Budziszynie.3. Przypadająca na te same czasy przychylność dla polskiego Powstania Listopadowego i związanej z nim walki o wolność, którą w mieszczańskich kręgach środkowej i zachodniej Europy traktowano jako republikański ruch dążący do utworzenia jednolitego państwa narodowego. W ten sposób właśnie owa pieśń stała się znamieniem bojowników o narodową jedność i swobodę, a też demokrację, co znalazło wielki odgłos zwłaszcza wśród młodych intelektualistów.W tym sensie temat nasz trzeba właściwie rozszerzyć o wpływ walki Polaków o ich własną swobodę na emancypacyjne dążenia zachodnich i południowo - zachodnich sąsiadów, a przy tym na rolę polskiego hymnu jako przykładu dla tworzenia innych hymnów.Po wojnach napoleońskich, a szczególnie po tak zwanych postanowieniach w Karlovych Varach, we wszystkich częściach Niemiec coraz bardziej przybierały na sile dyskusje o konstytucji, zjednoczeniu Niemiec i ewentualnej republice. Pod wpływem rewolucji lipcowej we Francji oraz powstań belgijskiego i polskiego, Niemcy ogarnęło silne poruszenie. Powstanie Listopadowe wywołało akcje solidarnościowe w całych Niemczech; gromadzono pieniądze, organizowano noclegi dla polskich emigrantów i tym podobne akcje. Max Eifert - historyk z uniwersytetu w Tybindze pisał, że stowarzyszenie studenckie "Feurreiter" było w tym czasie "rozpłomienione nadzieją, że polepszy się też położenie patriotyczne". Polacy zdążający po klęsce na zachód przez Niemcy, stwarzali okazję do różnych inicjatyw. Powstało więc towarzystwo pomocy dla Polaków, zbierano pieniądze i opatrunki. Akademickie Towarzystwo Śpiewacze urządziło koncert w muzeum w Tybindze, przeznaczając dochód na rzecz emigrantów. Rozbicie powstania przez Rosję pogrzebało nadzieję, że "polska iskra" przerzuci się do Niemiec. Historyk Karl Hagen charakteryzuje sytuację następująco: "Nawet najbardziej radykalni [a więc liberałowie] nie chcieli niczego ponad stworzenie systemu konstytucyjnego, ale po upadku Warszawy sprzeciwy przybrały na sile. Wirtemberski nadporucznik Ernst Ludwig Koseritz, jeden z przywódców wojskowego i cywilnego sprzysiężenia z lat 1831 - 1833, po upadku Warszawy kazał zaprotokołować, że "przypadek Warszawy zmienił go z liberała w ultraliberała".Także w Budziszynie można było wykazać sympatie dla walecznych Polaków, o czym świadczą anonsy w "Budissiner Nachrichten z roku 1831:"Odważę się jeszcze raz wyrazić prośbę o szarpie i bandaże dla rannych Polaków, a zarazem dziękuję za otrzymane już ofiary, szczególnie panu nauczycielowi z Berthelsdorfu za dary zgromadzone w Herrenhut, Berthelsdorfie i Ebersbachu. Oby się znalazło więcej takich miłosiernych przyjaciół. Pomyślcie, przyjaciele, że niejeden nieopatrzony, zrozpaczony, na śmierć skazany Polak mógłby być w ten sposób ocalony ! Pan Bóg odpłaca najmniejszą ofiarę ! dary przyjmuje Joanna Benade [...]"."W księgarni Schultza można nabyć >Ostatnie boje polskie o wolność narodu i Europy, albo ścisłe opisanie walki bohaterskiej od 29 listopada 1830 roku do ponownego zajęcia Warszawy 7 września 1831 roku... kiedy to geniusz swobody, ludzkości i sprawiedliwości spoglądają płacząc na pewien lud...<". Dołączały się do tego ulubione i wtedy, i w latach czterdziestych orkiestrowe opracowania mazurka Dąbrowskiego, a w księgarniach sprzedawano opracowania tego utworu na różne instrumenty.Prawdopodobne jest, że dyskusje o demokratycznych postulatach i przemianach miały miejsce także wśród łużyckich gimnazjalistów i studentów. Jak wynika z dokumentów i prasy, datowanych na początek czterdziestych lat XIX wieku, tematem dyskusji były też: narodowa odrębność, równouprawnienie i "serbstwo". Tendencje owe szczególnie uwydatniają się w założeniu "Towarzystwa Łużyckiego" we Wrocławiu (1838), towarzystwa gimnazjalnego "Societas Slavica Budissinensis" (1839), towarzystwa łużyckich seminarzystów w Budziszynie (1839) i "Towarzystwa Słowiańskiego" w Lipsku (1841). "Societas Slavica" rozwinęło się stopniowo w organizację o charakterze centralnym, a jego coroczne zebrania stały się centralnymi zebraniami łużyckich studentów i patriotów. Szczytowym osiągnięciem było postanowienie założenia "Macierzy Serbskiej" i zorganizowanie wielkiego łużyckiego święta śpiewaczego. Uchwalono to 18 kwietnia 1845 r. Podczas obrad i na ich zakończenie śpiewano patriotyczne pieśni typowe dla nowej mieszczańskiej orientacji. Ważność, a też ich popularność - jako oznaka nowego czasu - unaocznia ich ilość w repertuarze pierwszych świąt śpiewaczych. Stanowiły one od jednej czwartej do jednej trzeciej całego programu. Już większość tytułów lub incipitów owych pieśni mówi sama za siebie, a też o samookreśleniu się ówczesnych Serbów Łużyckich: "Nie traćmy nadziei - Prawa Serbskość", "Serbski kraj ojczysty", "Gdzie dom mój", "Pochwała holi", "Serbskim Łużycom", "Jeszcze Serbstwo nie zginęło", "Trwać musi Serbstwo", "Serbski maj", "Nasze Serbstwo z grobu wstaje - Nowe Serbstwo", "Serbska ziemia - Śpiew żołnierski", "Czasy nasze czasy".Wyjaśnić trzeba tu pojęcia "narodny" i wótčinski" śpiew. Łużyckiemu "wótčinski" śpiew odpowiada niemiecki "Vaterländisches Lied" czyli pieśń ojczysta, którą podówczas coraz częściej śpiewano na zebraniach, śpiewaczych zjazdach, a nawet na zgromadzeniach politycznych, jako wyraz rosnącego mieszczańskiego samookreślenia się i żądania zmian w całych Niemczech. "Śpiew narodowy" ("Nationallied") od pierwszej połowy XIX wieku zaczął być traktowany jako hymn narodowy. Nie wiemy dokładnie, kiedy Łużyczanie zaczęli śpiewać patriotyczne pieśni, ale można przypuszczać (według Rafała Leszczyńskiego), że było to po roku 1830. Dość jasno można natomiast stwierdzić, kiedy pieśń ojczysta przekształciła się w narodową: Po raz pierwszy na zgromadzeniu 18 kwietnia 1845 roku "śpiewano ojczystą pieśń > Jeszcze Serbstwo nie zginęło, w nas ma swą obronę, to co było utracone z mocą powstaje <". Z rozprawy o tym zgromadzeniu wynika, że śpiewali wszyscy zebrani, a więc pieśń była chyba wszystkim znana. W programie pierwszego łużyckiego śpiewaczego święta, pod tytułem tej pieśni podano, że jest to "serbska pieśń narodowa". A zatem 18 kwietnia i 11 października, w ciągu pół roku, mimo wielu innych przygotowań i postanowień, młodzi Łużyczanie zdecydowali się na łużycki hymn narodowy i wybrali najlepiej nadającą się pieśń. Wspomniane zgromadzenie stało się zarzewiem szerokiej dyskusji o kulturalnej i politycznej emancypacji Łużyczan, którą prowadzili głównie młodzi intelektualiści, a później także wielka część górnołużyckiego chłopstwa z okolic Budziszyna, Kamieńca i Wojerec. Doktor Jan Petr Jordan, pierwszy lektor slawistyki na uniwersytecie lipskim, i wydawca "Roczników słowiańskiej literatury, sztuki i wiedzy" (drukowanych od 1843 roku) pisał o wspomnianym zgromadzeniu następująco: 18 kwietnia stowarzyszenie serbołużyckich uczniów gimnazjum w Budziszynie obchodziło piątą rocznicę swego założenia. Oprócz wszystkich członków związki obecni byli na tej uroczystości duchowni, nauczyciele wiejscy i miejscy, kandydaci [nauczycielscy], studenci, a nawet mieszczanie. Z racji obecności tych patriotów, uroczystość przekształciła się w ogólne serbołużyckie zebranie i dzięki temu rozważano wszelkie sprawy dotyczące Serbołużyczan...".Z tego wynika, że przyjęcie "Mazurka Dąbrowskiego" do rzędu serbołużyckich pieśni patriotycznych nie było przypadkowe. Choć "Jeszcze Serbstwo nie zginęło" nie było pierwszym śpiewem łużyckiego odrodzenia, to stanowiło "Odbicie" tamtych czasów i podnietę do tworzenia dalszych takich pieśni. Wyrażała ona odczucia i zapał łużyckich patriotów. Właśnie ta pieśń funkcjonowała przez pół stulecia jako muzyczno - programowe hasło łużyckiego polityczno - kulturalnego ruchu, jako bojowy chorał i jako narodowy program. "Jeszcze Serbstwo nie zginęło" nie było jedynie hasłem, ale też - można powiedzieć - zwrotem przenoszącym "z ust do ust" myśl (n.p. w "Jutrničce" z 18 listopada 1848 roku), że "przecież Serbstwo jeszcze nie zginęło", że nie jest jeszcze za późno."Jeszcze Serbstwo nie zginęło" trwało przez 50 lat jako "Serbów pieśń narodowa". Śpiewano ją na Górnych Łużycach podczas ludowych zabaw, szkolnych świąt i narodowo - politycznych zebrań. Z relacji z imprezy śpiewaczej w 1860 roku czytamy między innymi, że "przy biesiadzie, podczas przerwy rozdawane były trzy, można powiedzieć hymny narodowe ("Jeszcze Serbstwo", "Nasze Serbstwo" i "Nie traćmy pięknej nadzei"). Które postanowino śpiewać i specjalnie wydrukowano". W Protokołach "Macierzy Łużyckiej" znajdujemy często uwagę, że zebrania kończono odśpiewaniem "Jeszcze Serbstwo". M.in. w "Czasopiśmie Macierzy Serbskiej" z roku 1867 czytamy: "potem zaśpiewano tak jak w innych latach > Jeszcze Serbstwo nie zginęło <". Po raz pierwszy w roku 1887 użyto nowego określenia [tej pieśni] jako hymnu, co wynika ze wzmianki, że "zebranie [> Macierzy <] zakończyło się serbskim hymnem > Jeszcze Serbstwo nie zginęło <". Także zwykłe imprezy wiejskie otwierano ze śpiewaniem tego hymnu. Na przykład w Towarzystwie Bukeczańskim - jak podaje "Łužica" z roku 1896 - "zabawę rozpoczął knjez Króna serdecznym > witajće k nam <, po czym z zapałem odśpiewano > Hišće Serbstwo <". Również w pierwszych trzech wydaniach "Śpiewnika Towarzyskiego", w rozdziale Śpiewy patriotyczne" stale jako numer pierwszy znajduje się :Serbów narodowa pieśń - Jeszcze Serbstwo nie zginęło". Dopiero w roku 1927, w czwartym wydaniu "Śpiewnika" po raz pierwszy znajdujemy jako hymn łużycki pieśń Karola Awgusta Kocora do słów Handrija Zejlera "Rjana Łužica". Tę zmianę wywołało zapewne odzyskanie przez Polskę państwowości i ustalenie pieśni "Jeszcze Polska nie zginęła" jako oficjalnego hymnu.Z wspomnianych uprzednio łużyckich pieśni patriotycznych ani jedna nie została uwzględniona w "Towarzyskim Śpiewniku" wydanym w roku 1980. Znajdujemy w nim natomiast "Międzynarodówkę" i tym podobne. Dopiero przewrót polityczny umożliwił zamieszczenie dawnych pieśni patriotycznych w "Nowym Towarzyskim Śpiewniku". Jednak tradycja ich wykonywania została przez czterdzieści lat powojennych zniszczona.

Merko Šołta Łużyckie tańce ludowe są niezupełnie znanym fenomenem. Mówiąc o nich, najczęściej opieramy się na ich choreograficznym opisie Arnošta Smolera i na opisach wariantów dokonanych przez Adolfa Černego. Co do stosowanych melodii, to Smoler podaje, że można te tańce wykonywać przy wszystkich melodiach "oznaczonych tempo di menuetto, polacca i po serbsku". Ludvik Kuba i Černý zapisali jeszcze więcej melodii i razem mamy ich ponad 300. Jeżli jednak porównamy je pod względem miar taktowych i rytmometryki, przekonamy się, że według tych melodii przenigdy nie mógł być tańczony jeden jedyny taniec ! Chodzi tu o melodie, które powstały około 1800 roku, a częściowo o wiele wcześniej. Jan Rawp stwierdził na przykład, że z dostępnych źródeł wynika, iż repertuar tańców łużyckich jeszcze w XVIII stuleciu w dużej mierze składał się z tańców "chodzonych i skocznych". Jeszcze wcześniej określenie "muzyka wendyjska" pojawia się stale w kronikach. O tej "muzyce łużyckiej" (a pośrednio o tańcach, bo muzyka potrzebna była głównie do nich) rozprawia się w wielu źródłach. Jeszcze w 1820 roku zdemobilizowani muzycy wojskowi (którzy spierali się z budziszyńskim muzykiem miejskim Richterem) pisali, że "on [Richter] nie ma żadnego prawa we wsiach wokół Budziszyna, gdyż wszyscy mieszkańcy tych wsi są Łużyczanami, którym odpowiadają [tańce] tylko przy ich własnej, całkowicie narodowej, łużyckiej muzyce, której oni, ani miejski muzykus nie mogą uczynić zadość".Ludowy taniec jest ściśle powiązany z tradycyjną muzyką ludową i jej instrumentarium. Nosicielami tej praktyki muzycznej (melodii, tradycyjnych tańców i tanecznego porządku) przez całe stulecia byli ludowi muzycy (hercy). Pierwotnie ich melodie były przekazywane [pamięciowo] od nauczyciela do ucznia. Dopiero w XVIII wieku zaczęto stopniowo zapisywać melodie w tak zwanych "huslerskich spewnikach" ("śpiewnikach skrzypków"). O składzie ludowych kapel łużyckich mamy rozmaite wiadomości, co wynika z faktu, że informacje pochodzš z różnych czasów. Znaczy to, że skład zależał od czasu, okolicy, środowiska i charakteru imprezy (zwykłego albo uroczystego). Ludowi muzycy mogli grać albo sami (głównie skrzypkowie, dudziarze, a być może również klarneciści), albo w większej grupie. Na dudach grywano wówczas w całych Łużycach, a muzyka była potrzebna stale, przez cały rok, przy poszczególnych okazjach, na weselach, chrzcinach, jarmarkach, świętach, obchodach rocznicowych, w karczmach, na kiermaszach i przy tym podobnych sposobnościach. Była niezbędnym elementem życia łużyckiego na wsi i łużyckich przedmieściach.O samej muzyce i tańcach również mamy źródłowe rozprawy, choć rzadsze. Jan Rawp cytuje Abrahama Frencla, który następująco opisuje sposób tańczenia łużyckiego: "Tańczyła cała gromada, chłopcy mocno tupali i podnosili swoje tancerki, przy czym wesoło pokrzykiwali i swawolnie, wysoko podrzucali swoje kapelusze". U Hórčańskiego, w roku 1783, czytamy, że "Łużyczanie do tej rozrywki [tańców] są bardzo chętni, że oddają się jej przy każdej sposobności [...]. Nigdy nie tańczą oddzielnymi parami, ale zawsze całą grupą. Ich tańczenie polega najczęściej na wszelakich zmieniających się ruchach i obrotach, a najlepszym tancerzem jest ten, który potrafi mocno tupać i kręcić się". Dalej Hórčański pisze, że coraz modniejsze stają się polonezy i mazury. Smoler jeszcze wspomina, że tańce "były niekiedy [wykonywane] z towarzyszeniem śpiewów solowych albo zespołowych".Kultywowanie łużyckich tańców ludowych skończyło się około 1850 roku na całych Łużycach, a w pobliżu Budziszyna - już parę dziesięcioleci wcześniej. Tylko w "holi" (w okolicach zalesionych na Dolnych Łużycach), przede wszystkim koło wsi Slepo, przetrwały resztki [tych tańców}, a zwłaszcza muzyka dudziarska. Zamilkli starzy łużyccy "hercy" i ich instrumenty. Nowe tańce i nowe orkiestry dęte, a także ciągle rosnący wpływ miejskiej kultury przesądziły o wymarciu "przestarzałego" stylu tanecznego. Według Ludvika Kuby, muzycy "zaniedbują wszystko, co ludowo - tradycyjne i niszcząc domorodną kulturę, wprowadzają berlińskie i drezdeńskie polki i walczyki". Jedynie przy rzadkich okazjach wykorzystywano nadal niektóre formy łużyckiej kultury ludowej, na przykład na łużyckich weselach taniec weselny albo na łużyckich balach "serbską reję" jako "narodową". Właśnie tu szczególnie uderzające jest, że razem z zanikiem ludowych "herców" wytrzebiona została z pamięci społecznej większość tanecznych melodii łużyckich.Gdy pod koniec XIX wieku zaczęto wreszcie zapisywać także melodie łużyckich tańców ludowych, ludowa praktyka muzyczna w przeważającej mierze nie istniała. Toteż Kuba i Černý ciągle ubolewali, że są już tylko nieliczni starsi "hercy", którzy mogą im zagrać stare łużyckie tańce. Adolf Černý był pierwszym, który zajął się tańcami w "Czasopiśmie Macierzy Łużyckiej", w roku 1888. Oprócz "serbskiej reji" zapisanej przez Smolera, której przedstawił cztery warianty, opisał też następne - nowsze, które określił jako "drobne". Te tańce z "małą choreografią" to "Moja Marko chodź ty ze mną", "Taniec plotkarski", "Polski Żyd", "Ja mam ukochaną z Bageńca", "Do drzewa, do drzewa", "Ach, rozkochana miła moja", "Służyła dziewczyna", "Mama Sławków", "Krocz dalej". Wszystkie je znalazł Černý w okolicach "holańskich". Później melodie te opracował na fortepian Bjarnat Krawc, Meranka Leśawic dodała do nich choreografię i całość wydano w 1930 r. w Lipsku, pod tytułem "Kręć mnie koło grajka".Typowym tańcem, znanym dziś jako wykonywany do "muzyki dudziarskiej ze wsi Slepo", jest polka, która zadomowiła się tam dopiero około 1850 roku. Jan Kušk, ostatni ludowy "herc" z katolickich stron, obwiniał zbyt wielkie sale o to, że do publicznych tańców wprowadzono duże kapele dęte. Trzeba jednak uwzględnić, że zmieniały się także wymagania łużyckich odbiorców, co "herc" Pan wyraził stwierdzeniem, że "musi grać na instrumentach niemieckich, jeśli nie chce utonšć". Jedynie podczas reprezentacyjnych imprez wycišgano stare instrumenty i pokazywano je uczestnikom okolicznoœciowych przedsięwzięć w rodzaju wystawy w Dreźnie 1896 roku albo jubileuszowego koncertu Macierzy Łużyckiej. Do drugiej wojny światowej, w slepiańskiej parafii, grywał jednak stary "herc" na weselu do tańców.Byłby to bezwzględny kres łużyckiej praktyki ludowej w dziedzinie muzyki, gdyby już dawniej nie starano się o zapisanie i charakterystykę tej gałęzi ludowej sztuki, a też o inne możliwości jej prezentacji. Były to starania dwustronne - samego ludu i działaczy narodowych. Prezentacja łużyckich tańców ludowych poza ich tradycyjnymi ramami sięga końca XIX wieku. Interesujące jest przy tym, że najprawdopodobniej ludowi "hercy" i prości ludzie sami zaczęli swoje starodawne obyczaje świąteczne przedstawiać jako inscenizacje, nadające tym obchodom nowe wartości. Szczególnie wieśniacy ze Slepoho starali się prezentować poza swoim terenem przejawy własnej ludowej kultury muzycznej, zwłaszcza tańców, co miewało miejsce podczas różnych imprez. W programie koncertu śpiewaczego, 4 czerwca 1905 r., który zorganizowało slepiańskie towarzystwo "Liederkrauz", uwzględniono jako część trzecią "Łużyckie tańce weselne w ludowych strojach i przy muzyce dudziarskiej". 13 sierpnia 1905 r., w Zgorzelcu, podczas "Górnołużyckiego święta kostiumowego", ten sam zespól ze Slepoho demonstrował "stare tańce weselne w narodowych strojach przy ludowej muzyceś. Także łużyccy działacze kulturalni gorliwie dążyli do przedstawienia ludowej muzyki i tańców. Pierwszym z nich był Jurij Pilk, a po nim Bjarnat Krawc.Spośród łużyckich tańców najwięcej zostało zapisanych tych starych i właśnie one są najciekawsze i najoryginalniejsze pod względem charakteru. W śpiewniku skrzypka Krala nie znajdujemy jeszcze żadnego mazurowego tańca, a polonezy są tylko trzy. Wynika to z tego, że ów śpiewnik powstał w drugiej połowie XVIII stulecia i prawdopodobne jest, że są w nim zapisane najstarsze łużyckie tańce. Niektóre z nich wykazują harmoniczne struktury z czasów renesansu, inne są młodsze. Już wszelakość ich jest dość duża. W późniejszych, które zapisali Smoler, Kuba, Černý i inni, odnajdujemy tez tańce typu polonezowego i mazurowego. Zadziwia w nich często występujšca struktura rytmiczna: w określonych miejscach stale pojawia się takt z trzema ćwierćnutami. Tu prawdopodobnie mamy melodie tej "wersji", którą jako pierwszy opisał Smoler. Co więc dzisiaj mamy mieć na uwadze, jeśli chcemy te tańce do naszego żywego dziedzictwa przyjąć? W większości zapisów nutowych pojawia się dla nas ten problem, że zapisujšcy przeważnie byli muzycznie wykształceni (trafiali się niekiedy także poszczególni "hercy", jak na przykład Kušk). Zapisywano więc według norm wyuczonych, decydujšc się na jeden wariant i dzieląc melodię na takty, a nie na jednostki określone tym jak "herc" czuje i gra. Poza tym nie notowano w ogóle albo bardzo rzadko technikę gry, nuty burdonowe, akcenty, tempo i inne szczegóły. Ani jeden taniec nie występuje w zapisie tak, jak w rzeczywistości przebiega pod względem trwania. Toteż żadna zapisana melodia nie trwa dłużej niż minutę. Co to znaczy? Zapisane melodie taneczne są zatem jedynie szkieletem. Odzwierciedlają one tylko w pewnym stopniu realne brzmienie. Herc - z taką zapisaną dla nas melodią postępował w ten sposób, że ją po swojemu ozdabiał, zmieniał, a nawet przeszeregowywał, dostosowując elementy dalszych tańców do pierwotnego. Co w tym przypadku musiał herc koniecznie utrzymać w swym wykonaniu? Otóż musiał grać frazy rozpoznawalne dla tancerzy i utrzymywać charakter oraz rytmikę danego tańca. Prawdopodobnie po pewnym czasie, stosując nowy rytm, tempo i tym podobne elementy, mógł tancerzy doprowadzić do innego stopnia szybkości i innych kroków, ale nigdy poza nawykami określonymi przez tradycję.Jan Rawp następująco charakteryzował tańce: stara reja, polonez, reja polonezowo - mazurowa; wszystkie notowane w takcie 3. Jednakże wśród tańców zapisanych przez Hórčańskiego znajdujemy trzy notowane w takcie 2/4 i dwa 3. Pozwala to na krystalizację jeszcze jednej cechy starej serbskiej reji - dwumiarowości. Po bliższym zapoznaniu się z zapisanymi melodiami tanecznymi znajdziemy 10 różnych typów, wymagających tyle samo form tanecznych. Głównie przecież według melodii rozpoznawali tancerze rodzaj tańca, co określało też odpowiednie ruchy. W tym kontekście "serbska reja", którą scharakteryzował Smoler, nie jest "jedyną", ale tą, która miała najbardziej rozwiniętą, swoistą choreografię, i którą wykonywano w kulminacyjnym punkcie imprezy, albo jako wyraz najwyższego uhonorowania. Może to wyjaśnić dlaczego właśnie owa reja zachowała się w pamięci i praktyce, a inne zostały zapomniane i zaginęły. Naszym zadaniem jest przywrócenie ich do życia w oparciu o porównanie z innymi ludowymi kulturami, o rezultaty badań i o pomoc fachowców.Pielęgnowanie ludowej kultury muzycznej po roku 1945 ucierpiało zwłaszcza przez to, że muzyka ludowa coraz częściej harmonizowana była w funkcyjnym systemie dur-moll z przeznaczeniem dla dużych orkiestr. Nadawało jej to znamiona raczej rozrywkowej, estradowej muzyki. Na skutek tego jesteśmy dziś bardziej oddaleni od autentycznej muzyki ludu łużyckiego, niż kiedykolwiek indziej (z małymi wyjątkami). Całe mnóstwo ponad 300 ludowych tańców spoczywa w zapisach i nikt nie zwraca na nie uwagi, ani nie wykorzystuje.W swoim czasie Ludvik Kuba i Adolf Černý (najprawdopodobniej z inicjatywy czeskich folklorystów z Komisji do spraw zbierania pieśni - oddziału Towarzystwa "Slavia") udali się na Łużyce w celu zapisania i opisania ludowych pieśni, bajek instrumentów i tym podobnych materiałów, czym je uratowali przed zapomnieniem i pomogli Łużyczanom w zachowaniu narodowego dziedzictwa. Dziś jest konieczne, by nam nasi słowiańscy bracia i sąsiedzi znowu pomogli przy rewitalizacji ludowych tańców. (Potrzebni są w tym celu etnolodzy, specjaliści od ludowych tańców, ludowi instrumentaliści, entuzjaści muzyczni i ludowi śpiewacy. Pomocy już udzieliła szkoła muzyczna w Zbąszyniu koło Poznania). Tymczasem - z pomocą Józefa Režnego - udało się ożywić typową muzykę dudziarską, którą kultywują Tomasz Nawka i Stefan Kostorž. Poza tym na Łużycach, na polu ludowej muzyki i tańców, nikt nie działa i nikogo to już nie interesuje. Ważne więc byłoby, aby bogata polska folklorystyka zechciała patronować tak potrzebnemu u nas rozbudzeniu zrozumienia i ochoty do pielęgnowania i używania starych melodii, a też rozwijania ich na dzisiejszym międzynarodowym poziomie.

Edmund Pjech (Budziszyn) Klęska narodowo-socjalistycznych Niemiec i koniec drugiej wojny światowej były postrzegane przez wielu Łużyczan jako szansa na nowy początek. Spodziewali się oni przełomu w historii narodu łużyckiego, końca czasów pozbawiania ich praw społecznych, politycznych i etnicznych. Lata tuż po wojnie do około 1947 r. były w radzieckiej strefie okupacyjnej pod względem politycznym i ideologicznym faktycznie jeszcze - dla porównania - "otwarte". To dawało także Łużyczanom pewną swobodę działania. Przede wszystkim od 1945 r. do 1947 r. silny jednolity ruch łużycki był aktywny. W powojennym wirze widział on zasadnicze słabości Niemiec szczególnie jako szansę na wysłuchanie ciągle lekceważonych żądań w kwestii etnicznej narodu łużyckiego. Przez krótki czas problem łużycki uzyskał nawet znaczenie międzynarodowe. W celu rozwiązania problemu etnicznego łużyccy przedstawiciele polityczni opracowali dalekosiężne plany. Świadectwem tego były liczne memoranda, wysyłane do szefów rządów czy konferencji państw zwycięskich. Czas dla odciskających się zmian był korzystny, chociaż nie wszystkie plany uwzględniały warunki realistyczne i polityczne. Plany alternatywne obejmowały różne warianty: od przyłączenia Łużyc jako autonomicznego terytorium do Republiki Czechosłowackiej aż po powstanie niezależnego państwa łużyckiego. Urzeczywistniła się bodaj jedyna realna droga, pozostanie w ramach państwa niemieckiego, ale z ustawowym zapewnieniem, że interesy etniczne narodu łużyckiego będą respektowane. Jakie miejsce miała później polityka łużycko-narodowa w radzieckiej strefie okupacyjnej i NRD?Podstawy ochrony mniejszości narodowych w latach 1945-1951Pierwsze postępy w zakresie ochrony własnego narodu osiągnęli Łużyczanie tuż po wojnie, już w 1945 r. W 1946 r. zaś doszło do założenia łużyckiego instytutu kształcenia nauczycieli, dzięki któremu można było zredukować znaczny deficyt łużyckich kadr pedagogicznych. W 1947 r. przydzielono licencje dla łużyckiej drukarni, włącznie z wydawnictwem. Z tym wiązało się pozwolenie na wydawanie własnego czasopisma. Poza tym przyznano dla Łużyczan nieruchomość przeznaczoną na rychłą budowę nowego Domu Łużyckiego (Wendyjskiego) w Budziszynie.[1]Jednak głównym celem "Domowiny" - organizacji łużyckiego etnikum - była prawna regulacja problemu łużyckiego. 23 marca 1948 r. jednogłośnie przyjęto przez posłów wszystkich frakcji Landtagu w Saksonii ustawę o obronie praw ludności łużyckiej.Zgodnie z brzmieniem tej ustawy ludność łużycka powinna otrzymać prawną ochronę oraz pomoc państwa w zakresie jej języka, działalności kulturalnej i rozwoju narodowego. Położono nacisk szczególnie na konieczność zakładania szkół podstawowych i innych z łużyckim językiem nauczania. W urzędach i administracji Łużyczanie powinni mieć możliwość używania oprócz języka niemieckiego również języka łużyckiego. Ponadto należałoby także Łużyczan proporcjonalnie do liczby etnikum wprowadzać do administracji. Poza tym urzędy i administracja miały obowiązek wspomagania w różnoraki sposób łużyckich inicjatyw kulturalnych. Dla wpierania łużyckiego życia kulturalnego powinien być powołany Łużycki Urząd Kultury i Oświaty z siedzibą w Budziszynie, który podlegałby ministerstwu edukacji Saksonii. Sumując, Ustawa łużycka wyznaczała wyraźny postęp w legislatywnym zrównaniu praw ludności łużyckiej z pozostałymi obywatelami Niemiec. Ustawą o obronie praw ludności łużyckiej stworzono podstawę prawną dla wcześniej zapewnianego przez SED wsparcia w zakresie działalności kulturalnej ludności łużyckiej. Uchwalone prawo łużyckie było również dla średnich i niższych urzędników władzy zdominowanej przez SED, która dotychczas do spraw łużyckich odnosiła się z rezerwą, ukierunkowaniem ich działań (postępowania, pracy).[2]W kwestii uregulowania spraw związanych z grupami narodowymi i mniejszościami narodowymi następowały dalsze decydujące przełomy prawne. Również obowiązująca od 1949 r. Konstytucja NRD była wyrazem sukcesu wysiłku Łużyczan[3], ponieważ gwarantowała Łużyczanom jako równoprawnym obywatelom państwa jednocześnie zachowanie wszystkich ich etnicznych, żywotnych spraw. W Konstytucji znajdowały się ustawy o pielęgnowaniu i używaniu języka i kultury ojczystej, które ugruntowały wsparcie państwowe i ustawową ochronę tych praw. Artykuł 11 Konstytucji brzmi: Obcojęzyczne grupy obywateli Republiki są przez ustawodawstwo i administrację wspierane w ich nieskrępowanym rozwoju narodowym; nie można im przeszkadzać szczególnie w zakresie używania ich języka ojczystego w nauczaniu, w wewnętrznej administracji i w opiece prawnej.[4] To ustalenie idzie o wiele dalej niż Konstytucja Weimarska z 1919 r., gdzie również w artykule 113 natrafiamy na podobne stwierdzenie, według którego powinno się zapobiegać utrudnianiu Łużyczanom używania języka ojczystego. Nowum w niemieckiej regulacji prawnej było zapewnienie wsparcia finansowego dla narodu łużyckiego.Dwa lata po uchwaleniu Ustawy łużyckiej dla kraju związkowego Saksonii udało się przeforsować władzy w Brandenburgii rządowe rozporządzenie w tej sprawie (z 12 sierpnia 1950 r.). To brandenburskie Pierwsze rozporządzenie dotyczące wsparcia narodu łużyckiego odpowiadało pod względem treści daleko idącej ustawie saksońskiej z 1948 r. Bezpośrednio nawiązywało do artykułu 11 Konstytucji NRD, a tym samym gwarantowało państwowe wsparcie Łużyczan w zakresie używania przez nich języka łużyckiego i prowadzenia działalności kulturalnej. Umożliwiało ono także prowadzenie dwujęzycznego nauczania dla dzieci łużyckich.Duże znaczenie dla Łużyczan miało stworzenie własnego szkolnictwa narodowego. Rok 1945 pozostawił na dotychczasowym niemieckim systemie oświaty głęboką rysę. Z ogólnych decyzji społeczno-politycznych w powojennych Niemczech wynikała konieczność nowej orientacji w szkolnictwie. Mocarstwa okupacyjne zgodnie uważały, że szkolnictwo niemieckie potrzebuje zasadniczej, gruntownej reformy.[5]Łużyczanie spodziewali się w swojej sytuacji równouprawnienia ich języka i kultury. Oczekiwali szczególnie liberalizacji szkolnictwa. W centrum starań przedstawicieli łużyckich było nauczanie w języku łużyckim. Prawną podstawę wprowadzenia języka łużyckiego do szkół uzyskano faktycznie po ponownym rozpoczęciu nauczania, 1 października 1945 r., na podstawie rozkazu nr 40 Radzieckiej Administracji Wojskowej w Niemczech. Jednak praktyczne wdrożenie tego prawa w życie było nadzwyczaj trudne. Dalej nie było formalno-prawnego zarządzenia ze strony mocarstw okupacyjnych czy rządów krajów związkowych w sprawie dopuszczenia nauczania w szkołach w języku łużyckim. W każdym powiecie więc istniały odrębne regulacje i sposoby postępowania. W powiatach Budziszyn i Kamjenc szybko wzrastała liczba szkół z łużyckim językiem nauczania, w kilku szkołach język łużycki był przeważającym językiem nauczania. Natomiast w powiecie Wojrecy rada szkolna postanowiła, że język łużycki będzie traktować jako język obcy. Jeżeli rodzice życzą sobie nauki języka łużyckiego, może być ona prowadzona poza programem nauczania, jednak wówczas uczestnicy sami muszą je finansować. W powiecie Biała Woda w ogóle nie uczono języka łużyckiego, używanie zaś języka łużyckiego w szkole było zabronione. Również w powiatach Dolnych Łużyc nie zezwolono na nauczania języka łużyckiego. Jednak ze strony ludności łużyckiej widać było znaczne zainteresowanie we wprowadzeniu nauczania języka łużyckiego. Właśnie z dawnych pruskich Łużyc Górnych pochodzą z tego okresu liczne protesty rodziców, którzy nie zgadzali się z niedostateczną uwagą poświęcaną w szkole językowi łużyckiemu.Jednak postęp w zakresie szkolnictwa etnicznych grup narodowych w saksońskiej części Łużyc był właściwie znaczny, toteż liczba uczniów łużyckich systematycznie wzrastała. W 1950 roku uczęszczało na zajęcia języka łużyckiego albo uczyło się wszystkich przedmiotów w języku łużyckim około 6 500 - 7 000 uczniów. Poza tym godny uwagi był wysoki udział dzieci niemieckich w nauczaniu języka łużyckiego i to bez zewnętrznego nacisku w postaci ustawy czy regulacji szkolno-organizacyjnych.W brandenburskich Dolnych Łużycach do 1950 r. oficjalnie nie zezwolono szkołom na nauczanie języka łużyckiego. Dopiero później po wydaniu przez władze w Brandenburgii odpowiedniego rozporządzenia zezwolono na udzielanie nauki w szkołach w języku łużyckim. Po raz pierwszy w Dolnych Łużycach zorganizowano nauczanie w języku łużyckim ze wsparciem nauczycieli z Górnych Łużyc - dopiero około 1954 r. Zwłoka ta wynikała z trudnej etnicznej sytuacji Łużyczan na tym terenie.Ciągle jednak występowały niepewność i niepowodzenie w problemie łużyckim. Od 1945 r. do końca 1948 r. łużyccy przedstawiciele współpracowali z aktywem SED stosunkowo dobrze. To było także podstawą uchwalenia w 1948 r. Ustawy łużyckiej dla Saksonii. Jednak w 1949 r. dialog faktycznie zmierzał do impasu.[6] Ponadto w postępowaniu przedstawicieli państwa i partii istniała tendencja ograniczania aktywności Łużyczan.Przede wszystkim w Saksońskim Komitecie Krajowym SED pojawiły się głosy przeciwne Ustawie łużyckiej29. Niektórzy funkcjonariusze poddawali całą ustawę o mniejszościach narodowych w wątpliwość. Nowy przewodniczący kraju związkowego Ernst Lohagen (niegdyś z KPD), który objął funkcję po prołużycko usposobionym Wilhelmie Koenenie, wyjaśnia jesienią 1949 r., że SED popełniło błąd z Ustawą łużycką, który dziś by już nie powtórzyła[7]. Według niego zadaniem partii powinno być wspieranie asymilacji Łużyczan, gdyż i tak za 50 lat nikt nie będzie mówić po łużycku[8]. Główny cel jego polityki łużyckiej tkwił w dyscyplinowaniu, kontroli i ideologicznym przywiązaniu Łużyczan. Do tego doszło posądzenie o tendencje nacjonalistyczne. W związku ze ścisłymi kontaktami przede wszystkim łużyckich organizacji młodzieżowych z Czechosłowacją i z Jugosławią partia widziała w jednym ze swoich zadań ujawnienie potencjalnego Titoizmu czy separatyzmu wśród Łużyczan. Dlatego właśnie debata kierowniczych przedstawicieli Saksońskiego Komitetu Krajowego SED z "Domowiną" w lutym 1950 r. wywołała, z powodu powszechnego antyłużyckiego nastroju wewnątrz grupy Lohagena, wielkie zwątpienie wśród przedstawicieli narodu łużyckiego.Rozszerzanie się wsparcia języka i kultury łużyckiej w latach 1952-1957Po wątpliwościach w polityce mniejszości narodowych w latach 19491950/1951 przyszedł następnie pozytywny kurs korygujący. Ze strony biura politycznego problemem łużyckim zajął się teraz Fred Oelßner. Uchodził on po pozbawionym władzy Ackermannie za szefa ideologicznego SED. Do 1958 r. należał do biura politycznego, w latach 19551958 był także zastępcą przewodniczącego Rady Ministrów NRD, później stracił jako przeciwnik Ulbrichta swoją funkcję. Za czasów Oelßnera zdecydowanie zmieniało się nastawienie kierownictwa SED względem kwestii łużyckiej. Oelßner rozwinął plany o niemiecko-łużyckich Łużycach, czyli Łużyce miały rozwijać się jako obszar dwujęzyczny. Jego hasło brzmiało: "Łużyce będą dwujęzyczne"[9]. Jednak również kierownictwo "Domowiny", które ciągle oczekiwało rozmów na najwyższym szczeblu, przyczyniło się do tego, że w biurze politycznym ponownie intensywniej zajmowano się problemem łużyckim.Szczególnie szkolnictwo, o czym byli przekonani przedstawiciele biura politycznego, było problemem kluczowym w polityce mniejszościowej. Po 1951/1952 roku rozpoczynająca się centralizacja struktur państwowych NRD z faktycznym rozwiązaniem kraju związkowego jako administracyjno-politycznych jednostek państwowych i przejęcie odpowiednich kompetencji przez ministerstwa NRD spowodowały widoczny impas w kwestii szkolnictwa łużyckiego. W dyrektywach na rok szkolny 1951/52 oraz w urzędowym programie nauczania nie uwzględniono nauczania łużyckiego. To doprowadziło do burzliwych dyskusji organizacyjno-szkolnych.[10] Konieczne więc było rozwiązanie polityczne. Interwencja Domowiny i różnych wysokich funkcjonariuszy SED sprawiła, że w 1952 r. wydawano krótkoterminową Instrukcję w sprawie regulacji stosunków szkolnych na terenie łużycko-języcznym krajów związkowych Saksonii i Brandenburgii, która potwierdzała prawo do prowadzenia nauczania w języku łużyckim we wszystkich częściach Łużyc i odpowiedzialność organów państwowych za jego realizację.Dotychczasowe szkoły łużyckie znalazły się w określonych regionalnych obwodach, następowała przebudowa dwujęzycznego szkolnictwa w całych Łużycach. Instrukcja określała obligatoryjny udział dzieci łużyckich w szkolnictwie łużyckim. Ponadto organizacje szkolne powinny stwarzać możliwości, żeby uczestniczyło w tym również jak najwięcej dzieci niemieckich. To uważano za ważny krok wsparcia równych praw dla rozbudowy dwujęzycznego terenu. Instrukcją tą osiągnięto, przede wszystkim, ważny przełom w problemie szkolnym.Oprócz rozbudowy szkolnictwa łużyckiego fakt ten był dalszym krokiem we wspieraniu języka i kultury łużyckiej w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych. Istotna przy tym była dalsza instytucjonalizacja życia Łużyczan. Poprzez założenie Instytutu Filologii Łużyckiej na Uniwersytecie w Lipsku i Instytutu Badań Narodu Łużyckiego w Budziszynie sorabistyka w następnych latach mogła rozwijać się jako profesjonalna gałąź nauki. W 1952 r. doszło także do założenia Państwowego Zespołu Łużyckiej Kultury Ludowej i Teatru Łużyckiego, posiadających status organizacji państwowej. Ponadto można było powiększyć dla czytelnika spoza etnikum łużycką ofertę wydawniczą.W połowie lat pięćdziesiątych dzięki dalszym zarządzeniom język łużycki, którego używano dotąd tylko w kontaktach prywatnych, miał wejść obok języka niemieckiego także do obiegu oficjalnego i naukowego jako równoważny środek komunikacji. Ten krok wsparcia języka łużyckiego i dwujęzyczności Łużyc nawiązywał do Ustawy łużyckiej i przepisów wykonawczych z początku lat pięćdziesiątych. Do tych ustaleń należały regulacje w sprawie używania języka łużyckiego na poczcie, w komunikacji, w handlu, w wymiarze sprawiedliwości, jak również w przedsiębiorstwach i na stacjach maszyn i ciągników rolniczych spółdzielni produkcyjnych (LPG).Po 1952 r. można było dalej organizować przede wszystkim nauczanie języka łużyckiego. W ramach Instrukcji szkolno-politycznej ponownie wprowadzono naukę języka łużyckiego, rozszerzając ją na wszystkie tereny Górnych i Dolnych Łużyc. W połowie lat pięćdziesiątych uczestniczyło w lekcjach języka łużyckiego ponad 9000 uczniów.Pomimo licznych kroków naprzód i wysiłków, najczęściej ze strony Domowina i Działu Głównego Kwestii Łużyckiej w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, nie udało się zbudować fundamentów dwujęzyczności na Łużycach. Rozstrzygający był fakt, że próba wprowadzenia dwujęzyczności na Łużycach u części ludności niemieckiej, mieszkającej w etnicznie mieszanych powiatach, natrafiała na odmowę. I tak mieszkańcy niemieccy grozili, że nie pójdą do wyborów, jeżeli będzie przygotowany dwujęzyczny materiał wyborczy.[11] Zawsze reagowali oni agresywnie albo bez zrozumienia, kiedy tylko w sytuacjach oficjalnych pojawiał się język łużycki. Dwujęzycznymi materiałami informacyjnymi rozpalano w piecu. Chłopi, przede wszystkim na Dolnych Łużycach, grozili odwołaniem prenumeraty Przeglądu Łużyckiego ("Lausitzer Rundschau"), ponieważ od czasu do czasu pojawiały się w nim artykuły w języku łużyckim.Łużyczanie z reguły oficjalnie nie występowali przeciwko tego rodzaju zachowaniom. Niektórzy sami odrzucali podjęcie wysiłku zmierzającego do dwujęzyczności, ponieważ nie traktowali języka łużyckiego jako równowartościowego środka porozumiewania się. Poczucie własnej niższości ujawniał również fakt, że wielu Łużyczan przy wystawieniu nowych dowodów osobistych w 1954 roku nie zgadzało się na to, żeby pozostawić w rubryce narodowość wpis: łużycka. Tylko nieliczni korzystali z możliwości użycia języka łużyckiego w sytuacjach oficjalnych.W sumie próba wprowadzenia dwujęzyczności na Łużyce była tylko częściowo zrealizowana bez rzeczywistego przekonania i zainteresowania ze strony mieszkańców tego regionu. W Radzie Powiatowej w Budziszynie sporządzony spis nazwisk urzędników, którzy opanowali język łużycki, ale po krótkim czasie go usunięto. Przedstawiciele gminy w wielu miejscach głośno wyrażali swój brak woli, żeby publikować obwieszczenia również w dwu językach, często także nie umieszczano dwujęzycznych napisów w urzędach.Niewystarczająca chęć tolerowania języka łużyckiego przez ludność niemiecką ujawniła się najwyraźniej na przykładzie szkolnictwa dwujęzycznego. Pomimo ramowych warunków ustawowych i znacznego rozmachu szkolnictwa łużyckiego nauczanie języka łużyckiego stało się jedynie punktem ciężkości dyskusji etnicznej prowadzonej w latach pięćdziesiątych.Szansa podniesienia prestiżu języka łużyckiego w regionie względnie przeniesienia go do kontaktów oficjalnych były głównym celem polityki łużyckiej Oelßnera (Oelßnerschen Sorbenpolitik). Jednak okres około pięciu do sześciu lat był za krótki, żeby tego rodzaju cel zrealizować. Po 1957 r. doszło do korekty polityki łużyckiej, która zdecydowanie ograniczyła wszystkie dotychczasowe próby udzielenia większego wsparcia języka i kultury łużyckiej.Napięcia w polityce wspierania języka i kultury łużyckiej po 1957 r.Przyjęcie przez SED polityki wspierania języka i kultury łużyckiej jeszcze raz wyraźnie potwierdził Oelßner na IV Kongresie Krajowym Domowiny w 1957 r. Jednak w Dziale Spraw Państwowych i Prawnych KC SED postulowano, żeby dotychczas obowiązującą regulację wsparcia języka i kultury łużyckiej jeszcze raz przemyśleć, żeby jak najbardziej ją ograniczyć i zamiast tego wzmocnić kontrolę ideologiczną.Od 1957 r. usztywniło się stanowisko Kierownika Działu Spraw Państwowych i Prawnych Klausa Sorgenichta, a tym samym ostatnia tendencja pojawiająca się w SED.[12] Jeszcze przed IV Kongresem Krajowym komisja Działu sprawdzała sytuację Zarządu Krajowego Domowiny i oceniła ją następująco: Zastanawialiśmy się nad sytuacją Zarządu Krajowego i Sekretariatu Domowiny bardzo poważnie. [...] Zamiast postawić fundamenty i zadania socjalizmu w centrum ich pracy, traktowali oni problemy języka, kultury i nauczania jako najważniejsze i częstokroć rozwiązywali je w oderwaniu od głównych zadań socjalizmu i walki z zachodnioniemieckim imperializmem oraz militaryzmem.[13] Już ta ocena wskazywała na zmianę w polityce łużyckiej SED. Dalszy rozwój pokazał, że SED pierwszoplanowe zadania Domowiny widziało w pozyskaniu Łużyczan dla budowania socjalizmu. Ten cel miał odtąd pierwszeństwo.Zmiana kursu w polityce łużyckiej SED pozostawała w tym czasie w zgodzie z ogólną zmianą orientacji politycznej w NRD końca lat pięćdziesiątych. W 1957 r. ostatecznie odłożono ad acta długo dyskutowany kurs reform we wschodnich Niemczech. Na XXX posiedzeniu KC SED, które odbywało się od 20 stycznia do 1 lutego 1957 r., przyjęto decyzję o gotowości NRD bycia elementem obozu socjalistycznego (sozialistischen Lagers) jako nieodwołalną, reformy zaś odrzucono. Po umocnieniu się demagogicznych sił na Komunistycznej Konferencji Światowej w połowie listopada 1957 r. uznano rewizjonizm (Revisionismus) za wroga klasowego (Hauptfeind). Wówczas Ulbricht mógł wyeliminować swoich przeciwników, przede wszystkim partyjną opozycję skupioną przy Schirdewanie. XXXV posiedzenie KC SED w lutym 1958 r. zakończyło tę nieprzyjemną sytuację, dyscyplinarnie karząc opozycję Schirdewana. Schirdewan i Wollweber zostali wykluczeni z KC SED, a Oelßner usunął się z Biura Politycznego.[14]Rok 1958 zadał decydujący cios polityce łużyckiej. Doprowadził do personalnego i politycznego przesunięcia sił, które miały głos decydujący w tej kwestii. Kiedy zastępca przewodniczącego Rady Ministrów NRD, Fred Oelßner, stracił swoją funkcję członka Biura Politycznego, został pozbawiony władzy bodaj najbardziej zdecydowany obrońca polityki wyrównawczej w zakresie języka i kultury łużyckiej. Jednak nowa sytuacja nie sama dokonywała zmian personalnych. W toku V Zjazdu SED w lipcu 1958 r. zmieniły się ramowe warunki polityczne, w wyniku których wszystkie dziedziny społeczne także wspieranie języka i kultury łużyckiej powinny być podporządkowane budowie socjalizmu. Zjazd ten powinien nastawić zwrotnice na ukończenie budowy socjalizmu (Vollendung des sozialistischen Aufbaus). Skoro budowa socjalizmu w latach 19531956/57 była spowalniana z powodu różnych uwarunkowań, obecnie i w następnych latach powinna być ona dalej usilnie wspierana50. Jednak inne przyczyny były podstawą negatywnych ciosów w polityce łużyckiej. Dział KC był dobrze poinformowany o rezonansie polityki narodowościowej na Łużycach. Wiedzieli oni, że działania, mające na celu wspieranie języka i kultury łużyckiej, jakie podjął Fred Oelßner, napotykały opór ze strony ludności zamieszkującej teren etnicznie mieszany. Szczególnie próba wprowadzenia języka łużyckiego do oficjalnej komunikacji publicznej w urzędach i zakładach nie mogła być zrealizowana. Niższe i średnie organy partyjne reagowały na wsparcie języka i kultury łużyckiej z niezrozumieniem. W kierownictwie powiatowym SED w Chociebużu mówiło się, że w Związku Radzieckim również niewiele robi się w zakresie małych grup narodowych, jak u nas w NRD[15].Wszystkie powyżej wymienione fakty doprowadziły do tego, że w Dziale Spraw Państwowych i Prawnych KC SED rozważano nową koncepcję polityki łużyckiej. W omówieniach z lipca 1958 r. po raz pierwszy oficjalnie wyrażono zmienioną linię w polityce łużyckiej. Podczas dyskusji między nowym pełnomocnikiem łużyckim KC, Erwinem Jurisch, de facto następcą Freda Oelßnera, i działaczami łużyckimi Jurisch wezwał Łużyczan do postawienia w centrum ich działań rozwoju socjalizmu. Przy tym krytykował on dotychczasowe przesadne podkreślanie funkcji języka i kultury łużyckiej. Podkreślił także, że SED nie będzie podzielać dotychczasowej linii w polityce językowej i kulturowej, a już na pewno nie w tej formie. Dlatego stworzono także nowy slogan: Hasło ťŁużyce będą dwujęzyczneŤ jest fałszywe. Ono dezorientuje, ponieważ celem muszą być Łużyce socjalistyczne, przy czym określono najlepszy warunek dalszych gwarancji najwyższej formy narodowego równouprawnienia, a mianowicie socjalistyczne.[16]Następstwa zmienionego nastawienia wobec języka i kultury łużyckiej najdobitniej znalazło wyraz w szkolnictwie narodowym. Ogólnie rzecz ujmując, malał prestiż języka łużyckiego, a wzrastała krytyka nauczania w języku łużyckim. Pod koniec lat pięćdziesiątych i na początku lat sześćdziesiątych przeciw nauczaniu języka łużyckiego masowo wystąpili przede wszystkim (niemieccy) rodzice, którzy domagali się wstrzymania jego nauczania w wielu szkołach. Ponadto dyrektorzy, nauczyciele, a także regionalni działacze wspierali tę tendencję. Doprowadziło to w wielu szkołach do spadku ilości uczestników zajęć języka łużyckiego, w niektórych szkołach również do całkowitego ich zawieszenia. Problem zaostrzył się przede wszystkim w roku szkolnym 1962/1963. W 1964 r. szkoły otrzymały Instrukcję Szkolno-Polityczną, która jako siódmy przepis wykonawczy stanowiła wyraźną cezurę w łużyckiej polityce szkolnej. W połowie lat sześćdziesiątych bowiem przyczyniła się ona do drastycznego zmniejszenia się liczby uczestników zajęć języka łużyckiego, których w porównaniu z latami pięćdziesiątymi było o 2/3 mniej, tj. około 2 800 uczniów, w ten sposób szkolnictwo łużyckie osiągnęło najniższy poziom. Powody był wielorakie. Przepisy wykonawcze z 1964 r. dały podstawę do spadku prestiżu języka łużyckiego. "Domowinie" formalnie zabraniono pozyskiwania uczniów do zajęć w języku łużyckim drogą ich namawiania. Poza tym uczestnicy pochodzący ze wsi byli dużym obciążeniem. W poszczególnych szkołach dyrektorzy próbowali, częściowo z powodów organizacyjnych, częściowo z niechęci wobec nauczania języka łużyckiego, zepchnąć lekcje języka łużyckiego na dalszy margines. Przede wszystkim w szkołach powiatu Wojrecy, Chociebuż i Budziszyn nauczanie w języku łużyckim odbywało się popołudniu, w niekorzystnym czasie (przeważnie między 15 i 18 godziną), ponieważ dzieci z sąsiednich gmin, które były związane dojazdem, nie mogły uczestniczyć. Zwiększenie zaś liczby godzin nauki uczniowie odbierali jako karę i w niektórych przypadkach pomimo życzeń rodziców nie uczęszczali na lekcje języka łużyckiego. Często zdarzało się, że uciekali oni z lekcji języka łużyckiego. Ponadto uczniowie w szkołach wyśmiewali nauczycieli języka łużyckiego i komentowali obwieszczenia przepisów wykonawczych: Przestań Pan z tymi lekcjami języka łużyckiego. One przecież tak czy owak będą zlikwidowane.[17] W jednej klasie zwymyślano ucznia od zdrajców, ponieważ chciał dalej uczęszczać na lekcje języka łużyckiego. Ponadto w niektórych powiatach inspektoraty oświaty wychodziły poza ustalenia siódmego przepisu wykonawczego. Powiatowy Inspektorat Oświaty w Wojrecach zdecydował, że ci rodzice, którzy życzą sobie, aby ich dzieci uczestniczyły w lekcjach języka łużyckiego, powinni o tym poinformować szkołę na piśmie.Szczególnie niepewna była sytuacja nauczycieli języka łużyckiego. Często reagowali oni z oburzeniem, strachem i rezygnacją. W taki sposób wypowiedziała się nauczycielka Łużyckiej Szkoły Średniej w Budziszynie: To jest jak za czasów faszyzmu. Państwo podobno wspiera Łużyczan, a przy tym niejednokrotnie nie pozwala werbować uczniów na zajęcia języka łużyckiego. To jest koniec Łużyc przypieczętowany przez państwo.[18] Sytuacje takie, jak w czasie socjalizmu narodowego, naturalnie nie miały miejsca, ale jest pewne, że pod koniec lat pięćdziesiątych i w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych doszło do wyraźnego ograniczenia wsparcia języka i kultury łużyckiej.W kolejnych latach przedstawiciele łużyccy wytrwale występowali przeciwko sztywnej linii siódmego przepisu wykonawczego. Z tego względu można było później odnotować kilka sukcesów w szkolnictwie łużyckim. To ukazuje rozwój wypadków w 1968 r., kiedy znaleziono wariant kompromisowy z czwartym przepisem wykonawczym. W następstwie tego pozwolono Domowinie od tej chwili, żeby radziła się rodziców i we współpracy ze szkołą werbowała uczniów na lekcje języka łużyckiego. Czwartym przepisem wykonawczym udało się zmodyfikować ważny brak z 1964 r. W zamian określono szczególnie prawo rodziców do informowania ich o wadach i zaletach nauczania języka łużyckiego. W ten sposób w następnych latach osiągnięto wyraźne zwiększenie ilości uczestników lekcji języka łużyckiego. Od początku lat siedemdziesiątych niezmiennie brało udział w tych zajęciach 5000 i 6000 uczniów. To mimo wszystko oznaczało zdwojenie liczb z okresu wydania siódmego przepisu wykonawczego.Ponieważ kontakty łużyckie z organizacjami małych grup etnicznych i mniejszości narodowych we wschodniej Europie od końca lat pięćdziesiątych były prawie całkowicie zabronione, dlatego Domowina była niewystarczająco poinformowana o tym, jak rozwijała się polityka w zakresie mniejszości narodowych w niektórych krajach Europy zachodniej. Nie wiedziała też, że formalne prawo o mniejszościach i małych grupach narodowych, które w NRD w latach pięćdziesiątych faktycznie obowiązywało, było stopniowo zawężane i zatraciło się[19].SED w drugiej połowie lat sześćdziesiątych dalej umacniała swój stosunek do i pozycję w Domowinie. Domowina zaś na VII Krajowym Kongresie w 1969 r. określiła siebie jako socjalistyczną organizację narodową[20], a opory wobec poszczególnych kroków ostatnio siódmego prawa wykonawczego względem prawa szkolnego z 1964 r. przełamywała, przyjmowała zwiększającą się formalizację w polityce narodowej. Z jednej strony towarzystwo formalnie zapewniało dalekosiężne możliwości używania języka i kultury łużyckiej, potwierdziła to w 1968 r. przyjęta nowa Konstytucja NRD, z drugiej strony wzrastała tendencja asymilacyjna w znacznej grupie Łużyczan, inicjowana bez konstruktywnych, skutecznych i całkowicie możliwych środków prewencyjnych.tłumaczył Mieczysław Balowski[1] SKA, D II 1.6. A, Bl. 140, 160. Stary Serbski Dom został w ostatnim tygodniu wojny całkowicie zburzony.[2] SKA, D II 1.7 C, Bl. 86; Ibidem, D II 3.5 D, Bl. 39.[3] Najpierw nie było planowej konstytucyjnej regulacji interesów nieniemieckiej części ludności, dopiero potem Łużyczanom udało się osiągnąć przyjęcie w Konstytucji jeszcze artykułu o ochronie mniejszości narodowych i małych grup etnicznych. Por. o tym: Nowa Doba 1948, nr 91, 5.10.[4] Nowa Doba 1949, nr 117, 8.10.[5] Dokładniej o tym patrz: G. Geißler, Schule: Streng vertraulich! Die Volksbildung der DDR in Dokumenten, hrsg. von G. Geißler, F. Blask, T. Scholze, Berlin 1996, s. 17.[6] Por. L. Elle, P. Schurmann, Domowina und SED 1947 bis 1950 eine Dokumentation, Lětopis 40 (1993) 2, s. 4968 (tu: s. 52).[7] H. Kosel, Die Sorbenpolitik der SED, der CDU und der LDPD in Sachsen von 1945 bis 1949, [praca magisterska], Berlin 1994, s. 79.[8] Cyt. za: E. Pech, Die Sorbenpolitik der DDR 19491970. Anspruch und Wirklichkeit, Bautzen 1999, s. 45.[9] F. Oelßner, Sorben und Deutsche haben die gleichen Interessen. Begrüßungsansprache auf dem III. Bundeskongreß der Domowina am 28. März 1955 in Bautzen, Bautzen 1955, s. 21.[10] L. Elle, Zur Entwicklung des sorbischen Schulwesens in der DDR, w: Beiträge aus dem Fachbereich Pädagogik der Universität der Bundeswehr Hamburg, hrsg. von L.R. Reuter, G. Strunk, Hamburg 1993, s. 10.[11] SAPMO-BArch, IV 2/13/382, Hausmitteilung im ZK der SED vom 31.5.1957 an die Abteilung Staats- und Rechtsfragen zu Schwierigkeiten bei den Wahlen im zweisprachigen Gebiet der Lausitz.[12] Por. E. Pech, Die Sorbenpolitik der DDR 19491970, op. cit., s. 76 i n.[13] SAPMO-BArch, IV 2/13/382, Entwurf einer Stellungnahme der Abteilung Staatliche Organe im ZK der SED vom Februar 1957 zur Lage im Bundesvorstand der Domowina und seinem Sekretariat und Einschätzung des Entschließungsentwurfs für den IV. Bundeskongreß.[14] Szerzej o tym: H. Weber, Geschichte der DDR, München 1985, s. 293 i n.[15] SAPMO-BArch, IV 2/13/382, Bericht über die Aussprache der Bezirksleitung Cottbus mit den Genossen der Domowina am 18.11.1957.[16] SAPMO-BArch, IV 2/13/384, Disposition für den Diskussionsbeitrag auf der Staatsfunktionärs-Konferenz in Babelsberg, HA Sorbenfragen, Bautzen 14.02.1959.[17] SAPMO-BArch, DY 30/IV/A2/13/132, Informationbericht der SED-Kreisleitung Bautzen über die neue Bildungskonzeption und die 7. DB vom 18.06.1964.[18] Por. B. Korjeńk, Doliny serbskeje wučby [Gefahren des Sorbischunterrichts], Předźenak 1993, 30.04.[19] L. Elle, Sprachenpolitik in der Lausitz. Eine Dokumentation 1949 bis 1989, Bautzen 1995, s. 24.[20] Rechenschaftsbericht des Bundesvorstandes der Domowina an den VII. Bundeskongreß, in: VII. Bundeskongreß der Domowina, Protokoll, Bautzen 1969, s. 11 i n.

Robert Brytan Czynniki rządowe i inne w Niemczech które częsta polemikują na temat sytuacji Łużyczan chętnie przywołując gwarancje konstytucyjne zawarte w artykułach Kraju Brandenburgii i Saksonii powinny zwrócić uwagę, czegonaprawdę dokonano w okresie tylko ostatnich 11 lat rządów. Pozwolę sobie na zacytowanie następujących faktów: - Natychmiast po zjednoczeniu Niemiec rząd federalny obciął większość centralnego wsparcia dla Łużyczan odrzucając jednocześnie wielokrotne apele "Domowiny" o zapis dla Łużyczan statusu oficjalnej mniejszości kulturalno-jezykowej. Status taki otrzymała 50 tys. mniejszość duńska zamieszkująca w Schleswig-Holstein. - Podczas ostatnich zmian administracyjnych w Niemczech, Kraj Brandenburgii i Wolne Państwo Saksonii zostało odtworzone w dawnych granicach, propozycje zjednoczenia terytorium obecnie zamieszkanego przez Łużyczan w jedna jednostkę administracyjna z prowincjonalnym statusem tzw. "Kraju" zostały całkowicie zignorowane, zachowując dawny podział Łużyc. - Do dnia dzisiejszego Łużyczanie jako mniejszość, nie są reprezentowani politycznie tak w parlamencie Federalnym, jak i w parlamentach Krajowych. - Ministerstwa Edukacji Brandenburgii i Saksonii oficjalnie zakażały nauczania w szkołach łużyckich przedmiotów takich jak matematyka, fizyka, chemia etc. w j. łużyckim. Nauka tych przedmiotów jest tylko dozwolona w j. niemieckim. - Do dnia dzisiejszego Rząd Saksonii odmawia udzielenie funduszy a telewizja MDR czasu na programy w j. łużyckim, pozostwiając w ten sposób 40 tys. Łużyczan bez dostępu do programów w ich własnym narodowym języku. Kraj Brandenburgii i telewizja ORB maja podobne podejście udzielając funduszy i czasu tylko na półgodziny program emitowany raz na trzy tygodnie dla ok. 20 tys. Łużyczan tam zamieszkałych. Nawiązując do spraw niszczenia wsi łużyckich i przymusowego przesiedlania mieszkańców tychże, porównywanie takiej sytuacji z podobnymi przesiedleniami tzw. "większości" jest mylne i wręcz fałszywe, ponieważ efektów oddziałujących na tzw. "większość" nie można porównać ze stratami, jakie dotknęły Łużyczan, utrata języka, kultury i ziemi. Jednym słowem całkowita denacjonalizacja. Faktem jest to ze w okresie 1945-1996 zniszczono 75 Łużyckich wsi i miasteczek, z których przesiedlono 25500 Łużyczan, a z których 90 % zostało w zaskakująco szybkim czasie wynarodowione, szczególnie dzieci i młodzież, która w miejscach przesiedlenia została pozbawiona dostępu do szkol oferujących edukacje w j. łużyckim i poprzednio posiadanych łużyckich ośrodków kulturalnych. Taka destrukcja osiedli łużyckich jest kontynuowana także dzisiaj i jest oficjalnie sankcjonowane przez rząd Brandenburgii. Jeżeli powyższe fakty byłby niezgodne z prawda, to naukowcy niemieccy jak i inni zajmujący się tzw. "fenomenem łużyckim" nie bili by w dzwony na alarm, głosząc Iz, jeżeli rząd niemiecki nie zmieni kierunku swojej polityki do Łużyczan, to za 20 lat j. dolnołużycki przestanie funkcjonować jako żywe medium komunikacji. Sytuacja językowa na Dolnych Łużycach jest wręcz katastrofalna pomimo wielkich wysiłków Towarzystwa Szkol Łużyckich i np. wprowadzenia "Witaj-projekt" który jest nowym sposobem nauczania po przez wczesna immersje w języku ojczystym, model wykształcony w Kanadzie który się cieszy wielkim sukcesem u Bretończyków, ponieważ posiada całkowite wsparcie rządowe we Francji a którego niestety brakuje w Niemczech. Fundusze rządowe udzielane na "Witaj-projekt" są znikome i cały czas są poszukiwani prywatni sponsorzy. Katastrofa języka jest bardzo ściśle związana z obcinaniem rządowych dotacji, które w latach 1991-2001 wyniosły aż 11 mil. DM.! W tym roku ponownie planuje się obcięcie 1 mil. DM i 500 000 tys. DM w każdym następnym roku! Tak drastyczne ciecia zpowodują tylko jedno, całkowite zamkniecie szkol i kulturalnych organizacji łużyckich! Już teraz, ze względu na ciągle zagrożenie zamknięcia szkol łużyckich lub redukcji w programach szkolnych, rodzice kierujący się dobrem i przyszłością dziecka rezygnują z edukacji w j. łużyckim zapisując dzieci do szkol niemieckich. Jeszcze raz jest to spowodowane dyskryminacja języka i ciągłymi cieciami budżetowymi! Sytuacja jest także widoczna w postaci znacznej redukcji napisów dwujęzycznych, tylko w ostatnich 11 latach pomimo Iz SA prowizje na takie napisy w prawach niemieckich. Lokalne władze tłumacza to zmniejszeniem budżetu, ale były tez takie argumenty w przypadku np. nowych oznakowań drogowych ze po prostu na napisy łużyckie nie wystarcza na tablicy miejsca! W przypadku np. nowo-wybudowanego dworca autobusowego w Budysinie, (Budysin jest kulturalna stolica Łużyczan) na brak tablic dwojezycznych tamże, "ojcowie miasta" po prostu odpowiedzieli Iz całkowicie o tym zapomniano! Po mimo gwarancji i teoretycznej możliwości wysyłania listów adresowanych w j. łużyckim, ludzie rzadko się na to jeszcze decydują,ˇponieważ wysłanie listu czy tez kartki urodzinowej wielokrotnie kończy się wędrówka tej przesyłki po wielu krajach słowiańskich, jeśli w ogóle dojdzie do adresata. Wytłumaczenie takich zajść przez pocztę niemiecka jest brak pracowników ze znajomością j. łużyckiego. A co "D" w kodzie pocztowym oznacza: "D-03042 Chosebuz"? Wyliczanie to można kontynuować jeszcze przez dłuższy czas, ale Łużyczanie tez nie pozostają bez winy. Jednym z przykładów może być rozłam w spójności ruchu łużyckiego na "Domowince" i "Ponasemu" który w obecnej sytuacji jest bardzo nie por zadany. Jednak prawa demokracji są tez i Użyczaną znane. Przedstawione powyżej fakty są łatwe do sprawdzenia dla osób zainteresowanych. Interpretacja praw dla Łużyczan przez władze niemieckie jak widać jest dosyć luźna i jednostronna. Doskonale o tym się przekonali łużyccy entuzjaści i decydenci, którzy zachłystując się demokracja w Niemczech w ostatnich latach potracili stanowiska w łużyckich organizacjach, chcąc nawiązać lub zacieśnić współprace z organizacjami w Czechach, Polsce i innych słowiańskich krajach, zostali posadzeni o "podżeganie sentymentów antyniemieckich i nacjonalizm"! Chciałbym tu przytoczyć znane mi osobiście imiona i nazwiska tych ludzi, aby uwiarygodnić to, co pisze, ale ze względów oczywistych tego nie mogę zrobić. Zresztą czy organizacje broniące praw człowieka podają nazwiska iadresy ofiar, które się do nich zgłaszają?! ZRÓDŁO / ZREDLO: - Disregard of the Cultural Rights of the Sorbian People in Germany/ 55th Session of the Commission on Human Rights Item 10 of the Provisional Agenda / Written Statement of the Society for Threatened Peoples Germany Forcing Minority Resettlement; - Resolution proposed by the German MSC The Council of the European Bureau for Lesser Used Languages at its Annual Assembly, held in Trieste on 31st March - 1st April 2000; - "Sorbian language use survey" - Euromosaic; - "Sorbian in Germany"- Euromosaic; - Norberg, Madlena "The Language-Shift Process in Lower Lusatia. A Sociolinguistic Case Study of the German-Sorbian Village of Hochoza/ Drachhausen." 1996; - Forster, Frank "Verschwundene Dorfer. Die Ortsabbruche des Lausitzer Braunkohlenrevieres bis 1993" Budysin 1996. - Pjech, Edmund "Politiske a socjalne wuwice Luziskich Serbow 1945-1989" SI 2000; prywatna korespondencja z członkami "Domowiny" i "Ponaschemu" Z psijaselskim postrowom!awtor teksta=========================== dyrektor Muzeum Łużyckiego w Budysinie Tomasz Nawka: - Dla nas strata jednej rodziny oznacza tyle, co dla Niemców strata jednego miasta - ŁUŻYCE - NIEMIECKI TYBETRedna Luzyca spsawna psijazna, mojich serbskich woscow kraj, mojich glucnych myslow raj, Cas ty psichodny, zakwis radostny! Och, gab muze stanuli, za swoj narod zelali, godne nimjer wobspomnjesa! HYSCI SERBSTWO NJEZGUBJONE! Nadal toczy się walka o dusze dzieci łużyckich. Odpowiedzią na notoryczne ciecia budżetowe przez niemieckie władze i ciągle groźby zamknięcia lub redukcji klas w łużyckich szkołach jest "Witaj-projekt?, który promuje naukę j. łużyckiego w przedszkolach i szkołach, niestety organizacja ta operuje na bardzo skromnych funduszach! Organizacje lub osoby prywatne zainteresowane, jaka kolwiek współpraca lub pomocą łużyckim szkoła mogą się zwrócić do Towarzystwa Łużyckich Szkol gdzie można nawiązać konkretne kontakty. Adres i numer konta bankowego, dla osób, które zechciałyby ewentualnie wesprzeć łużyckie szkoły finansowo, jaka kolwiek suma, nawet symboliczna !Serbske sulske towaristwo www.witaj.de email: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. document.getElementById('cloakd66f2b1a596ea06f8198d2504197bc92').innerHTML = ''; var prefix = 'ma' + 'il' + 'to'; var path = 'hr' + 'ef' + '='; var addyd66f2b1a596ea06f8198d2504197bc92 = 'info' + '@'; addyd66f2b1a596ea06f8198d2504197bc92 = addyd66f2b1a596ea06f8198d2504197bc92 + 'sorbischer-schulverein' + '.' + 'de'; var addy_textd66f2b1a596ea06f8198d2504197bc92 = 'info' + '@' + 'sorbischer-schulverein' + '.' + 'de';document.getElementById('cloakd66f2b1a596ea06f8198d2504197bc92').innerHTML += ''+addy_textd66f2b1a596ea06f8198d2504197bc92+'';  Ludmila Budarjowa psedsedar (przewodnicząca) tel. (0 35 91) 57 72 41 Beno Jurk zastupny psedsedar (zastępca przew.) tel. (03 57 96) 9 89 19Serbske sulske towaristwo z.t. pod gronidlom: "WITAJ-Fonds zweisprachige Erziehung" - Konto: 72 20 700 - BLZ: 870 700 24 - Banka: Nimska banka 24 Sorbischen Schulverein e.V. - Kennwort: "WITAJ-Fonds zweisprachige Erziehung" - Konto-Nr.: 72 20 700 - BLZ: 870 700 24 - Geldinstitut: Deutsche Bank 24 wjednica Maria Elikowska-Winkler (Pani Maria jest Polka) Sula za dolnoserbsku rec a kulturu Zylojska droga 37 03042 Chosebuz Luzyca Niemcy tel./ fax 0355 - 792829 email: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. document.getElementById('cloakc55b6e0545828cc6e2051a08a363127e').innerHTML = ''; var prefix = 'ma' + 'il' + 'to'; var path = 'hr' + 'ef' + '='; var addyc55b6e0545828cc6e2051a08a363127e = 'Niedersorbische_Sprachschule' + '@'; addyc55b6e0545828cc6e2051a08a363127e = addyc55b6e0545828cc6e2051a08a363127e + 't-online' + '.' + 'de'; var addy_textc55b6e0545828cc6e2051a08a363127e = 'Niedersorbische_Sprachschule' + '@' + 't-online' + '.' + 'de';document.getElementById('cloakc55b6e0545828cc6e2051a08a363127e').innerHTML += ''+addy_textc55b6e0545828cc6e2051a08a363127e+''; "Domowina" Postowe Namesto 2 02625 Budysin Luzyca Germany Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. document.getElementById('cloak144ee9f1fd03150ab603ef9cc6d98461').innerHTML = ''; var prefix = 'ma' + 'il' + 'to'; var path = 'hr' + 'ef' + '='; var addy144ee9f1fd03150ab603ef9cc6d98461 = 'domowina' + '@'; addy144ee9f1fd03150ab603ef9cc6d98461 = addy144ee9f1fd03150ab603ef9cc6d98461 + 't-online' + '.' + 'de'; var addy_text144ee9f1fd03150ab603ef9cc6d98461 = 'domowina' + '@' + 't-online' + '.' + 'de';document.getElementById('cloak144ee9f1fd03150ab603ef9cc6d98461').innerHTML += ''+addy_text144ee9f1fd03150ab603ef9cc6d98461+'';  www.sorben-wenden.deFotografie jednej ze zniszczonych wsi łużyckich Wochozy (Nochten) 

1999-2018 © Stowarzyszenie Polsko-Serbołużyckie PROLUSATIA
ontwerp en implementering: α CMa Σείριος